Uniwersytet Epoki Cyfrowej

Czy można totalnie skomputeryzować edukację? Dlaczego studentom renomowanych uczelni oferuje się lepiej płatną pracę niż absolwentom wirtualnych uczelni? Czy zmienić model uniwersyteckiego nauczania, a jeżeli tak, to czy warto?

Czy można totalnie skomputeryzować edukację? Dlaczego studentom renomowanych uczelni oferuje się lepiej płatną pracę niż absolwentom wirtualnych uczelni? Czy zmienić model uniwersyteckiego nauczania, a jeżeli tak, to czy warto?

W Skidmore College prowadzę wykłady o kulturowych, politycznych i ekonomicznych konsekwencjach rewolucji informacyjnej. Nie tak dawno, kiedy z wielkim entuzjazmem przekonywałem moich słuchaczy, że żyją w fascynującym okresie rewolucyjnych zmian, uświadomiłem sobie nagle, iż większość z nich ziewa albo patrzy na mnie tak, jakbym mówił jakimś obcym językiem, np. jęz. polskim. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że siedzący w klasie nastoletni ludzie urodzili się w czasach, gdy komputer osobisty był już powszechnie dostępny, mieli ok. 10 lat, kiedy wymyślony został World Wide Web, i z ich perspektywy heroiczne zdarzenia znaczące postęp Rewolucji Informacyjnej należą do zamierzchłej historii. Tylko taki "zgred", jak autor tego artykułu, który pamięta jeszcze czasy przedtelewizyjne, może się jeszcze ekscytować radykalnością technologicznych przemian.

Pod wpływem komputerów i Internetu drastycznie zmieniły się warunki na rynku pracy i coraz więcej zawodów wymaga oswojenia z technologią informatyczną. Przykładowo, ostatnio zwróciłem uwagę, że na furgonetkach miejscowych hydraulików coraz częściej widnieje ich internetowy adres. Zmiany technologiczne wymagają także w coraz większym stopniu od wszystkich pracowników ciągłego, trwającego całe życie, wysiłku edukacyjnego. Paradoksalnie, ostoją tradycji i wyspą stabilizacji w tym morzu przemian wydają się instytucje ze swej natury powołane do przygotowywania młodego pokolenia do życia w przyszłym świecie triumfującej technologii informatycznej - szkoły i wyższe uczelnie.

Struktura ze średniowiecza

Aby nie było nieporozumień, trzeba od razu przyznać, że niektóre z tych uczelni - np. MIT czy Carnegie Mellon - były kolebką tej rewolucji i dziś są nadal w "pierwszym szeregu postępowych sił". Moja uczelnia Skidmore College - która, jak każdy typowy amerykański college, nie kształci bezpośrednio "kadr rewolucji technologicznej", jest tylko czymś w rodzaju wyższej szkoły ogólnokształcącej. Słusznie chełpi się tym, że została przed rokiem zaliczona w poczet 20. najbardziej skomputeryzowanych amerykańskich instytucji edukacyjnych. Istotnie, odwiedzając naszą imponującą stronę internetową (http://www.skidmore.edu) można przekonać się, że wielu profesorów to zadomowieni mieszkańcy Cyberii. Ba! Wydział Biologii ozdobił nawet swoją stronę małpą, która macha łapą. Michael z Wydziału Filologii Klasycznej oferuje przez Internet wykład z kultury greckiej, który opracował wraz z kolegą z innej uczelni, zaś Rob, specjalista od sztuki tybetańskiej, nie tylko korzysta z globalnej internetowej galerii sztuki, lecz wykonał także kolorową, trójwymiarową wirtualną rekonstrukcję buddyjskiej stupy, którą studenci mogą oglądać z zewnątrz i od wewnątrz.

Wszystko to cieszy oko i poprawia samopoczucie rodziców naszych studentów. Ale... prawda jest taka, że w dziedzinie metodologii nauczania czy pedagogicznej filozofii wcielanej w życie przez amerykańskie wyższe szkolnictwo - nie mówiąc już o strukturze i charakterze instytucji - właściwie niewiele się zmieniło od czasu wymyślenia komputera. Prawdę mówiąc, to nie tak wiele zmieniło się od schyłku średniowiecza.

Lektura codziennej prasy może pozostawić wrażenie, że już wkrótce zawód nauczyciela stanie się reliktem przeszłości i każde dziecko od urodzenia podłączone będzie do komputera ładującego mu do głowy wiedzę. Hasło: "Komputer w każdej izbie szkolnej!" ma wciąż wielką polityczną nośność i wiceprezydent Al Gore najwyraźniej liczy na to, że infostradą zajedzie do prezydentury. Wiara w zdolność technologii informatycznej do zrewolucjonizowania systemu edukacji nie zrodziła się zresztą w ostatnich latach. Była ona zapewne jeszcze silniejsza w latach 50. (czasach, kiedy rodzice moich dzisiejszych studentów byli sami jeszcze nastolatkami), które naprawdę były pionierskimi latami rewolucji informacyjnej. Czy jednak wielkie, zrodzone wówczas oczekiwania spełniły się?

Mój przyjaciel PLATO

Pierwszy, podjęty na wielką skalę, projekt wykorzystania komputerów w procesie nauczania zainicjował Donald Bitier na Uniwersytecie Stanu Illinois w Urbanie przed czterdziestu laty. Używając ówczesnych wielkich centralnych procesorów (mainframe), Bitier stworzył liczący tysiące terminali system, który nazwał PLATO. Jego nowość polegała na możliwości interaktywnego oddziaływania między komputerem a siedzącym przy terminalu studentem, który mógł wybierać sobie "elektroniczne wykłady" z najrozmaitszych przedmiotów i pracować nad opanowaniem wymaganego materiału w stosownym dla siebie tempie. Ponieważ w tradycyjnej klasie część studentów myśli szybciej (i zaczyna się nudzić), część zaś wolniej (i nic nie rozumie), czas spędzony na zajęciach szkolnych był, według panujących teorii pedagogicznych, w dużej mierze stracony i PLATO miał być tym rewolucyjnym remedium, które doprowadzi do wzrostu efektywności nauczania.


TOP 200