Wesela i pogrzeb

Gdyby chcieć wskazać kilka słów, które najczęściej pojawiały się w publikacjach w roku 1998, to na pewno wśród nich znalazłoby się słowo fuzja.

Gdyby chcieć wskazać kilka słów, które najczęściej pojawiały się w publikacjach w roku 1998, to na pewno wśród nich znalazłoby się słowo fuzja.

I nie chodzi wcale o tzw. zimną fuzję ani fuzję gajowego Maruchy, ale połączenia dużych firm w ogromne firmy. Zaczęło się od przemysłu samochodowego i usług finansowych, ale moda ta szybko ogarnęła przemysł informatyczny. Dwie najsłynniejsze fuzje ub.r. to przejęcie Digitala przez Compaq, a także utrata samodzielności przez Netscape'a na rzecz America OnLine.

Na ten trend nakłada się jeszcze inny, równie charakterystyczny. Małe firmy, zakładane przez grupę przyjaciół często w celu zrealizowania tylko jednego pomysłu, są następnie przejmowane przez wielkie korporacje. Czasem produkt owej małej firmy jest dołączany do produktu korporacji, ale często jest po prostu odkładany na półkę, gdzie może przeleżeć wiele lat, do czasu, aż stanie się już niepotrzebny.

Wspomniane firmy robią dobrą minę i twierdzą, że fuzja pozwoli im obniżyć koszty, rozszerzyć gamę oferowanych produktów, dotrzeć do nowych klientów itp. Połączenie przedsiębiorstw jest przedstawiane niemalże jako zwieńczenie okresu narzeczeństwa (w korporacyjnej nowomowie nazywanego "ścisłą kooperacją"). Zarządy mówią sobie "Tak", chór akcjonariuszy śpiewa "Ave Maria", a klientom łza wzruszenia kręci się w oku.

Ja jednak nie mogę w sobie wykrzesać tego słodkiego uczucia, które towarzyszy mi, ilekroć widzę samochód ozdobiony wstążkami i balonikami zatrzymujący się przed kościołem. Rzekłbym, że jest raczej odwrotnie, bowiem mam wrażenie, iż dużo mówi się o tym, co zyskujemy, a niewiele o tym, co tracimy. Wszystko odbywa się przy takim ryku fanfar, że w zasadzie nie można w prasie spotkać rzetelnej analizy, która przedstawiałaby nie tylko pozytywne, ale i negatywne skutki masowych fuzji.

Zaletą rynku informatycznego było jego względne rozdrobnienie. Z jednej strony, pozwalało to na "garażowy" model rozwoju przedsiębiorstw, który był udziałem znacznej części firm, nawet tych dzisiaj będących potentatami (np. Apple). Z drugiej, napędzało ono rozwój całej branży, bo nic tak dobrze nie stymuluje postępu, jak silna konkurencja. Oba te czynniki wpływały na rozwój rynku i informatyki jako dziedziny. Koncentracja i komasacja prowadzą do monopolu albo do tzw. podziału rynku (co jest łagodniejszym rodzajem monopolu). A skutki monopolu znamy już z rodzimego podwórka; są one takie same, niezależnie od kraju: podwyżka cen, obniżenie jakości i osłabienie pozycji klienta. Każdy może to sobie przypomnieć, sięgnąwszy po ostatni rachunek telefoniczny.

Zaspanych entuzjastów, którzy w swoich małych firmach ślęczeli po nocach, dopracowując nowy, rewolucyjny program albo układ, zastąpią faceci w garniturach, w zaciszu gabinetów rozpracowujący portret psychologiczny odbiorcy, według najlepszych zdobyczy socjotechniki. Twórczy żywioł zastąpi deterministyczna machina korporacji, pobudzające wyobraźnię, nowatorskie rozwiązania - precyzyjne kampanie marketingowe. Zamiast rewolucji technologicznych zobaczymy te same schematy, obracane na wszystkie sposoby i odgrzewane po raz piąty. Ach, i byłbym zapomniał - do cen zostanie dodane jedno zero.

Nie chciałbym krakać, ale mam wrażenie, że wesela, które hurtowo odbywają się na rynku informatycznym, zwiastują rychły pogrzeb. Żeby rzec bardziej obrazowo, dźwięki Mendelssohna słabną, a dźwięki Chopina są słyszalne coraz lepiej. A w roli nieboszczyka występuje pionierski etap rozwoju informatyki.

Ale pewnie nie mam racji i rzeczywiście za jakiś czas zobaczymy lepsze, tańsze i bardziej dopracowane produkty szyte spod jednej igły. A rynek informatyczny będzie po prostu bardziej przypominał inne.