Szczęśliwe bity

Państwowe Przedsiębiorstwo "Totalizator Sportowy" jest przykładem firmy, która dzięki wdrożeniu systemu informatycznego była zdolna do kilkakrotnego podniesienia realnej wysokości obrotów. Kluczem do sukcesu okazało się umiejętne wykorzystanie outsourcingu.

Państwowe Przedsiębiorstwo "Totalizator Sportowy" jest przykładem firmy, która dzięki wdrożeniu systemu informatycznego była zdolna do kilkakrotnego podniesienia realnej wysokości obrotów. Kluczem do sukcesu okazało się umiejętne wykorzystanie outsourcingu.

Prowadzone w Państwowym Przedsiębiorstwie "Totalizator Sportowy" gry liczbowe łączy jedna cecha: wymagają obsługi ogromnej liczby transakcji, którą stanowią zawierane w kolekturach zakłady. Średnia wartość jednego zakładu wynosi niecałe 2 złote. "Trzeba się sporo napracować, żeby ze zbierania tak małych sum zrobić taki biznes" - śmiejąc się, mówi Marek Jakubowski, zastępca dyrektora ds. rozwoju i promocji w Totalizatorze Sportowym.

"Gdy w 1984 r. rozpoczęłam pracę w Totalizatorze, nie było tu ani jednego komputera. Pracowaliśmy na maszynach sumujących, a czasami sięgaliśmy nawet po ręczne liczydła" - wspomina Barbara Wesserling, kierownik Zespołu Systemów Komputerowych w Totalizatorze Sportowym. Dzisiaj z komputerów korzystają prawie wszyscy z ponad 600 pracowników przedsiębiorstwa.

"Udało się nam wiele zmienić. Dzięki komputerom jest to teraz całkowicie inna firma" - mówi Barbara Wesserling. W centrali i oddziałach przedsiębiorstwa wdrożony został cały zestaw aplikacji z rodziny MacroSoft (obejmujący finanse i księgowość, kadry i płace, zaopatrzenie i in.). Rozwijaniem tego oprogramowania, stosownie do potrzeb Totalizatora, zajmuje się zewnętrzna firma Atext. Praktycznie wszystkie dane krążą w firmie postaci elektronicznej. "Nawet do banku przekazujemy pieniądze na drodze elektronicznej" - mówi Barbara Wesserling.

Wykorzystywane przez Totalizator Sportowy aplikacje wspomagające zarządzanie firmą to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Jej podstawę stanowi olbrzymi teleinformatyczny system, obejmujący swym zasięgiem terytorium całej Polski. Służy on bezpośrednio do prowadzenia gier losowych. Dawniej wszystkie kolektury pracowały w systemie ręcznym. Gracze wypełniali kupony przez kalkę w trzech egzemplarzach, a pracownicy kolektury naklejali na każdym kuponie banderolę. Jeden odcinek kuponu zostawał w rękach wypełniającego, drugi w oddziale regionalnym, trzeci w specjalnych workach wędrował do sejfu znajdującego się w centrali w Warszawie. Gdy jakaś przesyłka nie dotarła na czas, znajdujące się w niej kupony nie brały udziału w losowaniu "Nietrudno sobie wyobrazić, jaki żal do nas mieli ci, którym z tego powodu fortuna przemknęła koło nosa" - wspomina Andrzej Adamczyk, zastępca dyrektora ds. operacyjnych. Sprawdzaniem wygranych zajmował się ogromny sztab pracowników, którzy za pomocą szablonu z wyciętymi okienkami przeglądali wszystkie kupony. W takich warunkach nietrudno było o pomyłkę.

Dzisiaj już się one nie zdarzają. Każdy zawierany zakład w dowolnej z kolektur natychmiast zapisany zostaje na dyskach centralnych serwerów, zaś grający dostaje do ręki wydruk z potwierdzeniem jego zawarcia. W chwilę po przeprowadzeniu losowania, dokładnie wiadomo gdzie i jakiej wysokości padły wygrane. Wszystko stało się możliwe dzięki rewolucji, jaką było uruchomienie w 1991 r. komputerowego systemu pozwalającego na zawieranie zakładów w trybie online. Kontrakt zawarty przez Totalizator Sportowy z amerykańskim przedsiębiorstwem Gtech, specjalizującym się w prowadzeniu teleinformatycznej obsługi gier loteryjnych i losowych na całym świecie, zaowocował zbudowaniem swego czasu największej w Polsce sieci teleinformatycznej. Połączyła ona wszystkie kolektury. Jej obsługą zajmuje się Grytek - firma powołana w Polsce przez Gtech. Wartość koniecznych inwestycji sprzętowych przewyższyła 30 mln USD.

"Wcześniej w ogóle nie było co marzyć o budowie własnej sieci niezależnej od odpowiednich resortów. Czasy się jednak zmieniły i Amerykanie byli w stanie wszystko zorganizować. Dogodna dla nas była formuła współpracy. Gtech, pobierając ryczałt od naszych obrotów, zgodził się w ten sposób na powolne odzyskiwanie zainwestowanych środków" - twierdzi Andrzej Adamczyk.