Skąd brać ''symbolicznych analityków''

Amerykańskie szkoły nie mogą sprostać zapotrzebowaniu gospodarki na specjalistów z dziedziny informatyki. Sprawa kształcenia przyszłych kadr 'symbolicznych analityków', czyli informatycznie biegłych kadr, angażuje polityków i urzędników różnych ministerstw. Edukacja informatyczna i powszechny dostęp do Internetu stały się sprawami najwyższej rangi państwowej.

Amerykańskie szkoły nie mogą sprostać zapotrzebowaniu gospodarki na specjalistów z dziedziny informatyki. Sprawa kształcenia przyszłych kadr 'symbolicznych analityków', czyli informatycznie biegłych kadr, angażuje polityków i urzędników różnych ministerstw. Edukacja informatyczna i powszechny dostęp do Internetu stały się sprawami najwyższej rangi państwowej.

Zewsząd rozlega się krzyk: "Hannibal ante portas". Czytaj: jeżeli sytuacja się nie zmieni, trzeba będzie radykalnie zliberalizować przepisy imigracyjne dla specjalistów komputerowych z innych krajów świata. A ci wcale nie chcą jechać do amerykańskiego "raju".

Kiedy w 1993 r. profesor Robert Reich porzucił tymczasowo swą bezpieczną posadę na Uniwersytecie Harvard, aby objąć pozycję sekretarza pracy w nowym rządzie formowanym przez jego przyjaciela z lat studenckich Williama Clintona, jego reputacja ugruntowana była solidnie naukowymi publikacjami, a w szczególności wydaną w 1991 r. książką Praca Narodów (The Work of Nations), w której z optymizmem rozważał przyszłość amerykańskiej gospodarki w globalizującym się świecie. Teza jego, w dużym skrócie, była następująca: na otwartym rynku światowym masowa produkcja podążać będzie za tanią siłą roboczą i dezerterować z bogatych krajów o wysokiej stopie życiowej.

Podczas gdy robotnicy amerykańscy tracić będą nieuchronnie pracę w tradycyjnym sektorze produkcyjnym, przyszłość kraju należy do ludzi zajmujących się wytwarzaniem i przetwarzaniem informacji, do grupy, którą nazwał "symbolicznymi analitykami". Zaliczają się do niej architekci, inżynierowie, programiści komputerowi, uczeni, specjaliści od marketingu i menedżerowie, wymyślający nowe produkty i organizujący ich sprzedaż, natomiast zlecający ich produkcję tym, którzy mogą to zrobić najtaniej.

"Infostrada" bez kierowców?

Bez większej przesady powiedzieć można, że wspólną kwalifikacją wymaganą od wszystkich "symbolicznych analityków" jest umiejętność skutecznego posługiwania się komputerami. Idee Reicha (który tymczasem powrócił już na Harvard, pozostawiając po sobie mieszane oceny swych ministerialnych osiągnięć) nie mogły trafić w rządzie Clintona na bardziej podatny grunt. Jego wiceprezydent Al Gore - a w Ameryce wiceprezydenci nie mają właściwie nic do roboty i mogą zajmować się nieskrępowanym propagowaniem swych światłych koncepcji - postanowił przyjąć pozycję głównego propagatora rewolucji informatycznej. Wręcz wymyślił i rozpowszechnił pojęcie "Infostrady" (Information Superhighway) jako drogi, którą w przyszłości podążać powinna Ameryka.

W sprawę kształcenia przyszłych kadr "symbolicznych analityków," czyli informatycznie biegłych kadr, zaangażowały się co najmniej trzy federalne ministerstwa - Handlu, Pracy i Edukacji. Sam Prezydent Clinton nadał sprawie najwyższą rangę państwową, umieszczając w swoim "Raporcie o Stanie Unii" i wygłaszając w lutym 1997 r. "Wezwanie do działania," które Departament Edukacji przetłumaczył na listę siedmiu priorytetów dotyczących wykształcenia młodego pokolenia Amerykanów. Szósty z owych priorytetów brzmi: "Każda klasa szkolna uzyska do roku 2000 połączenie z Internetem i wszyscy uczniowie będą biegli w użyciu komputerów".

Ogromne strategiczne plany amerykańskiego rządu federalnego przypominają jednak pod pewnym względem do złudzenia nasz słynny plan 6-letni - są po prostu planem... A poza planem istnieje jeszcze "skrzecząca rzeczywistość". Mam właśnie przed sobą artykuł z lipcowego numeru czasopisma Workforce (Siła Robocza), której autor Christopher Bachler maluje niezbyt optymistyczny obraz sytuacji na amerykańskim rynku informatycznym. Według raportu amerykańskiego Stowarzyszenia Technologii Informatycznej ogłoszonego na początku tego roku, w Ameryce brakuje w tym momencie 346 000 specjalistów z dziedziny informatyki, zaś do roku 2005 deficyt ten najprawdopodobniej wzrośnie do 1,6 mln.

Amerykańskie firmy, które o niczym bardziej nie marzą, jak o tym, by wkroczyć na Infostradę i ruszyć w świetlaną przyszłość, mają poważne trudności z zatrudnianiem "szoferów". Firma Microsoft wydaje rocznie 568 mln USD na kształcenie swych przyszłych pracowników i mimo to ma nadal 2500 wakatów; Lucent Technologies poszukuje specjalistów komputerowych na 14 000 wolnych stanowisk, zaś GE Medical Systems, filia General Electric, oferuje każdemu pracownikowi 5000 USD jednorazowej premii, za przyprowadzenie do działu kadr informatyka skłonnego do podjęcia w niej pracy.