Twarze informatyki

Sięgnąwszy pamięcią do szkoły średniej (co nie jest szczególnie przyjemnym wspomnieniem), przypominam sobie swoje miejsce w przedostatniej ławce w rzędzie pod ścianą.

Sięgnąwszy pamięcią do szkoły średniej (co nie jest szczególnie przyjemnym wspomnieniem), przypominam sobie swoje miejsce w przedostatniej ławce w rzędzie pod ścianą.

Odwrócenie wzroku od nauczyciela i tablicy sprawiało, że padał on na twarze na portretach. Zdobiły one ścianę każdej pracowni i choć w każdej z nich były nieco inne, zawsze emanowało z nich dostojeństwo i mądrość. Wiadomo było od razu, że przebywa się w świątyni wiedzy.

Każda nauka pełna jest takich postaci. Z panteonu fizyków spogląda rozwiana grzywa Einsteina, surowy wzrok Newtona i mądra twarz Faradaya. Zapatrzony gdzieś Mickiewicz, rozemocjonowany Słowacki i nieszczęśliwy. Baczyński patrzą na nas z kart historii literatury ojczystej. Dostojna łysina św. Tomasza, siwizna Kanta i patriarsza broda Marksa (a niech tam!) dodają blasku filozofii. Nawet krewniaczka elektronika, choć tak przecież młoda, ma swoje twarze. A z czyją twarzą kojarzy się nam informatyka? Czyimi portretami przystroimy pracownię informatyczną w szkole? Czyj obraz przywołamy, myśląc o odkryciach w informatyce? Na czyje zdanie powołamy się, przyciśnięci do muru w dyskusji?

Rola owych patriarchów danej nauki jest bardzo ważka. Panteon postaci z brązu poniekąd tkwi u podstaw każdej dziedziny, odgrywając rolę nie mniejszą niż fundamentalne odkrycia i definicje. Postacie te stanowią bowiem drogowskaz dla pokolenia badaczy. "Patrzcie!" - zdają się mówić. - "Tą dziedziną warto się zajmować. Jest tutaj dużo wiedzy do zdobycia, jest pasja i smak nieznanego. Chodźcie do mnie, a ja będę czuwał nad waszym rozwojem".

Mam silny kompleks takich postaci z brązu, przy największych staraniach bowiem potrafię ich w informatyce wskazać zaledwie kilka, a i tak nie mogę z pamięci przywołać ich twarzy, tak jak potrafię przywołać twarz Mikołaja Reja. Gdybym miał więc dziś urządzać sobie gabinet, to jego ściany ozdobiłby na pewno portret Leibniza, ale także Turinga, von Neumanna i Wienera. Skromna to galeria i w większości bardzo "współczesna", co nie przydaje jej splendoru.

Tymczasem, gdyby spytać przeciętnego obywatela rozwiniętej części świata, z czyją twarzą kojarzy mu się informatyka, idę o zakład, że przede wszystkim wskazałby Billa Gatesa. Fakt, że za tuza dziedziny, którą się zajmujemy, uchodzi genialny twórca firmy, nie zaś fundamentalnej teorii, źle świadczy albo o informatyce, albo o współczesności. Jest to chyba ewenement w skali nauk, i konia z rzędem temu, kto ten stan rzeczy odmieni.

Nie mogąc zaludnić przeszłości spiżowymi bohaterami, obserwuję media w celu zidentyfikowania kogoś jako "twarz informatyki", tak jak Leszek Balcerowicz jest "twarzą ekonomii", a Jan Miodek "twarzą języka polskiego". I tutaj także pudło, choć niewątpliwie wraz ze wzrostem społecznego znaczenia informatyki taka twarz lub twarze się pojawią. Na razie nie bardzo wiadomo, kto miałby to być - profesor, biznesmen czy może zręczny haker?

Z tym większą przyjemnością obserwuję fakt, że redakcja Computerworlda rozumie, że informatyka to przede wszystkim ludzie w niej pracujący.

Konsekwentnie umieszcza więc na pierwszej stronie zdjęcie jakiejś osoby i próżno szukać tam zdjęć komputera. Tego chlubnego zwyczaju nie mają inne, choć równie poważne, czasopisma informatyczne, epatując nas fragmentem klawiatury, układem scalonym albo seksowną bohaterką nowej gry zręcznościowej.

Gabinetu na razie nie posiadam i nie zanosi się, żebym w najbliższym czasie miał go urządzać, problem więc, oględnie mówiąc, nie jest palący. Ale gdyby ktoś słyszał, że ktoś niedrogo sprzedaje portrety wymienionych przeze mnie osób, proszę o wiadomość, chętnie kupię.