Rząd na kryzys i rozwój

Donald Tusk całe wystąpienie w Sejmie inaugurujące działania nowego rządu poświęcił przekonaniu wszystkich, że wie, jak przeprowadzić Polskę przez kryzys.

Nie powiedział jednak, że reformy w państwie są dla ludzi dobre, bo zapewniają rozwój.

Sejmowe exposé Donalda Tuska było adresowane wyraźnie do rynków finansowych. Premier posłużył się argumentami i językiem zrozumiałym dla inwestorów, analityków, banków, funduszy, agencji ratingowych... To środowiska najmniej podatne na słuchanie programów politycznych, które nie wyrażają się prosto i automatycznie we wskaźnikach finansowych. Usłyszeliśmy o programie cięć, oszczędności, wydatkach i wpływach budżetu, deficycie sektora finansów publicznych i długu publicznym. Wyjaśnienie konkretnych posunięć brzmiało po części jak test na reakcję społeczeństwa na niedogodności kryzysu, czyli też jak prezentacja skierowana do rynków finansowych. Chodzi o to, że pokazało, jak daleko może posunąć się odpowiedzialny rząd, nie narażając się na dramatyczne wybuchy społeczne. W tym znaczeniu exposé spełniło swoją rolę. Było na poważny, pozbawiony niepotrzebnych emocji sposób, optymistyczne. Publikowane oceny analityków bankowych były spokojne i Polsce życzliwe, podobnie jak komentarze w serwisach ekonomicznych i zagranicznych agencjach prasowych.

W sprawach teleinformatyki i telekomunikacji premier powrócił do tradycji większości poprzedników, poświęcając tematowi jeden krótki akapit, i to nie bezpośrednio, lecz aby wytłumaczyć potrzebę powołania Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Gdyby wyrwać z kontekstu zdanie: "głównym zadaniem (ministerstwa cyfryzacji) nie jest uszczęśliwianie obywateli w tej dziedzinie, bo oni sobie naprawdę dobrze dają radę bez pomocy państwa", można by się zagłębić w refleksji nad jego politologicznym sensem. To, że rząd nie zamierza dbać o uszczęśliwianie obywateli może tłumaczyć tylko odległy termin następnych wyborów. W sumie to nie było lekceważenie, ale celowy zabieg. Właściwie żaden sektor gospodarki nie zasłużył w tym wystąpieniu na komentarz, poza wydobyciem surowców naturalnych, ale omówionym tylko dlatego, że działalność w tej dziedzinie ma być źródłem nowego podatku.

Internet nieważny

O internecie też wspomniano tylko dlatego, że ma zniknąć ulga podatkowa. To już powinno zastanowić na poważnie. Ulga została wprowadzona znowu nie tak dawno, aby zachęcić do korzystania z internetu rodziny gorzej uposażone i tych, którzy nie rozumieją korzyści z wygodnego dostępu do informacji. Łatwo natomiast zrozumieć i zaakceptować potrzebę reformowania systemu podatkowego, likwidację specjalnych ulg, szczególnie motywacyjnych, o trudno mierzalnych skutkach społecznych i gospodarczych. To by wystarczyło i skończyło sprawę. W ten sposób sprawa została zresztą zinterpretowana przez większość komentatorów i media. Można tylko odnotować wypowiedź posła opozycyjnego Ruchu Palikota - Wincentego Elsnera - protestującego podczas debaty nad exposé. Pokazał niekonsekwencję wobec argumentów, które kiedyś posłużyły wprowadzeniu ulgi.

Premier zamiast stosownego fiskalnego uzasadnienia likwidacji ulgi internetowej starał się przedstawić argument rynkowy - chyba nietrafiony. Czy można się bowiem bezdyskusyjnie zgodzić, że społeczne znaczenie ulgi internetowej "dzisiaj maleje ze względu na dynamiczny rozwój usług internetowych i powszechność korzystania z internetu?" Chyba nie powinno się formułować takiej tezy w czasach, kiedy wszystkie państwa świata, włącznie z Polską, inwestują ogromne publiczne środki w rozwój sieci szerokopasmowych i zapewnienie ich publicznej dostępności, mnożąc argumenty o ich znaczeniu dla pobudzania rozwoju gospodarczego, wyrównywaniu szans edukacyjnych, kulturowych, polityce spójności. Część tych publicznych źródeł finansowania jest przecież przeznaczona wprost na projekty dla cyfrowo wykluczonych.

Rynek może rozwija się dynamiczne, ale wiemy dobrze, że nie wszędzie. Chyba wciąż niewielu ta dynamika rozwoju rynku w Polsce zadawala. Komisja Europejska zatwierdziła właśnie model dopuszczalności pomocy publicznej w budowie sieci szerokopasmowych w pięciu województwach Polski Wschodniej, ogromnych obszarach, gdzie mieszkańcy nie mają żadnego wyboru dostępu do internetu. Projekt budowy Sieci Szerokopasmowej Polski Wschodniej wart jest 1,4 mld zł!

Świadomość użyteczności internetu jest u sporej części społeczeństwa niewystarczająca. To przecież problem nowoczesnego państwa, również w wymiarze finansowym, że gospodarka elektroniczna nie jest dla wszystkich. Ulga internetowa nie jest remedium na te problemy, ale czy przez to jest nieuzasadniona? Trochę dezorientująca była też dalsza argumentacja w exposé, że "usługi internetowe relatywnie tanieją". Znając rynek, wiemy już, że z tej relatywności wynika tyle, że mniej płacimy za megabit, ale też treści są i będą coraz bardziej wymagające pod względem wydajności łączy. Dzisiaj jeszcze oferuje się użytkownikom Internet różnych prędkości, ale naturalnym wymogiem jest dostępność do wszystkich dostępnych aplikacji. W rezultacie średnia, zryczałtowana cena za dostęp do internetu jest bliska ustaleniu na pewnym akceptowalnym rynkowo poziomie. Czy to znaczy, że tanio?

Poszukiwana makroekonomia internetu

Te drobne niezręczności użyte wobec jednego wspomnianego, wybranego z wielu, obszaru domniemanej odpowiedzialności państwa należy zlekceważyć, ale nie zignorować. Nowe Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji ma legitymację, czy też kredyt, pozwalający zbudować właściwe proporcje w strategii rozwoju cyfrowego państwa, nowej administracji, sieci szerokopasmowych, rynku telekomunikacyjnego, projektów teleinformatycznych.

W niedalekiej przyszłości premier ma prawo oczekiwać od Michała Boniego jasnego przekazu, o co chodzi z tym sieciami szerokopasmowymi i internetem. W starym rządzie słyszał od ministrów zapewne różne komunikaty, a nie mając osobiście naturalnej intuicji pokolenia internetu, ma prawo być zdezorientowany, jak większość urodzonych w czasach, kiedy dnia nie zaczynało się od sprawdzenia wpisów na Facebooku.

Nie ma natomiast na razie pewności co do scenariuszy reform w państwie, które zapewnią rozwój gospodarczy, przyśpieszenie potrzebne, aby równać do gospodarek Niemiec, Wielkiej Brytanii czy państw skandynawskich. Dyskusja o technologiach informacyjnych nie może się ograniczać do usprawnienia państwa. Oczekujemy przecież nie przetrwania kryzysu, ale nadziei na rozwój. Może była jakaś głębsza myśl, kiedy premier powiedział, że państwo nie musi nas uszczęśliwiać i że chcemy sobie dawać radę również bez jego pomocy?


TOP 200