Szczyrk z orczykiem w tle

"Co wy, chopy? Meter śniegu musi być na bandach, rozumisz?!" - Stanisław Richter, zarządzający trzynastoma "górniczymi" wyciągami narciarskimi na Hali Skrzyczeńskiej, poucza obsługę armatek wodnych. Już w przyszłym roku takie polecenia będzie wstukiwał w klawiaturę komputera.

"Co wy, chopy? Meter śniegu musi być na bandach, rozumisz?!" - Stanisław Richter, zarządzający trzynastoma "górniczymi" wyciągami narciarskimi na Hali Skrzyczeńskiej, poucza obsługę armatek wodnych. Już w przyszłym roku takie polecenia będzie wstukiwał w klawiaturę komputera.

Historia jednego z czterech działających w Polsce systemów komputerowej obsługi wyciągów narciarskich zaczęła się w 1994 r., kiedy krakowska firma Unicard-Digicard wygrała przetarg rozpisany przez Gliwicką Agencję Turystyczną S.A. (GAT), właściciela trzynastu orczyków w Szczyrku. Działanie wyciągów GAT, którego udziałowcami są liczne kopalnie Zagłębia, jest - zdaniem złośliwych - jedynym intratnym przedsięwzięciem górniczej inicjatywy. Nie należy do nich na pewno wydobycie węgla.

Na podwykonawców krakowska firma wybrała sobie przedsiębiorstwa Insoft (oprogramowanie pod SCO: serwer bazy danych on-line, interfejs XüWindows, programy komunikacyjne TCP/IP - Berkeley sockets), Aba (SCO Unix, osprzęt sieciowy i serwer), Samm (kod procesora czytnika) i Sigma (połączenia drutowe i światłowodowe), a także dr. Grzywnę, który wcześniej pracował na zlecenie Banku Przemysłowo-Handlowego. "Bankowcy gwarantują wiarygodność" - mówi Stanisław Richter. Zadania dla poszczególnych podwykonawców były precyzyjnie określone, tak aby w przyszłości każdy z nich odpowiadał za konkretny odcinek pracy systemu.

"Przed rozpisaniem przetargu długo się zastanawialiśmy, szukaliśmy - opowiada Stanisław Richter. W końcu wybór padł na karty magnetyczne, bo najpewniejsze. Zachodnie urządzenia od razu odpadały ze względu na cenę i stan zużycia". System na Hali Skrzyczeńskiej musiał spełniać szereg warunków. "Jak w Alpach" - mówi dyrektor Richter.

Zmęczenie materiału

Po pierwsze, niezawodność. Zamieszanie związane z chwilowym nawet zawieszeniem systemu kosztuje GAT duże pieniądze. Liczył się więc nie tylko serwis, ale odporność urządzeń na niskie temperatury i dużą wilgotność powietrza. Raz na skrzyczeńskim termometrze podziałka spadła do -37 C - czytniki kart magnetycznych nawet tego nie dostrzegły. "Nie może być też tak, że programiści siedzą gdzieś w Dolomitach, a producent czytników w Gdańsku" - mówi S. Richter. "Jestem tu tak szybko, jak szybko jedzie autobus z Krakowa do Szczyrku" - odpowiada natychmiast Tomasz Barczyk, jeden z twórców unixowej części systemu z Insoftu.

Pogoda i nawigacja

Po drugie, kontrola. Obsługujący wyciąg przypominają pilotów samolotów pasażerskich, dla których pogoda ma ogromne znaczenie. "W tej kotlinie panuje swoisty mikroklimat, często temperatura wewnątrz różni się o kilkanaście stopni Celsjusza od panującej na zewnątrz" - wyjaśnia Grzegorz Przybyła, miejscowy informatyk. Od pogody uzależnione jest zaśnieżenie poszczególnych tras, a tym samym obecność narciarzy. Obecnie jedno spojrzenie na ekran monitora wystarcza, aby określić, który z 13 wyciągów cieszy się powodzeniem, a który przestał być atrakcyjny dla narciarskiej społeczności Szczyrku. "Nie muszę dodawać, że taryfa zmienia się wraz z pogodą" - tłumaczy Stanisław Richter, który za pomocą serwera, krótkofalówki i megafonów na bieżąco dyryguje opłatami za korzystanie z wyciągów.

Co 10 sekund w górę

Po trzecie, szybkość. "To prawda, że łącza światłowodowe o przepustowości 64 Kbps wykorzystujemy zaledwie w 10%, ale należy pamiętać, że średni czas obsługi klienta wynosił nie tak dawno 8 sek, a orczyk chodzi co 10 sek "łapiąc" dwie osoby" - wyjaśnia Grzegorz Przybyła. Mówiąc "średni" ma on na myśli sytuację, kiedy narciarz wie, w której kieszeni trzyma pieniądze, a w której kartę i nie potrzebuje biegać do baru, by rozmienić "grube" na "drobne". Jak łatwo się domyśleć, ta "idealna sytuacja" sprawiała, że co trzeci, czwarty orczyk jeździł na górę pusty. Obecnie wsunięcie karty magnetycznej w szczelinę czytnika i przejście przez kołowrót nie zabiera więcej czasu niż kilka sek.

Sabotażyści

Pierwszy rok instalacji systemu przyniósł oprócz zwrotu nakładów także akty dywersji, najprawdopodobniej ze strony pracowników. Oddzielenie kas od bramek i pełna kontrola nad tym, co dzieje się na poszczególnych wyciągach, wymagała - jak się okazało - interwencji prokuratora. "Pocięto kable, zniszczono i skradziono kilka urządzeń teletransmisyjnych w nadziei, że spowoduje to zawieszenie systemu na dobre kilka tygodni i tym samym powrót do czasów wydzieranki" - opowiada S. Richter. Jednak autorzy sabotażu, których tożsamości nigdy zresztą nie udało się ustalić, nie przewidzieli, że każde stanowisko kasowe i bramka mogą działać samodzielnie bez konieczności łączenia się z serwerem. "Uratowała nas opcja offüline" - uśmiecha się Grzegorz Przybyła.