Skomercjalizowana wolność internetu

Internet rozwija się od lat dzięki innowacyjnym firmom. Dzisiaj tak silnym, że każda próba zmiany status quo powoduje uruchomienie lobbingu i PR-u w imię obrony wolności podstawowych.

Dla większości ludzi internet jest przestrzenią wolności informacji. Dlatego dzisiaj Polska staje w awangardzie strażników tej wolności, pilnując, by kontroli nad adresowaniem w sieci nie przejęła agenda Organizacji Narodów Zjednoczonych, w której - o zgrozo! - nie odebrano jeszcze prawa głosu krajom takim, jak Chiny, Rosja, czy choćby Iran, gdzie rządy nie wyzbyły się nawyków dawkowania obywatelom swobód według urzędowego uznania. Tylko czy postulowane przez polską delegację na konferencji Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU) w Dubaju dodanie gwarancji swobód obywatelskich do Międzynarodowego Regulaminu Telekomunikacyjnego wniosłoby coś nowego w sprawie ochrony praw użytkowników internetu? Traktatowe gwarancje praw człowieka spisywano już przecież wielokrotnie. A może warto zwrócić uwagę na techniczny aspekt tej postulowanej wolności?

Amerykańska firma analityczna Renesys podsumowała niedawno, że ponad 60 państw łączy ze światową siecią internetu jeden lub co najwyżej dwóch operatorów. Odłączenie użytkowników od kontaktu ze światem, co się zdarzyło 29 listopada w Syrii, może się dokonać jednym prostym posunięciem, jeżeli władza uzna to za konieczne. Na marginesie, w polskim Prawie telekomunikacyjnym jest przepis, który w sytuacjach szczególnych zagrożeń również na to pozwala. Konkurencyjność na rynku infrastruktury szerokopasmowej utrudnia nadużywanie władzy, bo zmusza do podania ważnego powodu, by zmusić wszystkich przedsiębiorców do ograniczeń.

Internet jak woda

Od pewnego czasu uczymy się pisać słowo internet małą literą, bo zapomniano, dlaczego to miałaby być nazwa własna. Internet stał się po prostu powszechnie zrozumiałym terminem technicznym, określającym sieć z protokołami łatwej wymiany informacji między terminalami w dowolnym miejscu świata. Wśród miliardów użytkowników tylko nikły odsetek wie, jak technicznie działa sieć. Dla całej reszty internet stał się czymś tak oczywistym, że nie wnikają w szczegóły jego funkcjonowania. Ale należy pamiętać, że internet tworzą fizyczne sieci miedziane, światłowodowe i radiowe, budowane obecnie najczęściej za prywatne pieniądze. Na świecie są ogromne obszary, gdzie uzyskanie dostępu do internetu, telefonu, telewizji jest wciąż utrudnione. Również w Polsce, w środku zindustrializowanej, gęsto zaludnionej Europy, są z tym problemy. Internet jest zatem wyzwaniem dla budujących infrastrukturę sieciową.

Wciąż sprawia problemy techniczne, które wymagają rozstrzygnięć na forach standaryzacyjnych. Trudno jest też na razie zakreślić perspektywę czasową, kiedy technologie komunikacyjne osiągną stan, w którym ich rozwój się ustabilizuje, przestając zaskakiwać nowościami. Co więcej, wiele użytecznych zastosowań internetu wciąż czeka na wdrożenie, na inwestorów, na rozstrzygnięcia regulacyjne lub polityczne. Przykłady można mnożyć: handel elektroniczny towarami i usługami, usługi finansowo-bankowe, inteligentne sieci energetyczne, zarządzanie transportem, inteligentne miasta. Nowe zastosowania szerokopasmowych sieci światłowodowych i mobilnych mają uczynić życie wygodniejszym, co oznacza, że jeszcze mniej musielibyśmy wiedzieć o technice, ukrywanej przed naszymi oczami w podziemnej kanalizacji. Czy powiększy się dzięki temu sfera naszych osobistych wolności, to inna sprawa.

Przez sto lat sieci telekomunikacyjne były domeną wyspecjalizowanych, monopolistycznych operatorów. 20-30 lat temu sektor telekomunikacji poddano planowej, regulowanej demonopolizacji i komercjalizacji. Pomysł na internet odegrał ogromną rolę w przełamywaniu barier rynkowych, np. kompletnie dewaluując ugruntowany przez 100 lat dogmat o związku ceny z odległością połączenia. W łańcuchu wartości biznesu internetowego sporo się jeszcze wydarzy. Historycznie najwięcej zamieszania narobiła w drugiej połowie poprzedniej dekady eksplozja bezpłatnych wyszukiwarek, blogów i aplikacji, takich jak You Tube czy MySpace. Pomysły serwisów społecznościowych trafiają nie tylko w ludzką potrzebę zaistnienia w społeczeństwie, tzw. lansu, bądź szukania kontaktów. Ich nowsza generacja stała się użytecznym narzędziem społecznej organizacji wokół wspólnych spraw. Skuteczność poprawiło dodanie narzędzi do moderowania kontaktów i podpowiadania - co ciekawe, chociaż również irytujące - niektórych zasad politycznej poprawności.

Wolność konfekcjonowana

Twórcy ofiarowanych użytkownikom narzędzi do Googla, Facebooka, Twittera doskonale to zrozumieli i umiejętnie spieniężyli. Prawie 90 mld USD wartości Google, 16 mld Facebooka, 9 mld Twittera, 2 mld Groupona, czy choćby 1,2 mld LinkedIn powinno mówić samo za siebie. Mnóstwo spontanicznych działań w internecie wynika z pasji i twórczej ekspresji, która nie ma na celu zysków. Na dawaniu za darmo poczucia wolności można też jednak, jak się okazuje, nieźle zarabiać. Ten sposób używania internetu trafia w ludzkie potrzeby i emocje mocniej niż dojrzewająca przez ponad sto lat potrzeba kontaktowania się z użyciem telefonu.

Wiele osób nie zastanawia się nad tym, że formalne zasady serwisów społecznościowych służą w równym stopniu wygodzie i zadowoleniu użytkowników co temu, by zapewnić bezpieczny rozwój biznesowy. Google i Twitter proponują co jakiś czas nowy element w tych zasadach. Każdy specjalista od marketingu wie, że zmiana w ofercie jest niezbędna, bo dowodzi dbałości o rozwój, ale chodzi też o testowanie ewolucji tolerancji użytkowników, np. w sprawie prywatności. Użytkownicy organizujący się przeciw polityce udostępniania informacji najczęściej nie zdają sobie sprawy, że uznanie części protestów prowadziłoby do tego, że usługa mogłaby się przestać opłacać inwestorom.

Forbes, publikując niedawno swą tradycyjną listę najbogatszych ludzi świata, zauważył, że o ile połowa Amerykanów korzysta z zapałem z Facebooka, a 1/3 twittuje, to tylko 7,6% spośród prezesów korporacji z listy 500 ma aktywne konta na Facebooku. Tylko dziewięciu z nich dokonało wpisu na Twitterze w ciągu 100 dni poprzedzających publikację, a dwóch ma więcej niż 500 znajomych. Ich wolność jest widocznie gdzie indziej.


TOP 200