Świnia na moście, czyli w jednym piekle z Mozartem

Poniższym tekstem pragnąłbym rozbudzić na nowo, zamierającą już dyskusję o piractwie i ochronie oprogramowania. Wszystkie przeczytane przeze mnie wypowiedzi zakładają milcząco istnienie jakiegoś odosobnionego "getta informatycznego", gdzie prawa nie muszą przystawać do "wolnego świata" poza murem, o którego istnieniu nie wolno napomykać. Nikt jednak nie zadał pytania, czy przypadkiem nie gramy znaczonymi kartami w dusznym pokoju, podczas gdy wszyscy chcieliby otworzyć okno (we współczesnej publikacji informatycznej musi występować słowo "window") i pójść na spacer na łąkę.

Poniższym tekstem pragnąłbym rozbudzić na nowo, zamierającą już dyskusję o piractwie i ochronie oprogramowania. Wszystkie przeczytane przeze mnie wypowiedzi zakładają milcząco istnienie jakiegoś odosobnionego "getta informatycznego", gdzie prawa nie muszą przystawać do "wolnego świata" poza murem, o którego istnieniu nie wolno napomykać. Nikt jednak nie zadał pytania, czy przypadkiem nie gramy znaczonymi kartami w dusznym pokoju, podczas gdy wszyscy chcieliby otworzyć okno (we współczesnej publikacji informatycznej musi występować słowo "window") i pójść na spacer na łąkę.

Aby nie było nieporozumień: jestem przeciwnikiem piractwa. Natomiast, jeżeli idzie o ochronę - to co w ogóle jest warte ochrony?

Nie wyobrażam sobie produktu, którego wytwórca nie ponosiłby za niego żadnej odpowiedzialności. Czy magistrat kupiłby most, w gwarancji którego byłoby napisane, że "jedyna odpowiedzialność sprowadza się (według wyboru Dostawcy) do (a) zwrotu zapłaconej ceny albo (b) naprawy lub wymiany na inny most, spełniający wymogi niniejszej gwarancji". I dalej: "Inżynier wyłącza wszelką odpowiedzialność zarówno jawną jak i dorozumianą, włącznie z przydatnością do konkretnych zastosowań" (czy oznacza to, że nasz most nie musi się nadawać nawet do chodzenia po nim?). A następnie: "W żadnym wypadku Dostawca i jego kooperanci nie będą odpowiedzialni za jakiekolwiek szkody, włączając w to, ale nie ograniczając się do: strat i utraconych korzyści, zakłóceń w działalności, wynikających z użycia bądź niemożności użycia mostu, nawet jeżeli Inżynier został poinformowany o możliwości zaistnienia takich strat". Czytamy dalej, że "W każdym przypadku, całość odpowiedzialności Dostawcy z dowolnego tytułu nie może przekroczyć sumy otrzymanej zapłaty". I nie jest ważne, czy pytamy o nabycie projektu mostu, czy o zapłatę za wykonanie całego mostu. Z taką umową nie tylko skarbnik nie ruszy kiesą, lecz i burmistrz, nawet za darmo nie zezwoli, by taka konstrukcja czyhała na potencjalne ofiary. Co więcej, czy aby taka "gwarancja" nie jest od samego początku nieważna, z mocy prawa? - art. 566 par. 1 KC stanowi przecież: "[kupujący] może żądać naprawienia szkody poniesionej wskutek istnienia wady". Jakoś tak dziwnie jest, że przedsiębiorstwa budowlane nie zastępują mostu w wersji 1.07 przez wersję 1.20, a i nie słyszałem o praktyce przekazywania wersji próbnych (ang. beta-testing) do testowania. W dawnych czasach autor mostu musiał osobiście udokumentować swoje zaufanie do własnej konstrukcji przechodząc przez nią jako pierwszy. Wiedział o tym bies, proponując lichym inżynierom "nadzór autorski" w zamian za duszę pierwszej istoty, która przejdzie po gotowym moście. I świat byłby wciąż w złotym wieku, gdyby chytrzy konstruktorzy nie zaczęli podstawiać świni na swoje miejsce...

Czy można sobie wyobrazić, że piekarz z zakupionej nieświadomie, zatrutej mąki (gwarantowanej jakości), wypieka ciastka, dzięki którym posyła na tamten świat całe miasteczko, zostaje za to osądzony, a złośliwy młynarz na jego mogiłę rzuca, zamiast wieńca, zwrot należności za pół worka (o ile nie wybrał drugiej możliwości - pół worka w naturze!). Bo w gwarancji zawarte było stwierdzenie, że warunkiem jest zgoda nabywcy, na chronienie młynarza przed dowolnymi roszczeniami i procesami sądowymi, włącznie z wynagrodzeniem adwokata, które wynikną ze spożywania lub sprzedaży wypieków piekarza.

Zauważmy także, że w przedmiotach materialnych mają prawo zużyć się jakieś części, jak natomiast sprzedawałby się "Pan Tadeusz" opatrzony adnotacją: "Wydawnictwo gwarantuje, że egzemplarz będzie odzwierciedlał geniusz Adama Mickiewicza przez 90(!) dni od chwili zakupu". Precedens już jest: w książce "Upgrading to MS-DOS 5" amerykańskiego wydawnictwa QUE zamieszczono - oprócz normalnych zastrzeżeń, wynikających z prawa autorskiego, taki właśnie tekst: "książka sprzedawana jest jak leci (ang. as is), bez jakiejkolwiek gwarancji, zarówno jawnej jak i domniemanej, dotyczącej jej zawartości, w tym także jakości, wydajności i przydatności do dowolnego celu praktycznego. Ani firma QUE ani jej hurtownicy i kolporterzy nie ponoszą odpowiedzialności wobec nabywcy ani żadnej innej osoby czy organizacji w związku z jakąkolwiek stratą czy uszczerbkiem, spowodowaną lub przypuszczalnie spowodowaną pośrednio lub bezpośrednio tą książką".

Albo taka klauzula: "Na zamienione oprogramowanie udzielona zostanie gwarancja do końca pierwotnego okresu gwarancji lub na 30 dni, tj. dłuższy z tych dwóch okresów". Zapomnijmy więc na chwilę o par. 1 art. 581 KC, stanowiącym, że termin gwarancji wymienionej rzeczy biegnie od początku (a zatem w całości). (Art. 558 par. 2 KC stanowi: "Wyłączanie lub ograniczanie odpowiedzialności z tytułu rękojmi jest bezskuteczne, jeżeli sprzedawca zataił podstępnie wadę przed kupującym.")

A sprawa licencji na wykonane za pomocą oprogramowania narzędziowego wyroby: czy producent betoniarki chce mieć procent od domów, które za jej pomocą wybuduje murarz? Słyszę już te argumenty, że żadna część betoniarki nie wchodzi w skład gotowego wyrobu. Mógłbym jednak betoniarkę zamienić np. na formę do pustaków (zostawia ona swój KSZTAŁT na każdym wyprodukowanym egzemplarzu). Albo inny przykład: Czy młynarz pobiera dodatkowy profit od piekarza za wypieki? Nie - on po prostu sprzedaje mąkę, i na tym jego roszczenia wygasają. Sprawą nabywcy jest, czy z tej mąki wypiecze chleb, czy wielokrotnie droższe pączki. A w żadnym razie, nikt przy zdrowych zmysłach nie zażąda umieszczenia na produkcie notki o prawie autorskim (np. "wypieczono z mąki poznańskiej drugiego przemiału"). Z góry uprzedzam malkontentów, którzy zarzucą, że mąka jest "gruntownie przetworzona": wymieniam w tym przykładzie mąkę na dżem do nadziewania pączków i ucinam Wasze obiekcje.

Nabywając oprogramowanie, mam jednocześnie być pozbawiony prawa do jego modyfikacji, a nawet badania. Jeżeli własnoręcznie zrywam plombę na będącej MOJĄ WŁASNOŚCIĄ wiertarce, i wymieniam wyłącznik na ściemniacz podtynkowy (aby otrzymać płynną regulację obrotów) - to czy popełniam przestępstwo? Ale wiertarka to przedmiot materialny, natomiast płacąc za oprogramowanie, niczego tak naprawdę nie kupujemy na własność.

Porozmawiajmy zatem o zakupie książek. Czy nabywając tłoczone sumptem książnicy "Suterena" dzieło pt. "Hamlet" mam prawo jedynie do nabożnego podziwiania duchowych rozterek bohatera? A nie mogę wziąć nożyczek, kleju, pociąć stronic na poszczególne wyrazy i skleić z nich anonimu z pogróżkami? (uważaj, Czytelniku, zanim odpowiesz - i przypomnij sobie, na czym polega collage). A gdybym tak przysiadł dłużej nad tym klejeniem i sprokurował nowe dzieło pt. "Szczur za każdą zasłoną" to, wobec kogo popełniłbym przestępstwo:

Szekspira? wydawcy? I czy nie mogę na widokówce z Piłsudskim zamalować Marszałkowi wąsów?

Pojdźmy jeszcze dalej. Zabronić ma mi się także dokonywania badania zakupionego oprogramowania. To jak, nie wolno mi rozkręcić nabytej wiertarki? Zatem - dzieci obkładamy karami za rozkręcanie zabawek (ciekawsze często niż sama zabawa). Może znowu przykład nie jest adekwatny: zabawki i wiertarki można dotknąć, oprogramowanie jest wartością niematerialną i prawną. Rozważmy zatem obowiązkowo dokonywaną w szkołach analizę dzieł najwybitniejszych naszych pisarzy - toż to jest właśnie "dekompilacja". Firma Ahmdal może przeprowadzić legalnie demontaż 386, bo to wymaga mikroskopu elektronowego, natomiast ja nie mogę wziąć pod lupę czyjegoś programu - bo robię to z kartką i z ołówkiem (wiem, co mi zarzucą: że w tej chwili wykorzystanie WYNIKOW tego demontażu jest przedmiotem procesu). Z drugiej strony, analizy utworów literackich dokonuje się między innymi po to, żeby nauczyć się lepiej pisać. Czy o to chodzi? Czy nie wolno mi się uczyć lepiej programować? Uszko na końcu igły można po prostu opatentować, nie podlegający zgłoszeniu schemat elektroniczny można zalać żywicą. W przeszłości były już próby wprowadzenia takiej ochrony, jaką tu krytykuję. Przodował w tym kościół katolicki, dopóki trzynastoletni Mozart, po jednokrotnym usłyszeniu nie spisał z pamięci partytury mszy wykonywanej raz w roku w Kaplicy Sykstyńskiej mszy. Wszyscyśmy zatem byli przestępcami, spisując nuty z wielokrotnie przegrywanych płyt, aby zbadać, czy rzeczywiście Seweryn Krajewski używa basów ćwiartkowych. Ale pocieszam się - będziemy siedzieć w jednym piekle z Mozartem.

Weźmy się wreszcie za sprawę podstawową: oprogramowanie potrzebne jest nie po to, żeby się procesować, ale - by go używać. Tak, jak książkę nabywa się po to, żeby ją czytać. Ale - czy nabylibyście Państwo książkę, z zastrzeżeniem: "Wydawnictwo daje ci prawo do używania jednego egzemplarza załączonej książki do czytania przez jednego człowieka. Nie można czytać jej zespołowo, ani w żaden inny sposób wykorzystywać przez więcej niż jedną osobę w danej chwili". Koniec z czytaniem Muminków dzieciom na dobranoc. Koniec z zaglądaniem przez ramię do cudzej gazety w tramwaju. Rozumiem także, że nielegalne byłoby wpraszanie się do atrakcyjnych niewiast pod pretekstem pożyczenia do domu atrakcyjnej książki. Z braku miejsca pozostawiam do samodzielnego przemyślenia problem możliwości zapoznania się z dziełem (książką, płytą) w sklepie przed zakupem; z małymi jednak wyjątkami książek nie sprzedaje się w stanie obanderolowanym.

Ludzie, czuję się chwilami tak, jak Maksym Rościsławski w Przenicowanym Świecie: czy nikt inny tego nie widzi?

Czekałem długi czas, śledząc uczone dysputy o ochronie oprogramowania w przekonaniu, że ktoś mądrzejszy ode mnie ja musi to wygarnąć. A tu nic - dyskutuje się dwie, czy jedna kopia zapasowa, natomiast fundamentalne kwestie są jakby z góry postanowione. Azaliż Dick musiał specjalnie wymyślać rekwizyty zaświadczające o nierealności świata w Ubiku (a zwłaszcza te nieśmiertelne drzwi, żądające 15 centów za każdym razem, gdy Joe Chip chce wejść lub wyjść z własnego mieszkania). Nie wystarczyło przytoczyć warunków gwarancji firmy Microsoft?

Wyobraźmy sobie wizytę np. w biurze architektonicznym światowej renomy. Za deskami siedzą gromadnie panowie architekci i w skupieniu projektują, z pewnościa nowe szklane domy. I tylko jak już zerkniemy im na deski, to widać, CO rysują: jeden ćwiczy, jakie linie można narysować pisakami Rotring, inny wyciąga w ołówku wielkiego Kaczora Donalda. Tamten na frontonie filharmonii umieszcza inskrypcję "Wstęp na salę sprzedaży wyłącznie z koszykiem". Wiadomo, że komputer ogłupia, a promieniowanie ekranu niszczy szare komórki, ale żeby do tego stopnia?

Obawiam się, że wkrótce pozostanie nam już tylko świnia na moście.