Sieciowe podziemie

Kim jest haker: przestępcą czy bojownikiem o wolność cyberprzestrzeni? A może sfrustrowanym użytkownikiem komputerów, który koniecznie chce ściągnąć na siebie uwagę mediów?

Kim jest haker: przestępcą czy bojownikiem o wolność cyberprzestrzeni? A może sfrustrowanym użytkownikiem komputerów, który koniecznie chce ściągnąć na siebie uwagę mediów?

Losy Kevina Mitnicka, najsłynniejszego hakera ostatnich lat, który został schwytany przez FBI dzięki współpracy tej instytucji z Tsutomu Shimomurą, konsultantem do spraw bezpieczeństwa w amerykańskich instytucjach naukowych i rządowych, dość dobrze pokazują, że hakerstwo można traktować wielorako. Jedno jest pewne: to nałóg, z którego trudno się wyleczyć. A gdy się uda lub zostaje się do tego zmuszonym, zmienia się diametralnie spojrzenie na świat. Odtąd włamania do cudzych zasobów informacyjnych nazywane są jednoznacznie: to przestępstwo, które należy ścigać w majestacie prawa.

Fenomen hakerstwa nie da się wyjaśnić w kategoriach czysto psychologicznych. Poza oczywistym - i fascynującym - aspektem technicznym, hakerstwo ma też swą "bazę" społeczną i polityczną

Ósmego grudnia 1997 r., około siódmej wieczorem amerykańskiego czasu wschodniego, na tytułowej stronie przeglądarki Yahoo!, odwiedzanej co dzień przez tysiące "sieciowych surferów", pojawiło się niespodzianie złowieszcze ostrzeżenie. "W dniu Bożego Narodzenia 1998" - głosiło oświadczenie podpisane przez nie znany przedtem nikomu Front Wyzwolenia Internetu - "bomba logiczna, będąca częścią tego wirusa, zostanie zaktywizowana, siejąc chaos we wszystkich sieciach (komputerowych) całej planety". Komputery wszystkich użytkowników Yahoo!, którzy mieli pecha korzystać z jego usług w ciągu ostatniego miesiąca - wyjaśniała dalej deklaracja FWI - zostały zainfekowane wirusem, powodującym m.in. przyspieszenie komputerowych zegarów, który sprowadzi na nie oczekiwaną z trwogą "katastrofę roku 2000". Sytuacja nie jest beznadziejna, gdyż twórcy wirusa mają również "szczepionkę", która jest go w stanie unieszkodliwić. Pod jednym wszakże warunkiem - Kevin Mitnick, słynny haker, ksywa "Kondor", niewinnie uwięziony przez federalnych prześladowców, musi zostać natychmiast i bezwarunkowo zwolniony z kalifornijskiego więzienia, gdzie jest trzymany bez kaucji w areszcie śledczym...

Wiadomość o nowym ataku hakerów obiegła świat lotem błyskawicy. W ślad za nim poszło natychmiast dementi administratorów Yahoo!, zapewniające klientów, że żaden wirus nie istnieje, gdyż włamanie do systemu zostało natychmiast odkryte i trwało zaledwie 15 minut, a było dokonane w podsystemie obsługującym jedynie 1% użytkowników popularnej "search engine". Incydent ten był jednak dość niewinnym przypomnieniem, że hakerzy mogą wędrować swobodnie "na gapę" po cyberprzestrzeni i nigdy nie możemy być pewni, kto czyta nasz e-mail.

Trzy lata kondora

Jeśli intencją "Frontu Wyzwolenia Internetu" było istotnie uwolnienie ich prześladowanego bohatera z rąk wrogich sił, to były to kalkulacje naiwne. Wie o tym dobrze sam Kevin Mitnick, oczekujący w Metropolitan Detention Center w Los Angeles na wyznaczony na kwiecień proces. Na jego "oficjalnej" stronie internetowej, utrzymywanej przez jego przyjaciół, ukazało się solenne zapewnienie, że Mitnick - jakkolwiek docenia ich troskę i zainteresowanie jego losem - to uważa, iż "wandalizowanie stron internetowych, wysyłanie komputerowych wirusów (bądź posługiwanie się groźbą ich rozpowszechnienia) czy też ogłaszanie żądań okupu nie są metodami, które Mitnick i jego rzecznicy popierają, sugerują lub tolerują". Jeśli niefortunny atak na Yahoo! miał pozytywne dla "Kondora" konsekwencje to pewno tylko te, że jego strona internetowa została w ciągu następnych tygodni odwiedzona przez dziesiątki tysięcy gości i każdy z nich wie, że wyrazy sympatii i poparcia dla sieciowego Robin Hooda można wysyłać pod adres - Kevin Mitnick, Reg. No. 89950-012, P.O. Box 1500, Los Angeles, CA 90053-1500.

Trochę psychicznego poparcia zapewne Mitnickowi się przyda. Od czasu słynnego "sieciowego pojedynku" z Tsutomu Shimomurą, w którego wyniku został pojmany w lutym 1995 r. w Północnej Karolinie przez agentów FBI, "Kondor" nie miał łatwego życia. Złośliwi wprawdzie twierdzą, że sam się w końcu o to prosił. Już wybór hakerskiego pseudonimu może świadczyć o jego zarozumiałości. Porównywanie się z oryginalnym Kondorem (granym, jak pamiętamy, przez Roberta Redforda) było, delikatnie mówiąc, aktem pewnej przesady.

Kiedy bohater "Trzech Dni", by zatrzeć po sobie ślady, dostał się do centrali telefonicznej, skąd mógł komunikować się ze swymi prześladowcami bez groźby wykrycia przez nich miejsca jego kryjówki, na jego życie podpisany był kontrakt - i to nie przez mafię czy amatorskich terrorystów, ale przez wszechpotężną i supertajną rządową organizację szpiegowską. Choć w manipulowaniu siecią telefoniczną Mitnick był równie sprawny, ryzyko, jakie podejmował we wczesnych latach swej działalności, było stosunkowo małe. Groziła mu kara więzienia z zawieszeniem lub w najgorszym razie około roku więzienia. Do dziś nie jest jasne, czy ze swej przestępczej działalności - poza darmowym dostępem do światowej sieci komunikacyjnej - czerpał materialne korzyści, i oskarżanie go przez poszkodowane instytucje o spowodowanie milionowych strat przypomina obciążanie kogoś, kto wszedł nieproszony do twego domu, kosztem nowej instalacji alarmowej. Jego głównym grzechem była jednak zuchwałość i brak respektu dla ogólnie przyjętych obyczajów. Był w końcu recydywistą, który złamał warunki przedterminowego zwolnienia i zamiast "zaniechać przestępczego procederu", rozwinął go na większą skalę, ujawniając przy tym głęboką niekompetencję organów ścigania. Dopiero pomoc innego hakera umożliwiła FBI jego schwytanie.


TOP 200