W Internecie wiedzą, że jesteś psem… i co z tego?

Co jakiś czas rozmaite instytucje badawcze zaczynają ubolewać nad tym, że np. tylko 50% amerykańskich użytkowników serwisów społecznościowych uważa prywatność za ważną kwestię, a 21% w ogóle się nią nie przejmuje. Albo że prawie 40% ankietowanych ze Stanów Zjednoczonych i Wlk. Brytanii przyznało, że korzystało już z usług lokalizacji, a połowa spośród nich obawia się, że geolokalizacja nadszarpuje ich prywatność, ale nie zmienia to ich chęci korzystania z tego rodzaju serwisów.

W abstrakcyjnych dyskusjach na temat technologii obawy użytkowników przed monitorowaniem i kradzieżą prywatności są wyraźne. Kiedy jednak przychodzi do rozważań nad konkretnymi produktami i usługami IT, okazuje się, że ludzie w gruncie rzeczy najbardziej boją się ośmieszenia, wkroczenia innych na ich własne terytorium (rozumiane jako obszar sprawowania kontroli nad pewnymi strefami zawodowymi i osobistymi) oraz utraty kontroli nad własnym czasem. A zatem jeśli technologia nie naraża użytkowników na ośmieszenie, nie odbiera im rozmaicie pojmowanej władzy i nie przejmuje kontroli nad ich czasem, użytkownicy zasadniczo nie czują się zagrożeni.

Kiedy pojawiły się telefony komórkowe, ich użytkownicy czuli się początkowo niezręcznie, prowadząc prywatne rozmowy w autobusach, na ulicach czy w sklepach. Dziś nikogo już nie dziwią prowadzone publicznie rozmowy, a zaangażowane w nie osoby nie wydają się zażenowane. W stosunku do prowadzonych publicznie rozmów obowiązuje rodzaj etykiety windy - wymuszoną bliskość rekompensujemy brakiem kontaktu wzrokowego.

Dane osobowe, osobiste poglądy, wizerunki czy dane o naszej lokalizacji są rodzajem waluty, którą handlujemy w wirtualnym świecie, kupując za nią społeczną wiarygodność, uznanie, wpływ, serdeczność, przynależność i atrakcyjność społeczną. Waluty, którą jednocześnie opłacamy się dostawcom platform zapewniających nam współuczestnictwo w naszych społecznościach i dostawcom usług, dzięki którym nie tkwimy w korkach. Ci, którzy biją na alarm, wzywając do ochrony prywatności, nie widzą tej dodatkowej strony medalu - wielu ludzi ma świadomość tego, że z większości serwisów internetowych korzysta za darmo. Całkowicie świadomie rezygnuje z batalii o prywatność, uznając ją za rodzaj uczciwej wypłaty dla właściciela serwisu, o ile stosowane technologie nie prowadzą do ich ośmieszenia, nie wystawiają na strzał uzurpatorów i nie zabierają zbyt wiele czasu.

Aktywne uczestnictwo w świecie opartym na sieci współdziałających urządzeń wymaga dzielenia się informacją po to, aby być częścią tego świata! Wyjście do sklepu naraża nas na wypadek samochodowy lub kradzież portfela. Wyjście do naraża nas na kradzież tożsamości. Nie istnieją realne, ani wirtualne całkowicie bezpieczne światy. Ryzyko wpisane jest w interakcje społeczne, które mogą zakończyć się dla nas wymianą pożyteczną i sprawiedliwą lub nie. Problem zaczyna się dopiero wówczas, gdy uczestnictwo w usieciowionym świecie nie było zamierzone i wymyka się spod kontroli użytkownika.

Istnieje możliwość, że globalna, multikulturowa społeczność Internetu wypracowała pojęcie prywatności - różne na różnych serwisach i w różnych kontekstach - które nie ma bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości niewirtualnej, a dyskusje toczone przez prawników i specjalistów od technologii są w dużej mierze nieadekwatne do sytuacji przeciętnego internauty w jego własnym rozumieniu. Istnieje też możliwość, że technologia rozwinęła się szybciej, niż użytkownicy zdążyli się do niej przystosować. Perspektywa istnienia nieznanej nam grupy odbiorców naszych przekazów, która może je odbierać nie tylko dziś, ale - utrwalone - również w przyszłości, może być na tyle trudna do zrozumienia, że podświadomie staramy się wyłączyć ją z pola percepcji, koncentrując się na tym, co tu i teraz. Uznajemy, że w Panopticonie jest tylu więźniów, że strażnik już się w tym nie połapie.

Tytuł tekstu jest nawiązaniem do słynnego rysunku Petera Steinera opublikowanego w magazynie "The New Yorker" 5 lipca 1993 r.


TOP 200