Spory o przyszłość sieci

Musimy pozbyć się iluzji, że będziemy mieć wpływ na kształtowanie tej przestrzeni, raczej powinniśmy starać się poznać jej prawa samoregulacji i samoorganizacji, specyfikę tworzących się tam fluktuacji ładu.

Kazimierz Krzysztofek jest profesorem socjologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i wiceprezesem Fundacji Pro Cultura. Stypendysta Fulbrighta w MIT w zakresie badań nad mediami i komunikacją, gościnny wykładowca w College of Liberal Arts, Pennsylvania State University (1996). Współautor podręcznika uniwersyteckiego "Zrozumieć rozwój: Od społeczeństw tradycyjnych do informacyjnych" (2005) oraz raportu dla United Nations Development Program "Poland and the Global Information Society. Logging on" (2002).

Piśmiennictwo krajowe i zagraniczne traktujące o Internecie w jego obecnej fazie - nazywanej do niedawna Web. 2.0, a od jakiegoś czasu social media - koncentruje się na przedstawieniu rozbieżnych ocen: od kwalifikowania go jako dobrodziejstwo, po dyskredytowanie jako złodziejstwo. W jednych ujęciach media społeczne jawią się jako zbiorowa mądrość sieciowego ludu, w innych jako kolektywna ignorancja. Temperatura sporu o przyszłość coraz bardziej uspołecznionego rośnie, ponieważ wedle szacunków jego zawartość kreowana poza instytucjami i korporacjami - którą Yochai Benkler nazywa "Bogactwem sieci", w nawiązaniu do Adama Smitha "Bogactwa narodów" - przekroczyła wolumen treści kreowanej przez użytkowników instytucjonalnych i profesjonalistów.

Dobrodziejstwem jest to wszystko, co daje ludziom możliwość wyrażania siebie, ułatwia kooperację, budowanie wspólnot, bycie użytecznym i twórczym, pozwala na satysfakcję z wnoszenia wkładu w jakieś dzieło, odnajdywanie czy konstruowanie tożsamości, sensu, znaczeń, umożliwia samorealizację i pozyskiwanie nowych zasobów, wiedzy i kompetencji, poczucie podmiotowości, świadczenie wsparcia. Pisanie nawet niezbyt mądrego bloga jest bardziej twórcze niż praktyki pouch potato, czyli przesiadywanie przed telewizorem kilkanaście godzin na dobę.

Jednym z nielicznych głosów, mocno opozycyjnych wobec optymistycznego nurtu refleksji o społecznej produkcji zawartości w sieciach jest książka Andrew Keena "Kult amatora" (wyd. polskie 2006). W podtytule autor umieścił prowokujące pytanie: jak Internet zabija naszą kulturę. Zabija dlatego, że jest tworzony przez amatorów w najbardziej negatywnym rozumieniu tego słowa - po prostu ignorantów i nieuków. Słowem: social media to anarchia autoekspresji, rój dyletantów - żadna mądrość tłumu, lecz kolektywna ignorancja i kradzież, motłoch sieciowy karykaturujący demokrację, przeradzający ją w paido- i ochlokrację (rządy dzieciaków i motłochu), po których prawem Arystotelesowskiego cyklu może przyjść tylko tyrania. Autor patrzy z pozycji arystokraty na tłuszczę, która lekceważąc wszelkie cywilizowane normy, szabruje dorobek pokoleń.

Media społeczne, z Facebookiem na czele, pokazują, że dziś Internet buduje się bottom up. Jest przestrzenią, w której znajduje ujście coraz więcej energii ludzi we wszystkich sferach ich aktywności: ekonomii, polityce, kulturze, nauce, edukacji, rozrywce itp. Czyni go to nieliniowym układem dynamicznym, złożonym systemem społecznym. Potęgowy rozkład relacji sieciowych "produkuje" codziennie miliardy interakcji, które rodzą chaos. Demokracja sieciowa jest anarchiczna, łatwo się pogubić w produkowanych masowo znaczeniach, przesyconych subiektywizmem i własnym doświadczaniem świata. Potrzebna jest rzeczywiście spora doza krytycyzmu, aby umieć waloryzować tworzoną oddolnie zawartość.

Oczywiście, media cyfrowe wiele komplikują, unieważniają dotychczasowe standardy, a nie kreują nowych, co utrudnia dostęp do wiedzy i informacji (problem jednolitych katalogów i innych systemów klasyfikacji danych, informacji itp.). Zalewa nas w sieci tandeta, ale wzbiera też wartki, interesujący nurt.


TOP 200