Tłumacz książek informatycznych

Wśród coraz liczniejszego grona ludzi, którzy utrzymanie zawdzięczają komputerom i wszystkiemu co jest z nimi związane, znajdują się tłumacze. Technologia komputerowa wędruje głównie z USA do Polski, a nie odwrotnie, toteż największe wzięcie mają tłumaczący z języka angielskiego.

Wśród coraz liczniejszego grona ludzi, którzy utrzymanie zawdzięczają komputerom i wszystkiemu co jest z nimi związane, znajdują się tłumacze. Technologia komputerowa wędruje głównie z USA do Polski, a nie odwrotnie, toteż największe wzięcie mają tłumaczący z języka angielskiego.

Laikowi wydaje się, że do takich przekładów wystarczy znajomość języka obcego. Nic bardziej błędnego. Umiejętność posługiwania się językiem polskim jest tu znacznie ważniejsza. ''Mały Jasio'' uważa, że przekład polega na szukaniu odpowiedników słów w głowie lub w słowniku i składaniu z tych słów zdań. Opinia ta znajduje niestety czasami potwierdzenie w rzeczywistości. Dobry przekład na język polski książki o tematyce komputerowej wymaga najwyższych kwalifikacji w każdej dziedzinie, z którą się to zadanie łączy, czyli obu języków i tematyki książki. Nie jest to budowa mostu i nawet jeśli tłumaczenie zrobione jest fatalnie, nic się nie zawali. Był nawet przypadek, że chyba najgorzej przetłumaczona książka odniosła duży sukces rynkowy. Z tego powodu podaż tłumaczy jest większa niż popyt (każdemu wydaje się, że potrafi), co wykorzystują wydawcy, stawiając srogie warunki finansowe. Ponieważ często są to wydawcy przez małe ''w'', wolą tłumacza tańszego niż lepszego. Na tym etapie kapitalizmu widać bardziej się to opłaca.

Jak to wygląda od strony finansowej?

Treść umowy z tłumaczem narzuca oczywiście wydawca. Taką umowę można raczej nazwać udzieleniem przez tłumacza kredytu wydawnictwu. Za zrobienie przekładu (2-3 miesięcy pracy) tłumacz otrzymuje zaliczkę (3-5 mln zł), a resztę wynagrodzenia zależnie od wielkości sprzedanego nakładu. Cały dochód stanowi 12-18% ceny hurtowej książki. Na przykład, książka 300-stronicowa o cenie hurtowej 80 tys. zł powinna przynieść tłumaczowi dochód 22 mln zł po sprzedaniu standardowego nakładu 2 tys. egzemplarzy. W praktyce wygląda to tak, że wynagrodzenie wypłacane jest w ratach w ciągu dwóch lat. Zdarzają się jednak wydawnictwa bogatsze od tłumacza i nie wymuszające od niego pożyczek. Płacą one stałą stawkę, co w przeliczeniu na stronę wynosi 50-100 tys. zł. Taka sama książka daje podobny dochód, ale cała suma jest wypłacana zaraz po oddaniu pracy. Zysk lub strata jest wówczas zmartwieniem wydawcy. Przy umowie pierwszego typu wydawca nie musi się spieszyć z wydaniem książki, a w drugim jak najbardziej.

Amatorzy i zawodowcy

Głównym wrogiem zawodowych tłumaczy są, jak w każdej profesji, amatorzy. Są to jednak amatorzy, którzy fachowością nie zawsze ustępują profesjonalistom. Różnica polega na tym, że amatorzy mają stałe etaty w państwowych przedsiębiorstwach, najczęściej instytutach naukowych. W ostatnich latach, placówkom naukowym wystarcza ledwie na płace i nie zostaje nic lub prawie nic na narzędzia pracy. W takiej sytuacji nasz ''amator'' z nudów i dla podreperowania budżetu (niepaństwowego oczywiście) szuka intratnego zajęcia. Tłumaczenia świetnie się nadają do tego celu. Po pierwsze nie trzeba do tej chałtury zwalniać się z pracy. Po drugie łatwo ukryć taką robotę. Kopia ksero oryginału w szufladzie, a na ekranie dwa przełączane dokumenty (WordPerfect przewidująco wprowadził do tego celu klawisz skrótu Shift+F3). Jeden z nich, to sprawozdanie z zakończonego właśnie problemu badawczego KBN, a drugi to ''konfitury'', jak mawiał były minister finansów. Przychodzi więc nasz tłumacz do pracy i po porannej ceremonii: śniadanie, gazeta, kawa, zabiera się z do wspomnianych konfitur z zapałem godnym Tomka Sawyera. Zawodowy tłumacz jest w znacznie gorszej sytuacji. Pozbawiony jest bowiem tego wprawdzie niewielkiego, ale stałego wynagrodzenia, choć licząc z opłaconymi urlopami, zwolnieniami i ZUS-em, suma ta jest i tak spora dla kogoś, kto niezależnie musi na to wszystko zarobić. Profesjonalista przegrywa więc łatwo w konkurencji z amatorem, gdyż temu drugiemu łatwiej jest doczekać wypłaty za sprzedane książki.

Jakie są perspektywy?

Kiedy w dalekiej (może niedalekiej) przyszłości, o powodzeniu na rynku książek o tematyce informatycznej (i nie tylko) będzie decydowała jakość, wówczas sytuacja dobrych, profesjonalnych tłumaczy powinna się poprawić. Tymczasem, aby nie tracili kontaktu z książkami, proponuję zajęcie się ich sprzedażą detaliczną (dochód - ok. 30% ceny egzemplarza) lub hurtową (do 20% od sztuki).