Ujarzmić informacyjne społeczeństwo

Zakończył się drugi etap Światowego Szczytu Społeczeństwa Informacyjnego w Tunisie. Wydarzenie nie zyskało większej uwagi szerszej publiczności międzynarodowej. W bliskiej przyszłości nic się nie zmieni w sposobie, jakim zarządzany jest międzynarodowy Internet.

Zakończył się drugi etap Światowego Szczytu Społeczeństwa Informacyjnego w Tunisie. Wydarzenie nie zyskało większej uwagi szerszej publiczności międzynarodowej. W bliskiej przyszłości nic się nie zmieni w sposobie, jakim zarządzany jest międzynarodowy .

Dla większości publiczności procesy makroekonomiczne albo makrospołeczne stanowią nieodgadnioną zagadkę, a raczej mistyczną wiedzę bliższą kapłanom niż taką, o której można konstruktywnie porozmawiać z sąsiadem (chyba że sąsiad akurat jest aktywistą alterglobalistycznym lub profesorem). W społeczeństwie, w którym realnym problemem jest brak energii, głód, choroby czy bezrobocie ciężko dyskutować o skomplikowanych zagadnieniach kontroli nad infrastrukturą techniczną globalnej wioski i konsekwencjami wynikającymi z przyjęcia jednego z kilku możliwych rozwiązań. Na tym m.in. polega cyfrowe wykluczenie.

Jeszcze w grudniu 2001 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ rezolucją 56/183 zaaprobowało założenia Światowego Szczytu Społeczeństwa Informacyjnego wypracowane przez Radę Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU). Chodziło o "uzgodnienie wspólnego planu wykorzystania technologii informacyjnych i komunikacyjnych" oraz "omówienie roli mediów w osiąganiu Milenijnych Celów Rozwoju". Jeszcze innym z celów było wypracowanie "narodowych e-strategii powiązanych z krajowymi planami rozwojowymi i gospodarczymi". Architekci Szczytu zamierzali również sprowokować podjęcie kroków mających na celu "udostępnienie technologii informacyjnych i komunikacyjnych dla osób zamieszkujących obszary wiejskie, szpitalom, szkołom oraz uniwersytetom". Zwracano uwagę na "rozwój kapitału ludzkiego poprzez dostęp do edukacji, udział w szkoleniach i rozwój badań". Wszystkie te cele były zaiste szczytne.

Jednym z ważniejszych wyzwań było stworzenie do 2005 r. kompleksowego i realistycznego planu globalnego zarządzania społeczeństwem informacyjnym - tutaj chyba leży sedno, bo kto będzie kontrolował globalne społeczeństwo?

Globalizacja stała się faktem. W dzisiejszej rzeczywistości prawdziwe są powiedzenia, że kapitał nie ma ojczyzny i że światem rządzi pieniądz. Przepływ kapitału w społeczeństwie wiedzy wymaga infrastruktury technicznej, a kto ma kontrolę nad tą infrastrukturą, ten ma władzę nad światem. Kluczowym elementem infrastruktury jest zaś system adresowania wykorzystywany do obsługi komunikacji internetowej, dlatego jednym z bardziej ekscytujących zagadnień jest to, w jaki sposób uzyskać wpływ na procesy obsługiwane przez The Internet Corporation for Domain Names and Numbers (ICANN). Wygląda to dzisiaj tak, że ta niewielka organizacja, będąca formalnie pod kontrolą amerykańskiego Departamentu

Handlu (a więc uzależniona od rządu USA), poprzez swoje kompetencje odgrywa dziś kluczową rolę w rozwoju społeczeństwa informacyjnego. Nie wszystkim się to podoba, bo i same Stany Zjednoczone nie przez wszystkich są kochane.

Sieciowe dylematy

Załóżmy, że jakiś kraj chciałby mieć narodową domenę, a amerykański rząd go nie uznaje. Amerykański Departament Handlu ma prawo weta, więc bez zgody rządu nie da się stworzyć powszechnie dostępnych zasobów internetowych tego kraju (rządowych, prywatnych, komercyjnych) dostępnych w innych częściach świata za pomocą Internetu. Kontrola nad kluczowymi zasobami komunikacyjnymi danego kraju realizowana przez rząd innego państwa stawia pod znakiem zapytania kwestie jego suwerenności. Dlatego rozpoczęła się debata (a niektóre kraje zaczęły kłaść podwaliny pod alternatywny, lokalny Internet, dzięki czemu miałyby wyłączną kontrolę nad tym, co robią ich obywatele).

Wydawać by się mogło, że ONZ stanowi dostatecznie reprezentatywne forum, by pod jego egidą przeprowadzić reformę. Zaproponowano kilka możliwych wariantów: utworzenie wewnątrz ONZ Globalnej Rady Internetu, która miałaby przejąć działania ICANN, ewentualnie można by jedynie zwiększyć znaczenie i umiędzynarodowić komitet doradczy ICANN: The Governmental Advisory Committee (GAC). Proponowano również, by zmarginalizować znaczenie ICANN, pozostawiając tej organizacji jedynie kompetencje dotyczące technicznego wykonywania decyzji jakiejś oenzetowskiej agendy. Wreszcie proponowano bardziej skomplikowany model trzech agencji, ale również działających w ramach ONZ.

Samo ONZ wiedzie prym decyzyjny, jeśli chodzi o tradycyjną telefonię, a to za sprawą ITU, która zarządza systemem łączy telefonicznych. Z Internetem sprawa jest bardziej skomplikowana. Najważniejsze standardy komunikacji internetowej powstały w łonie stowarzyszenia Internet Society (i działających w jego ramach mniej formalnych grup, takich jak Internet Engineering Task Force i Internet Architecture Board). Ktoś mógłby się tutaj dziwić, że Internet funkcjonuje m.in. w oparciu o niesformalizowane "prośby o komentarz" - Request For Comments (RFC), które mają jednak dużą siłę oddziaływania. Jeśli chodzi o międzynarodowe standardy, to bardzo ważną rolę odgrywają również takie organizacje, jak: the World Wide Web Consortium (W3C), International Standardization Organization (ISO) czy Organization for the Advancement of Structured Information Standards (OASIS). Zatem wiele organizacji wypracowało standardy, bez których Internet nie mógłby obecnie funkcjonować. Jak to teraz wszystko okiełznać?

Na kilka godzin przed oficjalnym otwarciem Szczytu było już wszystko jasne. Pomimo wcześniejszych działań dyplomatycznych Unii Europejskiej, Rosji, Iranu, Chin, Brazylii i paru innych krajów, utrzymano status quo. Jeśli chodzi o nadawanie nazw domenowych oraz zarządzanie serwerami nazw w ramach systemu DNS, przez jakiś czas nic się nie zmieni. Wystarczyło kilka dyplomatycznych listów, presja ze strony amerykańskich firm informatycznych i bliskie relacje pomiędzy USA a Wlk. Brytanią (która obecnie przewodzi UE). Do tej grupy dołączyła również Australia. Unia Europejska osłabiła swoje stanowisko w sprawie międzynarodowej demokratyzacji procesu zarządzania infrastrukturą techniczną Internetu. W efekcie będące po drugiej stronie sporu kraje nic nie mogły zdziałać. Kontrolowana przez USA ICANN nadal będzie zarządzać systemem. Zresztą, czy politycy faktycznie mogliby to zmienić? Nawet teraz można stworzyć alternatywny system domenowy, ale kto zechce się do niego wpiąć? Polityczna wojna trwa na górze, a w zaciszu klimatyzowanej serwerowni admin jednego z trzynastu głównych serwerów DNS dba o spójność globalnego Internetu, podjadając przy okazji colę z pizzą.

Żeby nie wyszło na to, że te wszystkie dyskusje polityczne nie miały większego sensu, prace koncepcyjne w ONZ będą toczyć się dalej. W przyszłym roku powstanie Internet Governance Forum, w którego skład będą wchodzili przedstawiciele rządów, organizacji pozarządowych i biznesu, jednak nowy twór mający kanalizować dyskusję o zarządzaniu światowym Internetem nie będzie miał żadnych szczególnych uprawnień i nie będzie w żaden sformalizowany sposób sprawował zwierzchnictwa nad istniejącymi strukturami.

Państwo stawia warunki

Projektanci Światowego Szczytu Społeczeństwa Informacyjnego chcieli również promować zasady wolności słowa jako podstawy społeczeństwa informacyjnego, pragnęli ustanowić ramy współpracy dla ochrony prywatności i bezpieczeństwa w sieci informacyjnej. "Obywatele mogą sobie wszystko powiedzieć, a my nie będziemy wiedzieli co?" - zapytać może tutaj przedstawiciel rządu jakiegoś kraju. Swobodne komunikowanie się należy do podstawowych praw człowieka. Okazuje się jednak, że poszczególne rządy chciałyby kontrolować to, o czym obywatele rozmawiają. Uzasadnia się to walką z terroryzmem i przestępczością.


TOP 200