Studiowałem informatykę na Wyspach

Utarła się opinia, że uczelnie za granicą są lepsze od uczelni w Polsce. Oczywiście, czołowe uczelnie światowe znajdują się w Europie Zachodniej i w USA, a nie nad Wisłą, nie znaczy to jednak, że polskie uczelnie mają się czego wstydzić. Przez jeden rok akademicki miałem okazję porównywać dwa modele nauczania informatyki - polski, znany mi ze studiów na Politechnice Wrocławskiej i angielski, który poznałem podczas dziewięciomiesięcznego pobytu na Staffordshire University w Stafford.

Utarła się opinia, że uczelnie za granicą są lepsze od uczelni w Polsce. Oczywiście, czołowe uczelnie światowe znajdują się w Europie Zachodniej i w USA, a nie nad Wisłą, nie znaczy to jednak, że polskie uczelnie mają się czego wstydzić. Przez jeden rok akademicki miałem okazję porównywać dwa modele nauczania informatyki - polski, znany mi ze studiów na Politechnice Wrocławskiej i angielski, który poznałem podczas dziewięciomiesięcznego pobytu na Staffordshire University w Stafford.

Dostać się na studia

Na studia się zapisuje, a nie zdaje. Na uczelni, na której byłem, wystarczy jedynie matura ('A' level) z matematyki. Warto wiedzieć, że matura z matematyki jest tam znacznie prostsza niż w Polsce i obejmuje znacznie mniej materiału.

Ważną cechą odróżniającą polskie uczelnie od brytyjskich jest fakt, że w tych ostatnich studia są płatne. W większości z nich całość czesnego pokrywana jest przez państwo, lecz jeśli ktoś chce studiować na tych najlepszych, musi sięgnąć do własnej kieszeni lub znaleźć sponsora. Wbrew pozorom nie jest to takie trudne, bo przyszli pracodawcy chętnie inwestują w zdolnych i zaradnych studentów.

Oprócz czesnego istnieją jeszcze oczywiście koszty dodatkowe, tj. związane z utrzymaniem się na studiach, zakupem podręczników, dojazdami, itp. Jest jednak więcej możliwości pokrycia ich. Pierwsza z nich to oczywiście pomoc rodziców. Jest o tyle łatwiejsza, że brytyjski system podatkowy wspiera takie działania, podatki w ogóle są niższe, a społeczeństwo zamożniejsze. Druga możliwość to stypendium państwowe, tzw. government grant. Jest ono, podobnie jak u nas w kraju, na głodowym poziomie i utrzymanie się z niego graniczy z cudem, a jego uzyskanie obwarowane jest bardzo ostrymi warunkami. Trzecia możliwośc to pożyczka bankowa - za czasów Margaret Thatcher stworzono system umożliwiający studentom dobrze rokującym zaciąganie nisko oprocentowanych kredytów, które umożliwiają studiowanie, a następnie są spłacane z pensji przez pierwsze kilka lat. Ostatnia możliwość to praca. Samorząd studencki pomaga w znalezieniu prostej i niezbyt obciążającej pracy, która może być wykonywana poza godzinami zajęć. Poza tym prawie wszyscy studenci pracują na wakacje. Często nawet bogaci rodzice zakręcają kurek z gotówką na czas wakacji, wierząc w zbawczy wpływ pracy w wychowaniu młodego człowieka.

Środowisko do studiowania

O ile mi wiadomo, istnieje znaczna rozbieżność między systemami nauczania na poszczególnych uczelniach w Zjednoczonym Królestwie. Uczelnie z tradycjami niechętnie zmieniają swoje systemy, więc często ich programy nie przystają do wymagań współczesnej gospodarki. To powoduje, że - paradoksalnie - pracodawcy konserwatywnej Anglii czasem wyżej cenią pracowników z nowo powstałych uczelni, niż z tych o ugruntowanej renomie. Na Staffordshire University Informatyka (Computer Science) dzieli się na kilka kierunków, prowadzonych na oddzielnych katedrach. Budynek Wydziału Informatyki (School of Computing) jest reklamowany jako "największe skupisko komputerów dla celów edukacyjnych na świecie". Rzeczywiście, jest tam wszystko, począwszy od mikrokomputerów, przez stacje robocze i komputery mid-range, aż po komputery mainframe oparte na kilku równolegle działających mikroprocesorach Alpha. Równie popularne jak PC są komputery Macintosh firmy Apple.

W Polsce dominują PC, choć większe ośrodki akademickie kupują już średnie i duże maszyny. Na razie sporo jest stacji roboczych Sun, do nauki UNIX-a i obeznania się z siecią Internet. Z pewnością zachodnia tendencja skalowania maszyn w dół i polska, przechodzenia z PC na większy sprzęt, spotkają się gdzieś pośrodku. U nas uczelnie finansowo nie mogą sobie pozwolić na wiele. Na szczęście przynajmniej COCOM już nie obowiązuje.

Staffordshire University ma bardzo wydajne (10Mbps) połączenie z brytyjską siecią akademicką JANET (Joint Academic Network), która jest przyłączona do Internetu. Zwykli studenci nie mają jednak do niej dostępu. Prawo korzystania z sieci JANET wymaga zgody Dziekana - w praktyce jest ono przyznawane wszystkim obcokrajowcom i tym, którzy potrafią dowieść, że potrzebują zasobów sieciowych do swojej pracy dyplomowej. Dla studenta z Polski swobodny dostęp do sieci jest niezbędny, bo wystarczy zaprenumerować kilka gazet, może jedną listę dyskusyjną, od czasu do czasu podłączyć się do IRC i wtedy tylko szaruga za oknem przypomina, że jest się w Anglii, a nie w Polsce.

W Polsce Interneta mają już wszystkie większe uczelnie i większość mniejszych. Nie ma jednoznacznej polityki w dostępie dla studentów, jedne pozwalają, inne nie. Dominuje Novell, podczas gdy w Anglii UNIX i VMS firmy DEC (mało znany w Polsce). Każdy angielski użytkownik komputerów zobowiązany jest do przestrzegania regulaminu korzystania z urządzeń komputerowych i sieciowych. Zabronione jest na przykład przechowywanie i transmisja materiałów obscenicznych, wulgarnych, rasistowskich, itp. Oczywiście są to przepisy właściwie puste, bowiem nikt nie cenzuruje ramek przesyłanych kablami, a administratorzy raczej nie szperają w plikach użytkowników. Jestem jednak zdania, że kilka zakazów przydałoby się wprowadzić i w Polsce - na przykład zakaz przesyłania listów łańcuszkowych ("wyślij ten list w dwudziestu egzemplarzach, bo jak nie, to spotka cię mnóstwo nieszczęść"), zakaz robienia "fuch" na uczelnianym sprzęcie, karanie za kradzież legalnego oprogramowania lub czyichś prywatnych plików i kary, nawet za próbę włamania do jakiegoś systemu. Za mojej bytności w Stafford właśnie z tego ostatniego powodu odebrano dwóm studentom konta, co oznaczało dla nich konieczność powtórzenia roku.

Do dyspozycji studentów jest też biblioteka. Jej katalog jest skomputeryzowany. Zaskoczył mnie jednak fakt, że książkę można wypożyczyć jedynie na trzy tygodnie, a wiele popularnych podręczników tylko na tydzień. Książki są zaś bardzo drogie i biblioteka ma jedynie jeden, dwa egzemplarze nawet najbardziej podstawowych pozycji (jak choćby Kernighan i Ritchie, "Język C"). Z tego co słyszałem, Staffordshire University jest tu niechlubnym wyjątkiem wśród bibliotek akademickich.

Program studiów informatycznych w School of Computing jest podobny do typowego programu na polskiej politechnice. Podstawowe studia trwają trzy lata i kończą się uzyskaniem tytułu Bachelor of Science (BSc). Można je rozszerzyć o dodatkowe dwa lata i wtedy uzyskuje się tytuł Master of Science (MSc). Jest to dość dobry odpowiednik polskiego magisterium, trzeba bowiem napisać i obronić pracę, która powstaje pod kierunkiem promotora.

Naturalną praktyką jest, że student robi Msc np. z fizyki lub matematyki, a doktorat z informatyki. Jeden z wykładowców w Stafford zrobił BA (Bachelor of Arts, uniwersytecki odpowiednik Bsc) w dziedzinie filmu, MA (Master of Arts) z archeologii, a doktorat z informatyki. Prowadził w School of Computing zakład archeologii (tak!), który tworzył doskonałe aplikacje, np. prognozowanie terenów wykopalisk na podstawie zdjęć lotniczych, czy system ekspertowy do klasyfikacji znalezisk.

Wielokrotnie z przyjemnością zauważałem w publikacjach zajmujących się fundamentami informatyki polsko brzmiące nazwiska, choć zawsze z przykrością konstatowałem, że żadne nie pojawia się w kontekście polskiej uczelni.

Co się studiuje

Program studiów składa się z zajęć obowiązkowych i wybieralnych (options). Kursy łączone są w moduły, np. moduł "Grafika komputerowa" składa się z wykładu, laboratorium i projektu, na którym pisze się program. Aby zaliczyć moduł, należy zaliczyć wszystkie kursy wchodzące w jego skład. Czasem zapisanie się na jakiś kurs obwarowane jest dodatkowymi warunkami, na przykład aby rozpocząć naukę na kursie "Rozproszone systemy komputerowe", niezbędne jest zaliczenie wcześniej kursów "Systemy operacyjne" i "Sieci komputerowe". W Polsce podobne podejście realizuje się już na większości uczelni technicznych.

Każdy kurs kończy się zaliczeniem lub egzaminem, czasem na ocenę, a czasem bez niej. Na ostatnich zajęciach prowadzący rozdaje też studentom ankiety, w których oceniają oni wiele aspektów prowadzenia zajęć. W Polsce przychodzi to z większymi oporami, przede wszystkim starsza kadra naukowa uważa opinię studentów za niewiele znaczącą. Wynika to z przeświadczenia, notabene słusznego jeszcze kilka lat temu, że na studia idzie się nie nauczyć czegoś, a "postudiować", to jest przejść przez ten okres możliwie najmniejszym kosztem i wysiłkiem.

Na młodszych latach student angielski uczy się przede wszystkim matematyki i fizyki, choć w znacznie mniejszym stopniu niż w Polsce. Z jednej strony powoduje to znacznie słabsze przygotwanie do formalizmów występujących często w informatyce. Patrząc jednak prawdzie w oczy należy przyznać, że molochy w rodzaju teorii obwodów na polskich studiach informatycznych spędzają żakom sen z powiek i odsiewają znaczny ich procent, a nie uczą właściwie niczego, co mogłoby się przydać na starszych latach. Podstawowym językiem programowania uczonym na studiach w Zjednoczonym Królestwie jest Ada.

Brytyjczyk nie uczy się wielu rzeczy, które musi umieć Polak. Na przykład nie uczy się układów logicznych, teorii automatów i podstaw techniki mikroprocesorowej. Motywuje się to faktem, że studia w dziedzinie oprogramowania nie wymagają takiej wiedzy. Zapamiętałem, że jeden z doktorantów ogromnie się ucieszył dowiedziawszy się, że magistrala mikroprocesora (bus) nazywa się tak samo, jak środek komunikacji miejskiej. Uważam, że tak daleko idąca specjalizacja już od najmłodszych lat nie jest dobra, bowiem np. teoria automatów jest niezbędna w tworzeniu kompilatorów, a odrobina wiedzy z dziedziny sprzętu pozwala lepiej zrozumieć działanie oprogramowania.

Zwraca zresztą uwagę fakt, że w Anglii przez tworzenie oprogramowania rozumie się nie tylko . Studenci są uczeni metod analizy i projektowania systemów informacyjnych. W tej dziedzinie bardzo wiele brakuje polskim uczelniom.

Czego John nie będzie umiał

Na katastrofalnym poziomie jest nauczanie języków. We współczesnym świecie angielski już nie wystarcza. Teoretycznie każdy Anglik zaliczający maturę zna język francuski. Rzadko kto jednak potrafi sklecić choć jedno poprawne zdanie w języku sąsiadów zza Kanału. Jako żywo przypomina to sytuację z nauczaniem rosyjskiego w PRL-u.

Ucz się i pracuj

Silną stroną programu studiów na Staffordshire University jest roczna praktyka w przedsiębiorstwach i urzędach. Studenci uczestniczą tam w tworzeniu systemów komputerowych i informacyjnych w prawdziwych zespołach pracujących nad prawdziwymi zadaniami. Uczą się tam kilku bardzo cennych rzeczy, jak praca zespołowa, "programowanie realne" (kto tego zaznał, wie, o co chodzi; kto nie, nie ma pojęcia o programowaniu, choćby znał dziesięć języków), jak dokumentować swoją pracą, a także nabywają pewnych przyzwyczajeń, jak szacunek dla pracy, dla klienta, dbałość o image firmy czy lojalność w stosunku do kolegów i pracodawcy.

Praktyki te nie są załatwiane w trybie administracyjnym. Staffordshire University dba o bardzo dobre stosunki z przedsiębiorstwami na rynku lokalnym. Dorabia w ten sposób, organizując seminaria dla ich pracowników, dba o dobro studentów, zapewniając realne środowisko pracy, a także zapewnia przepływ wiedzy między światem akademickim a rynkowym, w obie strony.

Przedsiębiorstwa uważają uczelnie za siedlisko nierobów żyjących z ich podatków, bujających w obłokach i nie wnoszących nic do technologii, a studentów za cwaniaków uciekających na pięć lat przed dorosłością. Na szczęście, jak sądzę, obraz ten powoli ulega zmianie, głównie za sprawą studentów i pracowników nauki dorabiających w firmach.

Nie tylko wiedza

W Wielkiej Brytanii zdarza się, że na studia trafiają osoby siedemnastoletnie, studenta otacza się więc znacznie większą opieką, zarówno merytoryczną, jak i ogólną. Dla przykładu na uczelni istnieje dział socjalny (welfare services), który służy radą i pomocą w sprawach bytowych, mieszkaniowych i zdrowotnych. Na terenie uczelni znajduje się kaplica chrześcijańska. Jest też meczet (na uczelni jest wielu wyznawców islamu), a w czasie tradycyjnego islamskiego postu (ramadanu) muzułmanie mogli nie uczestniczyć w zajęciach odbywających się po zachodzie słońca. Nie ma duszpasterstw akademickich w polskim rozumieniu tego słowa, ale chyba nie ma też w społeczeństwie brytyjskim zapotrzebowania na nie.

Atmosfera panująca na polskich uniwersytetach wydaje mi się o wiele bardziej sprzyjajać rozwojowi innych niż naukowe zainteresowań studentów. Na większości kierunków istnieje wybieralność przedmiotów dodatkowych, takich jak filozofia, ekonomia, psychologia i mnóstwo innych (na mojej Politechnice ponad 100). Pozwala to na rozszerzenie horyzontów i rozwinięcie zainteresowań studnetów. Moi koledzy ze Stafford bardzo żałowali, że nie ma u nich czegoś takiego.

Moje porównanie było siłą rzeczy zawężone do znanych mi dwóch uczelni. Uczelnie brytyjskie różnią między sobą chyba w większym stopniu, niż uczelnie polskie. W sumie polskie studia uważam za pełniejsze, dające więcej wiedzy, choć mniej umiejętności praktycznych. Moja opinia nie wynika z patriotyzmu lokalnego, a z gruntownej analizy tego, co jedne i drugie studia dają. Trzeba jeszcze tylko przekonać pracodawców, zarówno polskich, jak i zachodnich, że dobry polski dyplom jest wart naprawdę wiele.

Autor w roku akademickim 93/94 studiowal na Staffordshire University w ramach programu Tempus.


TOP 200