Ustawa dopiero latem

Dopiero w połowie lutego br. odbędzie się w Sejmie głosowanie nad poprawionym projektem ustawy o informatyzacji. Tym samym wejdzie ona w życie nie wcześniej niż w czerwcu.

Dopiero w połowie lutego br. odbędzie się w Sejmie głosowanie nad poprawionym projektem ustawy o informatyzacji. Tym samym wejdzie ona w życie nie wcześniej niż w czerwcu.

Nie da się ująć wszystkiego w karby przepisów prawa - dowodzą losy rządowego projektu ustawy o informatyzacji działalności niektórych podmiotów realizujących zadania publiczne. Nie wystarczyły 22 posiedzenia Komisji Nadzwyczajnej rozpatrującej ten projekt i trzy sejmowe debaty, aby dział Informatyzacja doczekał się swojej ustawy. Właściwie można już mówić o pechu, który prześladuje ten akt prawny. Chociaż powtórzone drugie czytanie ustawy w Sejmie (19 stycznia br.) odbyło się w duchu merytorycznej dyskusji skoncentrowanej na odpowiedzi na pytania: Jakie pożytki niesie ze sobą ta ustawa, co w niej jest dobre i złe, to głosowanie nad nią nastąpi dopiero na kolejnym posiedzeniu Sejmu rozpoczynającym się 15 lutego. Jeśli Sejm uchwali wówczas ustawę, to Senat rozpatrzy ją dopiero 16 marca. Gdyby senatorowie wnieśli jakieś poprawki, projekt ustawy musi wrócić do Sejmu, aby posłowie mogli je przyjąć lub odrzucić. Następnie trafi on do podpisu przez prezydenta, na co ten ma 21 dni. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, ustawa zostanie podpisana w kwietniu, co oznacza, że wejdzie ona w życie w czerwcu 2005 r. (posłowie opowiadają się za trzymiesięcznym vacatio legis).

Puszka Pandory

W trakcie debaty parlamentarnej przedstawiciele poszczególnych klubów podkreślali, że z pierwotnej wersji ustawy o informatyzacji niewiele zostało. Jednakże dokonywane w niej zmiany zmierzają w dobrym kierunku. Przyznawali też, że w 2003 r. nazbyt optymistycznie podchodzili do materii ustawy. "Nie przewidywałem, że prace nad tym projektem będą tak trudne, a zagadnienia tak skomplikowane" - powiedział poseł Wiktor Osik (SLD). "Ramy prawne tego projektu zostały bardzo wąsko określone w pierwszej wersji, ograniczając się do zagadnień technicznych, nie przejawiając żadnej troski o infrastrukturę informacyjną państwa" - dodał Antoni Mężydło (PiS). Skrytykował on także ustanowienie na mocy artykułu 19 i 20 Krajowej Ewidencji Systemów Teleinformatycznych i Rejestrów Publicznych, uznając ją za zbyteczną. W swojej poprawce chciał ich skreślenia, ale Komisja Nadzwyczajna ją odrzuciła. W ocenie rządu "bez tej ewidencji nie będzie można realizować założeń ustawy".

Znowuż Tadeusz Jarmuziewicz, wiceprzewodniczący Komisji Nadzwyczajnej, zwrócił uwagę na niedociągnięcia w definicjach zawartych w ustawie. "Nie wiadomo, dlaczego ustawa nazywa dokumentem elektronicznym jakikolwiek zapis, plik, zbiór uporządkowanych i zapisanych na elektronicznym nośniku informacji. Dlaczego dokumentem ma być coś, co dokumentem urzędowym nie jest? Dlaczego wreszcie choćby moje archiwalne nagrania zespołu Pink Floyd zapisane na taśmie magnetofonowej na magnetofonie ZK-140 awansują w świetle projektu do rangi elektronicznego nośnika danych? Ustawa powinna określać, co ma robić system informatyczny w administracji publicznej, a nie jak ma być zbudowany. Te kwestie powinny być pozostawione specjalistom informatykom" - argumentował Tadeusz Jarmuziewicz.

Przedstawiciel Platformy Obywatelskiej - która ostatecznie zdecydowała się jednak poprzeć projekt - uznał, że ustawa, dająca olbrzymią liczbę delegacji do wydawania rozporządzeń wykonawczych określających wymagania wobec dokumentów elektronicznych w różnych dotychczas uchwalonych ustawach, sankcjonuje praktykę rozwijania standardów resortowych. "To regulacja stworzona dla administracji, w której obywatel i przedsiębiorstwo są absolutnie na drugim planie" - twierdzą posłowie Platformy Obywatelskiej.

Do ZUS-u z podpisem elektronicznym

Ostatecznie, posłowie jeszcze w trakcie drugiego czytania wnieśli kilka znaczących zmian, które zostały później poddane pod głosowanie w Komisji Nadzwyczajnej. Najistotniejszą z nich jest poprawka do Art. 40 pkt 5 ustawy, którą w imieniu klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej zgłosił poseł Grzegorz Dolniak. Jej treść jest następująca: "W Art. 40 pkt 5) lit c) zmieniany ust. 2a, który otrzymuje brzmienie - Dokumenty elektroniczne, o których mowa w ust. 1, opatruje się bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym przy pomocy ważnego kwalifikowanego certyfikatu - w rozumieniu ustawy z dnia 18 września 2001 r. o podpisie elektronicznym - osoby odpowiedzialnej za przesłanie tych dokumentów". Ta z pozoru drobna zmiana ma jednak istotne znaczenie. "Brak jest uzasadnienia, aby Zakład Ubezpieczeń Społecznych narzucał płatnikom z usług jakiego centrum certyfikacji mają oni korzystać. Niecelowe jest również utrzymywanie zasady, że ZUS pokrywa koszty certyfikatów użytkowanych przez płatników. Rezygnacja z tej zasady pozwoli na oszczędności w wydatkach publicznych w wysokości co najmniej 8 mln zł rocznie" - czytamy w uzasadnieniu zgłoszonej poprawki.

Firmy przesyłające drogą elektroniczną dokumenty do ZUS-u mogłyby same wybrać dostawcę podpisu kwalifikowanego. Prawo do wydawania takich certyfikatów mają Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, Krajowa Izba Rozliczeniowa, TP Internet i szczecińskie Unizeto, które ma obecnie monopol na obsługę niekwalifikowanego podpisu elektronicznego na potrzeby ZUS i przez dłuższy czas jeszcze go zachowa. Wprowadzenie obligatoryjności stosowania certyfikatów kwalifikowanych przy komunikacji z ZUS stanowiłoby impuls rozwojowy dla wciąż chimerycznego rynku usług e-podpisu. Ponadto dzięki zastosowaniu podpisu kwalifikowanego firmy byłyby już przygotowane do komunikacji elektronicznej z innymi jednostkami administracji.

Jest jednak pewne "ale". Obecny projekt zakłada niestety, że Art. 40 ustawy wejdzie w życie dopiero... 27 miesięcy po jej ogłoszeniu. Tyle czasu dostałby Zakład Ubezpieczeń Społecznych na przygotowanie się do nowej sytuacji. Co więcej, projekt przewiduje jeszcze dodatkowy 12-miesięczny okres przejściowy, w którym podatnicy mogliby przekazywać do zakładu dokumenty opatrzone zwykłym, niekwalifikowanym podpisem elektronicznym. Realne zmiany zostałyby więc ostatecznie wprowadzone dopiero po 39 miesiącach od ogłoszenia ustawy.

Zakupy za wszystkich

Na marginesie sejmowych potyczek o kształt ustawy warto zwrócić uwagę na ciekawy pomysł Ministerstwa Nauki i Informatyzacji, aby przeprowadzić w 2005 r. pilotażowe zamówienie publiczne na zakup sprzętu i oprogramowania dla wybranych resortów (pisaliśmy o tym w CW nr 47/2004). Zgodnie z informacją przekazaną przez Włodzimierza Marcińskiego, podsekretarza stanu w MNiI wspólnie z Włodzimierzem Dzierżanowskim, wiceprezesem Urzędu Zamówień Publicznych, "minister informatyzacji opracuje zasady przeprowadzenia postępowania, ustali listę podmiotów objętych scentralizowanym zakupem, rozstrzygnie postępowania i podpisze stosowne umowy". Następnie MNiI "przeprowadzi monitoring dostaw i podsumuje projekt pilotażowy, aby na podstawie zgromadzonych doświadczeń przygotować plan realizacji scentralizowanych zakupów publicznych typowego sprzętu i oprogramowania w roku 2006". Wartość przeprowadzonych w ten sposób zamówień w przyszłym roku szacuje się na 500 mln zł.