Veni, vidi, Wiki - część 2. WEB 2.0 jako "złodziejstwo"

Nowa ekonomia to także wykorzystywanie potrzeb komunikacyjnych użytkowników dla celów ekonomicznych. Trudno sobie wyobrazić rynek bez relacji społecznych, a Web 2.0 te relacje pomnaża, a nie redukuje.

Nowa ekonomia to także wykorzystywanie potrzeb komunikacyjnych użytkowników dla celów ekonomicznych. Trudno sobie wyobrazić rynek bez relacji społecznych, a Web 2.0 te relacje pomnaża, a nie redukuje.

Jednym z głośniejszych wystąpień opozycyjnych wobec optymistycznego nurtu refleksji o społecznej produkcji zawartości w sieciach jest książka Andrew Keena pt. "Kult Amatora". W podtytule autor umieścił intrygujące i prowokujące pytanie: jak Internet zabija naszą kulturę.(1) Andrew Keena interesuje jednak nie tyle Internet, co jego najnowsze wcielenie -Web 2.0. A dlaczego zabija? Dlatego, że jest tworzony przez amatorów w najbardziej negatywnym rozumieniu tego słowa - po prostu ignorantów i nieuków.

Keen jest pionierem totalnej krytyki Web 2.0. I tym przede wszystkim zwróciła na siebie uwagę ta książka. Wymierza ciosy nie tylko w sam Web 2.0, ale także jego obrońców. Kwestionuje w Web 2.0 niemal wszystko, przestawiając znaki aksjologiczne. To, co dla jego orędowników jest wrogiem - cały main stream komercyjnych mediów, przemysłów kultury i wiedzy - dla Keena jest ostoją kultury, bastionem sprawdzonej cywilizacji, infrastrukturą pewnych i bezpiecznych instytucji, które dają porękę stałości i wiarygodności.

Jedną z charakterystycznych próbek jego - przyznaję - sugestywnej argumentacji jest żal z powodu smutnego losu, jaki spotkał sklep muzyczny Tower Music, który podobnie jak wiele innych przybytków stał się ofiarą praktyk peer-to-peer. Dla Andrew Keena był on czymś więcej niż tylko biznesem - był przyjazną instytucją kultury muzycznej z wielkimi tradycjami, w której nabywca mógł obcować z fachowymi miłośnikami, uzyskać fachową poradę. Teraz może już tylko liczyć w sieci na porady dyletantów.

"Motłoch sieciowy"

Jawi się tu więc klarowny w swej prostocie obraz: handlujący kulturą popularną w tradycyjnych instytucjach, to nie "kapitalistyczni krwiopijcy", którzy znajdują satysfakcję w obdzieraniu nas ze skóry. Wręcz przeciwnie, to przyjaciele, na których można zawsze liczyć. Web 2.0 zaś to anarchia autoekspresji, rój dyletantów - żadna mądrość tłumu, lecz kolektywna ignorancja i kradzież, motłoch sieciowy karykaturujący demokrację, przeradzający ją w paido- i ochlokrację (rządy dzieciaków i motłochu). Autor patrzy z pozycji arystokraty na tłuszczę, która lekceważąc wszelkie cywilizowane normy, szabruje dorobek pokoleń.

W ostatnim rozdziale zatytułowanym "Rozwiązania", Andrew Keen łagodzi nieco kategoryczność swych krytycznych sądów o Internecie wyrażając nadzieję, że znajdzie się jakieś korzystne wyjście. Przyznaje, że osobiście nie jest przeciwnikiem technologii i postępu (sam zresztą jest autorem blogu). "Technologia cyfrowa - powiada - to coś cudownego, co daje możliwość łączenia i wymiany wiedzy na całym świecie w niespotykany dotąd sposób". Ale zarazem chce być konstruktywistą. Chciałby pokierować rewolucją Web 2.0 tak, aby wzbogacała, a nie niszczyła naszą gospodarkę, kulturę i wartości. "Co możemy zrobić, aby upewnić się, że nasze najcenniejsze tradycje - szacunek dla wiedzy i doświadczenia, rozwijanie kreatywnych osiągnięć, podtrzymywanie i wspieranie rzetelnych i dynamicznych mass mediów - nie zostały zniszczone przez mający siłę tsunami kult amatora?" - pyta.

Książka Keena maluje obraz spodlonego świata nowego Internetu, w którym każdego można oczernić, szantażować, wejść w butami w jego życie, w którym jest wszystko, co najgorsze: mnóstwo podłej konkurencji, epidemia donosicielstwa, bezkarności, próżności, ekshibicjonizmu, webwandalizmu. Słowem - pandemonium. Tak ostra krytyka to ukryta nostalgia za przemijającym światem, jaki znamy, lęk przed niszczącym żywiołem.

Społeczne tworzenie technologii

Internet był projektem konstruktywistycznym, budowanym top-down, wymyślonym w duchu inżynierii społecznej. Okazało się jednak, że w świecie technologii i narzędzi mediów nie ma twardego determinizmu. Oczywiście, narzędzia coś robią z ludźmi, ale też ludzie coś robią z narzędziami - zmieniają sposób ich użycia, stare sposoby zastępują nowymi. Można więc z jednej strony mówić o jakiejś postaci determinizmu, ale także i aktywizmu, podmiotowej roli użytkowników.

Web 2.0 pokazuje, że tak jest w istocie. Web 2.0 to jest społeczne tworzenie technologii, czyli w gruncie rzeczy społeczne tworzenie rzeczywistości. Składa się na nią wiele światów - komputer sieciowy jako hipermedium jest bowiem uniwersalnym "ustrojstwem" (gizmo, jak je nazwał Bruce Sterling), z którego każdy może zrobić własny użytek: wykreować własny, niepowtarzalny świat, "przepuścić" go przez swój filtr mentalny i kulturowy, stworzyć własne reprezentacje.

Web 2.0 pokazuje, że Internet buduje się także bottom up. Jest on przestrzenią, w której znajduje ujście coraz więcej energii ludzi we wszystkich sferach ich aktywności: ekonomii, polityce, kulturze, nauce, edukacji, rozrywce itp. Czyni go to nieliniowym układem dynamicznym, czyli systemem złożonym. Potęgowy rozkład relacji sieciowych "produkuje" codziennie miliardy interakcji, które rodzą chaos.

Demokracja sieciowa jest anarchiczna, łatwo się pogubić w produkowanych masowo znaczeniach, przesyconych subiektywizmem i własnym doświadczaniem świata. Potrzebna jest spora doza krytycyzmu, aby umieć waloryzować tę zawartość, która jako taka jest nieprzejrzysta. Musimy jednak pozbyć się też iluzji, że będziemy do końca mieć wpływ na kształtowanie tej przestrzeni - raczej powinniśmy starać się poznać jej prawa samoregulacji i samoorganizacji, specyfikę tworzących się tam fluktuacji ładu.

Pewne zjawiska w Internecie pokazują, iż istotnie sieciowe tłumy to w znacznej części "cyfrowy plebs", a nie świadomy swych praw i obowiązków cyberdemos. Ale ten plebs będzie się uczył arytmetyki Web 2.0, tak jak plebs przemysłowy uczył się arytmetyki maszyny i taśmy produkcyjnej.

Lęk i krytyka

Nie pierwszy raz w historii pojawia się lęk przed rządami tłumu. I dobrze, że Andrew Keen napisał swą krytyczną, momentami jednostronną książkę. Dobrze, że ukazują się takie ksiązki, tak jak dobrze, że ukazywały się w poprzednich pokoleniach książki Oswalda Spenglera, Martina Heideggera, Gustave'a LeBona, Jose Ortegi y Gasseta, Karla Jaspera i innych "filozofów zmierzchu", którzy wieścili bunt tłumów, upadek elity ducha w związku z przejmowaniem władzy ekonomicznej, politycznej i symbolicznej przez nową klasę - burżuazję i bezprecedensowym rozrostem proletariatu przemysłowego. Tamci, przepełnieni pesymizmem kulturowym autorzy także przestrzegali przed spodleniem kultury przekonani, że nie sposób tak wielkiej masie przekazać całego Patrymonium. Bo ta masa właśnie narzuca własną, gorszą wersję.

Prawdą jest, że kultura masowa pokazywała brzydką twarz, ale też rewolucjonizowała dostęp do samej kultury. Oczywiście, rzeka rozlana szeroko traciła swoją głębię, ale w korycie płynęła wartkim nurtem. To wtedy właśnie powstały: kino, radio, telewizja, wielkie wydawnictwa muzyczne, encyklopedie i i inne przemysły kultury i wiedzy, a więc instytucje, których Andrew Keen broni jako ostoi ciągłości i przybytki profesjonalizmu. Te instytucje także nie powstały z dnia na dzień, lecz długo ewoluowały, dochodząc do dzisiejszych kształtów. To wtedy wyłoniła się elita - grupa producentów i dystrybutorów, którzy zaopatrywali masy w rozrywkę. To była pierwsza rewolucja kulturalna.

Drugą była kontrkultura lat 60. To ona położyła fundament pod trzecią rewolucję kulturalną, którą jest Web 2.0. Tak jak społeczeństwo przemysłowe powołało do życia masowego odbiorcę, tak społeczeństwo sieciowe powołuje masowego odbiorcę i wytwórcę "w jednym". W tej rewolucji chodzi już nie tyle - czy nie tylko - o dostęp, ile o narzędzia do tworzenia zawartości, zredukowanie niemal do zera bariery publikowania, która istniała we wszystkich poprzednich epokach. Na razie żyjemy w okresie zalewu tej zawartości, co francuski filozof sieci, Pierre Levy nazywa "Drugim Potopem".


TOP 200