Sieciowa ekonomia

Tradycyjna ekonomia mimo wszystko z trudem radzi sobie z gospodarką, w której informacja jest coraz ważniejszym towarem, a manewrowanie tą informacją staje się coraz istotniejszym procesem.

Tradycyjna ekonomia mimo wszystko z trudem radzi sobie z gospodarką, w której informacja jest coraz ważniejszym towarem, a manewrowanie tą informacją staje się coraz istotniejszym procesem.

Przede wszystkim należy zapytać, czy i czym różni się świat sieciowej ekonomii (network economy) od tradycyjnych rynków - świata "cegieł i zaprawy" (bricks an mortar world). W obu przypadkach mamy przecież do czynienia z rynkiem, czyli sumą transakcji dokonywanych między kupującymi a sprzedającymi. Najistotniejsza różnica dotyczy rodzaju towarów, jakie są obiektem tych transakcji. Na klasycznym rynku obroty dotyczą dóbr materialnych, posiadających fizyczne właściwości, tj. wymiary, masę, energię bądź czas (w przypadku usług). Tymczasem w nowej ekonomii występują dobra cyfrowe (digital goods), czyli odpowiednio zakodowane ciągi binarne, mające wartość użytkową, które mogą być przesyłane w sieciach teleinformatycznych bądź przetwarzane elektronicznie, czy też zapamiętywane na maszynowych .

Przykładem takiego towaru jest wszelkiego rodzaju oprogramowanie, zarówno w sensie aplikacji, skojarzonej z nią licencji, jak i kodu źródłowego. Handlować można wszakże wszystkim, co da się zakodować (zdigitalizować): muzyką, filmami, książkami, wiadomościami, prawami własności (akcjami) czy usługami (np. rezerwacjami turystycznymi). Czym różnią się zatem dobra elektroniczne od tradycyjnych?

Przede wszystkim łatwo je kopiować. Owszem, koszta wytworzenia oryginału (master copy) są podobne jak w świecie realnym, ale na tym podobieństwo się kończy. W "realu" powielarność może relatywnie tanieć, przy przechodzeniu od produkcji jednostkowej do masowej, z uwagi na korzystniejsze proporcje kosztów stałych i zmiennych, ale na każdy nowo wyprodukowany samochód trzeba będzie zużyć dokładnie tę samą ilość tych samych części i materiałów.

Ekonomia publiczna

Inaczej dzieje się w świecie wirtualnym: kopie i oryginał są absolutnie (binarnie) identyczne, a przede wszystkim można je wytwarzać praktycznie w nieograniczonej liczbie, po minimalnych kosztach i w bardzo krótkim czasie. Podobnie dzieje się w sferze transportu i dystrybucji - jak dobrze wiadomo, asfaltowe drogi czy autostrady zastępowane są infostradami, gdzie bez fizycznych czy organizacyjnych ograniczeń jednym kliknięciem myszki można przesłać towar z Nowej Zelandii na Alaskę czy z Ziemi Ognistej na Kamczatkę. Takie właściwości nie muszą jednak mieć samych zalet. Po stronie nowych kłopotów wymienić tutaj wystarczy chociażby elektroniczne piractwo, problemy ochrony patentowej i własności intelektualnej. Są to jednak kwestie wykraczające poza wymiar czysto ekonomiczny i można rozwiązywać je na drodze prawnej, które da się egzekwować właśnie za pomocą technologii informatycznych, a więc następnych towarów czy usług cyfrowych (np. kody dostępu, blokady kopiowania, identyfikacja użytkowników czy komputerów).

Można jednak wysunąć tezę, że dobra cyfrowe przypominają swymi własnościami dobra publiczne, zarówno czysto materialne (np. sieć drogowa), jak i niematerialne (np. bezpieczeństwo państwa). Oczywiście same dobra publiczne wymykają się klasycznej analizie ekonomicznej, bo nie można nimi swobodnie operować na rynku, choć przekładają się one na typowe zachowania i obiekty gospodarcze w skali mikroekonomicznej - drogę trzeba zbudować, więc ma tu zastosowanie rachunek inwestycyjny, a bezpieczeństwo wymaga rynkowych zakupów stosownego wyposażenia. Tylko z tego przykładu widać, że nowa ekonomia jest kontynuacją czy rozszerzeniem tej starszej (old economy). Dobra o charakterze wirtualnym występowały już w czasach przedelektronicznych - dzisiaj rozwój techniki sprawia, że obrót nimi ulega spotęgowaniu.

Mamy tu do czynienia z analogią, jaką można odnaleźć w prawach fizyki: równania Einsteina dla małych prędkości przyjmują klasyczną postać newtonowską. Podobnie dzieje się w nowej, cyfrowej ekonomii: dobra podlegają jej prawom w tym większym stopniu, im ważniejszą rolę w tworzeniu ich wartości odgrywa zawarty w nich ładunek informacyjny. W praktyce mamy bowiem często do czynienia z płynnością granicy między materią a informacją i z wzajemnym przenikaniem się tych wymiarów - żaden bowiem nie istnieje samodzielnie bez drugiego i dopiero razem tworzą one całość wytworów, z których korzystamy. To prawda, że nie można kopiować samochodu kliknięciem myszki. Jednak auto także potrzebuje zaszytego w nim oprogramowania, specyfikacji technologii niezbędnych do jego wykonania, danych zawierających doświadczenia eksploatacyjne, planów budowy czy informacji marketingowych.

Ekonomia uwagi

Wszystkie te elementy podlegają prawom rządzącym dobrami cyfrowymi, a im więcej ich będzie, tym bardziej cyfrowe będą prawa ekonomii, rządzącej otaczającym nas światem. Tam, gdzie te prawa już są widoczne, mamy do czynienia z początkiem cywilizacji, w której faktycznie da się skopiować samochód; podobnie łatwo jak dziś robimy to z tekstowym plikiem. Cywilizacji, w której decydujące znaczenie będzie miała informacja sterująca np. nanorobotami, zdolnymi wytworzyć dowolne przedmioty materialne, metodą molekularnej syntezy, z najprostszych, wszędzie dostępnych substancji.

Byłby to zatem świat, w którym każdy mógłby mieć niemal wszystko. Dobra publiczne posiadają przecież trzy podstawowe cechy:

  • powszechność dostępu (każdy może skorzystać z sieci drogowej);

  • niekonkurencyjność użytkowników (korzystanie z sieci drogowej przez jednego użytkownika nie jest przeszkodą dla jednoczesnego korzystania przez drugiego);

  • niewykluczalność ze strony producenta ("dostawca" sieci drogowej nie może zabronić komuś korzystania z niej).
Podobną charakterystykę znajdziemy też w produktach cyfrowych. Elektroniczna książka jest łatwo dostępna, praktycznie w dowolnym miejscu kuli ziemskiej. Jej "nakład" jest niewyczerpywalny, nie można go "wykupić", zatem fakt jej nabycia przez jednego czytelnika nie ma wpływu na innych. Założywszy brak specjalnych systemów ochrony, czyli działających w praktyce rozwiązań prawno-technicznych, wydawca nie może zakładać, że jego produkt dostanie się jedynie do określonej grupy klientów, tzn. tylko tych, którzy za niego zapłacą.

Przekonał się o tym autor światowych bestsellerów Stephen King. Jego dzieło "Riding the Bullet" było dostępne wyłącznie w wersji elektronicznej i już pierwszego dnia załadowano je niemal pół miliona razy z portalu księgarni Amazon wraz z software'owym czytnikiem. Zachęcony tym sukcesem pisarz odważył się na kolejny internetowy eksperyment: udostępnił w sieci pierwszy rozdział nowej powieści "The Plant", stawiając jako warunek dla pojawienia się kolejnego rozdziału, zapłacenie dolara przez trzy czwarte czytelników. Założony pułap został (nieznacznie) przekroczony, co zaowocowało kwotą ponad stu tysięcy dolarów, niemniej "wypłacalność" cyfrowych klientów malała z każdym rozdziałem i już przy czwartym jedynie mniejszość trzymała się ustalonych reguł.

Ten punkt jest zatem krytyczny dla powodzenia elektronicznych przedsięwzięć i najbardziej związany z klasycznymi prawami ekonomii, w której nie istnieje pojęcie "za darmo". Darmowy przejazd autostradą jest złudzeniem. Ktoś musi za niego zapłacić. Tym kimś może być nawet sam kierowca, który w podatkach wyłoży nawet więcej niż faktyczny koszt jazdy. A gdyby tak finansować budowę dróg reklamami ustawianymi na ich poboczach? Pomysł ryzykowny, choćby ze względów bezpieczeństwa w świecie realnych autostrad, ale nie świecie infostrad. W ten sposób finansowane są tysiące miejsc pracy i technologie takich firm, jak Google czy Yahoo! Płacimy za nie naszą uwagą, którą chcąc nie chcąc poświęcamy ofercie reklamodawców. Ekonomia sieciowa jest zatem także ekonomią uwagi.

Nowe prawa

Sieciowość nowej ekonomii związana jest z prawem Metcalfa, które sformułował Robert Metcalf, współtwórca standardów sieciowych Ethernet, już ponad 30 lat temu. Wynika z niego, że wartość sieci rośnie wykładniczo w relacji do liczby jej użytkowników. W sieci, gdzie każdy może łączyć się z każdym, arytmetyczna interpretacja prawa związana jest z formułą na liczbę połączeń P, w zależności od liczby węzłów N:

P = N2 (przybliżenie dla odpowiednio dużej liczby węzłów)

Tu mamy do czynienia z faktycznym zastąpieniem klasycznych praw ekonomii nowymi regułami. System to coś więcej niż prosta suma jego elementów składowych. Innymi słowy, arytmetyczny przyrost liczby węzłów sieci wywołuje wykładniczy wzrost jej możliwości. Wynika z tego jednocześnie, że stosunkowo niewielki wzrost liczby podmiotów w strukturach ekonomii sieciowej może prowadzić do istotnego wzrostu wartości wszystkich biorących udział w grze. Efekty mnożnikowe ekspotencjalnej dźwigni widoczne są szczególnie dla większych liczb, a z takimi mamy do czynienia w Internecie, jest to bowiem sieć największa z możliwych, bo o planetarnym zasięgu.

Jeszcze ciekawszy fenomen może być widoczny z punktu widzenia użytkownika. Nabywając np. modem, kupujemy nie tylko określone urządzenie, ale niejako ich całą sieć, ta zaś z kolei jest dużo więcej warta niż suma cen wszystkich pracujących w niej . Idąc dalej: następny użytkownik modemu podnosi wartość sieci jako całości, zarówno dla tych, którzy już z nią pracują, jak i pozostałych, którzy zdecydują się na to w przyszłości. Klasyczna ekonomia zorientowana jest na izolowane obiekty, a nie na ich systemy (sieci). Co wynika z praw Gossena dotyczących wartości użytkowej? Cieszymy się pierwszym zegarkiem, ale następne nie sprawiają już takiej radości. W skali makro sam fakt rosnącej liczby zegarków na rynku nie może spowodować, że ich wartość będzie rosła i to niezależnie od krzywych podaży i popytu. Po prostu nie istnieje żaden "światowy system zegarków". W ekonomii sieciowej jest inaczej, tu działa prawo zwielokrotnienia Metcalfa i więcej znaczy rzeczywiście więcej (more gives more).


TOP 200