Tożsamość w sieci – dlaczego nie można jej całkowicie wymazać?

Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że każdy obywatel Unii Europejskiej ma „prawo do bycia zapomnianym”. Jednak specjaliści ds. ochrony prywatności są zdania, że choć można utrudnić wyszukanie pewnych informacji czy danych osobowych, to całkowite ich usunięcie z sieci jest praktycznie niemożliwe.

Świat online rządzi się swoimi prawami. Jedną z niepodważalnych zasad, obowiązującą niemal od początku istnienia sieci, jest to, że internet nigdy nie zapomina. Każda opublikowana w nim informacja może zostać odtworzona lub przywrócona w dowolnym momencie – nie mówiąc o historii z utraconymi mailami byłej dyrektor amerykańskiego Urzędu Podatkowego (IRS), Lois Lerner. Równie fikcyjne okazały się być obietnice dotyczące błyskawicznego usuwania zdjęć w ciągu kilku sekund po ich otrzymaniu.

Oczywiście, ludzie nadal próbują wyczyścić pamięć internetu. Jedną z takich karkołomnych prób podjął ostatnio Europejski Trybunał Sprawiedliwości. W maju tego roku przyznał wszystkim obywatelom Unii Europejskiej „prawo do bycia zapomnianym”. Oznacza to, że mogą oni żądać od takich wyszukiwarek, jak Google, Yahoo czy Bing usunięcia wszelkich linków do stron zawierających informacje osobowe, które są „nieodpowiednie, nieistotne lub straciły na aktualności”.

Zobacz również:

W tym miejscu warto przypomnieć, zwłaszcza początkującym internautom, że takie orzeczenie wcale nie prowadzi do całkowitego usunięcia informacji z internetu, choć rzeczywiście utrudni to dostęp do nich, bo linki nie będą pojawiać się już w wynikach wyszukiwania.

Co więcej, przeciwnicy „prawa do bycia zapomnianym” twierdzą, że nie tylko niemożliwa jest jego egzekucja, lecz dodatkowo niesie ono ze sobą niezamierzone skutki uboczne. Jak twierdzi Kashmir Hill, dziennikarz Forbes, w jednym ze swoich ostatnich artykułów, taka decyzja to istny „koszmar logistyczny”. Częściowo dlatego, że Google informuje media o zamiarze usunięcia linku do opublikowanej informacji ze swoich wyników wyszukiwania. W takiej sytuacji redakcje przerabiają daną historię i ponownie publikują dane, o których usunięcie wnioskował jakiś Europejczyk.

Rebecca Herold, prezes organizacji zajmującej się ochroną prywatności „Privacy Professor”, zwraca uwagę na to, że „możliwość skopiowania informacji i zapisania jej w innym miejscu jest zdecydowanie zbyt prosta. Co więcej, informacje osobowe są automatycznie zapisywane w pamięci podręcznej i często kopiowane na niektórych stronach wyskakujących w większości wyszukiwarek internetowych”.

Kolejną barierę logistyczną stanowi fakt, że Europejski Trybunał Sprawiedliwość ma ograniczone terytorium jurysdykcji. Orzeczenie o „prawie do bycia zapomnianym” znajduje zastosowanie wyłącznie do europejskiej wersji wyszukiwarki Google. Jeśli użytkownik nie znajdzie w niej interesujących go informacji, zawsze może skorzystać wersji amerykańskiej albo wyszukiwarki dla innego regionu świata.

Znaczną trudność stanowi też samodzielność operatorów wyszukiwarek internetowych w zakresie decydowania o słuszności i zasadności wniosków z tytułu „prawa do bycia zapomnianym”. Zarówno Google, jak i Microsoft żądają od wnioskodawcy skompletowania obszernej dokumentacji w postaci czteroczęściowego formularza wymagającego przedłożenia dowodu tożsamości, dowodu zamieszkania na terytorium Unii Europejskiej, listy wszelkich pseudonimów oraz podania adresu e-mail. Użytkownik musi również poinformować wyszukiwarkę to tym, czy jest osobą publiczną lub liderem lokalnej społeczności. Dodatkowo, musi dołączyć wykaz stron, które chce zablokować wraz z uzasadnieniem swojego żądania. Wyszukiwarki zaś wydają decyzję zgodnie z zasadą zachowania równowagi między prawem do ochrony prywatności a interesem publicznym i wolnością wypowiedzi. Tak przynajmniej twierdzą.


TOP 200