Świat do poprawy

Polska gospodarka i polityka nie mogą dzisiaj funkcjonować poza globalnym obiegiem. Nie muszą jednak bezmyślnie naśladować wszystkich związanych z globalizacją procesów. Tym bardziej, że wiele z nich ma negatywne skutki społeczne.

Polska gospodarka i polityka nie mogą dzisiaj funkcjonować poza globalnym obiegiem. Nie muszą jednak bezmyślnie naśladować wszystkich związanych z globalizacją procesów. Tym bardziej, że wiele z nich ma negatywne skutki społeczne.

Andrzej Zybała, autor niedawno opublikowanej "Globalnej korekty", stara się przekonać czytelników, że globalizacja nie jest nieuchronnym efektem działania obiektywnych praw historii, nieodwracalną konsekwencją funkcjonowania stałych reguł wolnorynkowych. Tak przedstawiają ją jedynie zwolennicy ultraliberalnego odłamu myśli ekonomicznej. A ten spotyka się coraz częściej ze zdecydowaną krytyką nawet jego wcześniejszych, zdecydowanych zwolenników.

"Rynek nie dba o najbiedniejszych. Można więc żywić obawy, że dystans między obydwoma biegunami jeszcze się powiększy" - przyznał w 2002 r. Michael Camdessus, były wieloletni prezes Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jego zdaniem, "na poziomie ludzkim światowy system finansowy nie działa".

Coraz wyraźniej widać - przekonuje na łamach swojej książki Andrzej Zybała - że jednolity, propagowany głównie przez wielkie, ponadnarodowe korporacje model gospodarczy nie jest w stanie zaradzić podstawowym problemom współczesnego świata. Szczególnie w krajach rozwijających się, takich jak chociażby Polska, które nie mają utrwalonych, sprawdzonych mechanizmów gospodarki wolnorynkowej i skutecznych instytucji okołorynkowych. Co więcej, sam ten model stał się źródłem wielu nowych, dodatkowych i trudnych do rozwiązania problemów. Już dzisiaj wielu światowej sławy ekonomistów mówi, że znacznie lepiej rozwijają się te kraje, których rządy nie posłuchały zaleceń doradców amerykańskich czy specjalistów Międzynarodowego Funduszu Walutowego, np. Korea Południowa. Generalnie jedne państwa potrafiły się zachować wobec nowych procesów racjonalnie, inne ulegały bezkrytycznie presji globalistycznych tendencji.

Zdaniem autora duże znaczenie dla ukształtowania się modelu współczesnej gospodarki globalnej miały zabiegi władz USA i działania firm amerykańskich. Były odpowiedzią na rosnące w latach 80. zagrożenie gospodarcze ze strony Japonii, innych państw azjatyckich czy Europy. Dominująca pozycja tych gospodarek mogła zagrozić interesom przedsiębiorstw amerykańskich. Amerykanie usilnie poszukiwali sposobów na znalezienie przeciwwagi. Z pomocą przyszła im historia. Po upadku bloku sowieckiego otworzyły się nowe możliwości ekspansji gospodarczej. Miało w tym pomóc głoszenie ideologii jednego, światowego rynku bez barier, bez interwencji państwa, bez zbytnich regulacji. Dążeniom do otwierania i liberalizacji rynków przyświecały zasady określone mianem "konsensusu waszyngtońskiego". I nie chodzi tu bynajmniej o żadną spiskową teorię dziejów. To raczej dowód politycznej i marketingowej skuteczności przedstawicieli świata polityki i biznesu amerykańskiego w walce o własne interesy.

Menedżer bierze wszystko

Główne zarzuty pod adresem globalizacji dotyczą zerwania równowagi między dwiema ważnymi stronami życia ludzkiego. Chodzi o to, że rozwojowi ekonomicznemu nie towarzyszy rozwój społeczny, co więcej - ten pierwszy odbywa się kosztem drugiego. Korzyści ze wzrostu gospodarczego są w coraz większym stopniu udziałem niewielkiej, zamkniętej grupy osób. Nie należą do niej właściciele przedsiębiorstw (akcjonariusze są coraz bardziej rozproszeni), lecz zyskująca coraz większe wpływy i majątek grupa menedżerów.

Ekonomizacja wszystkich niemalże sfer życia spowodowała, że głównym celem działalności gospodarczej jest szybki, duży zysk, a nie poprawa sytuacji krajów czy społeczeństw. "Największe niebezpieczeństwo tkwi w tym, że rynek zaczyna być rozumiany nie tylko jako mechanizm wymiany ekonomicznej, ale przypisuje mu się dużo wyższą rangę, jakby nośnika nowej kultury. Dlatego rodzi się groźba, że rynek narzuci ludziom swój sposób oceniania zjawisk pozabiznesowych" - pisze Andrzej Zybała o moralnych aspektach rozwoju trendów globalnych.

Konsekwencje takiego stanu rzeczy mogą być zauważalne na przykład w podejściu do ludzi, w sposobie traktowania pracowników w firmach. Koszty wszelkich zmian i reorganizacji, zwiększania zysków, wzrostu konkurencyjności spadają głównie właśnie na zwykłych obywateli. Dysproporcje między płacami kadry zarządzającej a szeregowymi członkami zespołów pracowniczych osiągnęły w ostatnim czasie ogromne rozmiary (przykład Enronu był spektakularny, ale nie jedyny). Na dodatek sytuacja pracownika jest bardzo niestabilna. W każdej chwili może on zostać zwolniony, gdy się okaże, że trzeba "ciąć koszty". Dzięki możliwości łatwego, szybkiego przerzucania kapitału w dowolną część świata nic nie stoi na przeszkodzie likwidacji fabryki w jednym miejscu i przeniesienia jej w inne, bez oglądania się na społeczne konsekwencje takiej decyzji. A jak drastyczne i dalekosiężne mogą być skutki nagłego wycofania kapitału, pokazały niedawne kryzysy w Argentynie czy Rosji.