Upolitycznianie maszyn

Sternicy polskiej informatyki, jakimi są kolejni dyrektorzy w Urzędzie Rady Ministrów, decydują o wyglądzie informatyzacji kraju.

Sternicy polskiej informatyki, jakimi są kolejni dyrektorzy w Urzędzie Rady Ministrów, decydują o wyglądzie informatyzacji kraju.

6 lat temu, w czerwcu 1991 r., rozpoczęto strukturalne zarządzanie informatyką w polskiej administracji. W czerwcu br., 6 lat po tym, jak Andrzej Florczyk został pierwszym dyrektorem Biura Informatyki w Urzędzie Rady Ministrów (BI URM), Andrzej Gogolewski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA) wraz z Bolesławem Słomianem, dyrektorem Departamentu Łączności i Informatyki (DŁiI) rozpoczęli budowę nowych struktur informatycznych w administracji państwowej. Przez lata powstawania III Rzeczypospolitej okazało się bowiem, że żadna struktura, żaden człowiek i żadna koncepcja informatyzacji nie jest w stanie przetrwać próby demokracji.

Ludzie

Kiedy Tadeusz Mazowiecki został pierwszym premierem III Rzeczypospolitej, na stanowisko „ministra” państwowej informatyki w randze dyrektora departamentu powołał Andrzeja Florczyka. Pierwszy szef URM przetrwał cztery solidarnościowe gabinety, a usunięty został dopiero, gdy na fotelu premiera po raz drugi zasiadł Waldemar Pawlak. Andrzej Florczyk zdecydowanie odrzuca sugestię, że informatyka od 1991 r. była w jakikolwiek sposób powiązana z polityką. Jednak przyznaje, że był zaszokowany, gdy w ciągu jednej nocy, kiedy przebywał w szpitalu, rozwiązano Biuro Informatyki, powiadamiając go o tym po tygodniu. Decyzja ministra Michała Strąka, szefa URM, i późniejsze odwołanie Andrzeja Florczyka rozpoczęło okres, w którym kierowanie informatyzacją w Polsce trudno oddzielić od polityki.

Drugi z kolei „minister” polskiej informatyki – Marek Car – dostrzegał powiązania decyzji informatycznych z politycznymi. Mimo iż publicznie dawał do zrozumienia, iż informatycy w rządzie pełnią rolę wyłącznie usługową, to jednak tłumacząc powody rezygnacji z funkcji pełnomocnika premiera zaznaczył, że „był pełnomocnikiem premiera, co łatwo można przetłumaczyć jako – pełnomocnikiem tego premiera” (CW 9/95). Wraz z dymisją gabinetu Waldemara Pawlaka w lutym 1995 r. Marek Car ustąpił ze stanowiska, potwierdzając związek „ministra” od informatyki z ekipą rządzącą.

Paradoksalnie nikt z rządowych informatyków nie będzie otwarcie przyznawał, że pełniona przez niego funkcja trwa do momentu przegłosowania przez Sejm wotum nieufności dla rządu. W sferze administracji rządowej istnieje silne – acz wyłącznie werbalne – przekonanie, że informatycy w gruncie rzeczy pełnią funkcję „nocnych stróżów” państwa i wraz z kierowcami, hydraulikami i sekretarkami są do jego funkcjonowania niezbędni. Jednak przekonanie to nie przekłada się na decyzje personalne z prostego względu, że funkcja dyrektora departamentu czy podsekretarza stanu w MSWiA odpowiedzialnego za „koordynację działań w zakresie łączności i informatyki jeśli chodzi o administrację rządową” (zapis w ustawie o reformie centrum) daje duże prerogatywy do rozporządzania publicznymi pieniędzmi.

Historia konfliktu między Markiem Carem a Andrzejem Florczykiem obfitowała w zarzuty o upolitycznianie informatyki. „Informatyki i polityki nie można ze sobą mieszać. Próbował to robić dyrektor BI URM Andrzej Florczyk, nie zamierzam tego robić ja” – mówił w 1995 r. Marek Car (CW 9/95), na co Andrzej Florczyk odpowiadał, iż „zarzut Marka Cara tym bardziej jest dziwny, że sam pamiętam rozmowy, w których Marek Car dopytywał się o przynależność partyjną dyrektorów” (CW 13/95).

De facto funkcja „ministra” informatyki, która wraz z zakresem obowiązków ewoluowała przez lata, jest polityczna, gdyż wiąże się z decyzjami o wydawaniu publicznych pieniędzy. Jak dowodzi historia ostatnich lat, dyrektor URM, pełnomocnik premiera, przewodniczący Rady Koordynacyjnej ds. Teleinformatyki (RKT) czy podsekretarz stanu zawsze pełnił większą lub mniejszą rolę przy organizacji projektu informatycznego lub dostawach sprzętu i oprogramowania. Praktyka ta została w poważny sposób uregulowana po wejściu w życie ustawy o zamówieniach publicznych z początkiem 1995 r. Marek Car przyznawał: – „Kilka razy w tygodniu odbieram telefony różnych osób, pytających mnie, czy w sprawie konkretnego przetargu nie było jakichś wytycznych” (CW 9/95). W latach następnych wytyczne w wielu wypadkach zmieniły się w opinie gremiów wyznaczających koleje losu dużych zamówień teleinformatycznych. Janusz Maszkiewicz, przewodniczący powołanej w listopadzie 1994 r. RKT, przyznał, że opiniuje propozycje wyboru konkretnych rozwiązań dla instytucji budżetowych np. ZUS.


TOP 200