Tragedia Nowych Czasów

Gdyby w 25 lat po śmierci Charlie Chaplina na ekranach kin znalazł się sequel 'Dyktatora', widzowie zapewne uznaliby film za śmieszny, a powołanie do życia komika wszech czasów za interesujące. Gdyby jednak Leni Riefenstahl nakręciła drugą część 'Triumfu woli' z Adolfem Hitlerem w roli głównej i Heinrichem Himmlerem w co trzeciej sekwencji, czar kina prysłby jak bańka mydlana, a zabawa w kręcenie filmów stałaby się moralnie dwuznaczna.

Gdyby w 25 lat po śmierci Charlie Chaplina na ekranach kin znalazł się sequel 'Dyktatora', widzowie zapewne uznaliby film za śmieszny, a powołanie do życia komika wszech czasów za interesujące. Gdyby jednak Leni Riefenstahl nakręciła drugą część 'Triumfu woli' z Adolfem Hitlerem w roli głównej i Heinrichem Himmlerem w co trzeciej sekwencji, czar kina prysłby jak bańka mydlana, a zabawa w kręcenie filmów stałaby się moralnie dwuznaczna.

Rzecz oczywiście w efekcie skali; przypadek owcy Dolly budzi zastanowienie i wywołuje dyskusje, sklonowanie Włodzimierza Iljicza zapewne budziłoby zwyczajny strach. Listopadowy numer pop kulturalnego magazynu "Wired" przenosi nas do Hollywood końca lat 90.

Na obecnych obrzeżach stolicy amerykańskiego przemysłu filmowego istnieją już ludzie i spółki o potencjale finansowym i technicznym, umożliwiającym przywracanie do życia nieboszczyków na celuloidowej taśmie. Kreowani przez nich aktorzy na razie mają z filmem pełnometrażowym niewiele wspólnego. Jeden z nich, fantom o żeńskim imieniu Justine, został stworzony przy użyciu oprogramowania Life F/x, zapewne z myślą o reklamówkach. Producenci promujący Justine z rezerwą mówią o możliwościach zrealizowania "Casablanki" bez udziału żywego Humphreya Bogarta, co świadczy o tym, że pytanie "ile na tym można zarobić" nie jest jeszcze w ogóle aktualne.

Kolejna postać z cyfrowego panteonu fabryki marzeń zajmuje się szeroko pojętą dystrybucją nagranych kaset wideo. W jego sklepie w Berkeley widz może wybierać spośród 80 tys. tytułów wystawionych na sprzedaż i 35 tys. do wypożyczenia. Oczywiście, istnieje również wirtualna wypożyczalnia kaset, która dla odwiedzających ją gości tworzy indywidualne konta z opisem preferencji. Kwestia wyboru właściwego filmu po skomponowaniu portretu psychologicznego klienta nie wydaje się być już nie do przejścia.

Innym magikiem hollywoodzkiej sceny jest współczesny konserwator pracujący dla potrzeb kina. To ten zapewne, który kilka lat temu zafundował światu kolorowe "Przeminęło z wiatrem", a na stole montażowym jego pracowni odłożone są "Spartacus" i "Vertigo". "Piąty element" Luca Besson nie musi być już kolorowany, gdyż to, co zobaczyli widzowie najdroższej w historii francuskiego kina produkcji dzieliło 60 lat od pierwszego technikoloru. Większa część filmu autora "Metra" i "Nikity" obywa się bez udziału aktorów, gdyż wywodzi się z pracowni plastycznych, w których zamiast pędzla i zagruntowanego płótna używa się myszy i monitora.

Efekty specjalne, których wymyślaniem zajmuje się obecnie duża grupa hollywoodzkich specjalistów od wyobraźni, nie zaczynają się jednak - jak w "Piątym elemencie" - lotem podniebnych taksówek. Ich premiera na 35 mm taśmie ma miejsce już wtedy, gdy znajdujący swoje miejsce na sali kinoman zobaczy pierwsze napisy, a nawet wcześniej, gdy armia montażystów pokaże widzom rezultaty swojej pracy w postaci kilkudziesięciosekundowych zwiastunów.

Zastępy wymarłych zwierząt, sztuczni aktorzy, którzy nie stoją w kolejce do kasy, miasta z papieru i statki kosmiczne rodem ze sklepu z zabawkami nie budzą zainteresowania, lecz znudzenie i coraz częściej przerażenie. Strach wynikający nie z faktu, że przed obiektywem kamery może stanąć wirtualny Józef Stalin wydający polecenie zagłodzenia nierealnej Ukrainy, ale obawa, iż dla wartości samego dzieła cyfrowe fajerwerki nie mają istotnego znaczenia.

<hr size=1 noshade>Wired, listopad 1997 r.


TOP 200