Romantycznie ale przeważnie rozważnie

Aż westchnąłem kiedy przeczytałem tekst Marka Wierzbickiego ''Rozważnie czy romantycznie'' traktujący o przypadkach informatyka tkniętego romantycznym porywem, by wdrożyć open source w biznesie, a potem rozważnie dającemu wyraz, że nie wszystko złoto, co się świeci. Teraz się zacznie!

Aż westchnąłem kiedy przeczytałem tekst Marka Wierzbickiego ''Rozważnie czy romantycznie'' traktujący o przypadkach informatyka tkniętego romantycznym porywem, by wdrożyć open source w biznesie, a potem rozważnie dającemu wyraz, że nie wszystko złoto, co się świeci. Teraz się zacznie!

A będzie tak. Odezwie się z pryncypialną krytyką ww. artykułu jakiś dyżurny chorąży postępu, wytykając autorowi zasadnicze wypaczenia po linii i na bazie dalszego dynamicznego rozwoju ludzkości. Bardziej technokratycznie nastawieni apologeci jedynie słusznego kierunku nakażą autorowi najpierw dokładne zapoznanie się i porządne nauczenie technologii, a potem dopiero wypowiadanie się na jej temat. U nich albowiem - wszystko działa. Fachowość i niezależność opinii Marka Wierzbickiego będzie budziła u nich poważne i uzasadnione obawy. Pobrzmiewać będzie troska, by takie nieprofesjonalne poglądy nie zyskały szerszego posłuchu. Technologia jest cacy, a zawiedli niewątpliwie ludzie. Na forach zakwestionuje się poziom IQ autora, bądź też podniesie agenturalność procesu pojawienia się tekstu w redakcji CW...

Cóż takiego popełnił Marek Wierzbicki, że aż tak apokaliptyczną wizję odporu tu przedstawiam? Nie napisał swojego artykułu o open source w powszechnie przyjętej pozycji "na klęczkach", ale to jeszcze można byłoby mu wybaczyć (oczywiście, dopiero po samokrytyce!). Wszelako przedstawił kilka przemyśleń, które u każdego szczerego zwolennika OS musi dreszcz obrzydzenia i zgrozy budzić, bo przecież takie rozmyślania czysty obraz mącą, rysy na szkle pozostawiają i piach w tryby sypią. Ferment taki jeden z drugim raz posieją, lud prosty to podchwyci i po cichu powtarzać sobie będzie, a potem przodownicy słusznej sprawy odkręcać to będą latami. Co zatem takiego niebezpiecznego znalazło się w inkryminowanym tekście?

Przewidywalność

Informatyka dla biznesu jest usługą wspomagającą osiągnięcie celów organizacji. Kropka. Może być zorganizowana lepiej lub gorzej, taniej lub drożej, siłami wewnętrznymi lub z zewnątrz - wszelako jej głównym celem jest wspomaganie merytorycznych procesów w firmie czy instytucji. W tym celu kupowany jest sprzęt, oprogramowanie, usługi, zatrudniani są informatycy. Jeśli zatem informatyka jest służbą wewnątrz firmy, to przewidywalność działania IT jest podstawą myślenia dla każdego decydenta. To z kolei musi przekładać się na sposób myślenia i działania informatyków. I rzeczywiście! Przewidywalność przybiera postać dyskusji o ryzyku inwestycji w daną technologię oraz jaką część tego ryzyka bierze na siebie producent, jaką dostawca/integrator, a jaką użytkownik. Rozmawia się o ochronie inwestycji - czy producent zamierza dalej rozwijać linię produktów, czy system będzie się skalował, jak wygląda standing finansowy producenta i dostawcy. Spędza się godziny, ustalając sposób i poziom supportu, szybkości reakcji oraz odpowiedzialności poszczególnych stron umowy (od strony technicznej, organizacyjnej i prawnej). Rozważa się, w jaki sposób nowe rozwiązanie będzie integrowało się z istniejącym już systemem, z innymi technologiami, jakie wykorzystuje firma, jak będzie wyglądał proces migracji. Czy zastosowana platforma będzie rozwijana w przyszłości. Czy dostępne są usługi na tę platformę. Czy da się system łatwo modyfikować, bo decydenci w firmie (lub Sejm...) często i chętnie zmieniają warunki gry. W końcu ustala się, ile to wszystko ma kosztować, gdzie jest największa wartość projektu dla firmy, jak będą wyglądały rozliczenia. Wymienione wyżej parametry dyskusji (szacowanie ryzyka, odpowiedzialność, support, integracja, migracja, koszt) sprowadzają się do przewidywalności działania systemu. Praca informatyka w biznesie polega na poukładaniu tych wszystkich puzzli. Tego oczekują od niego przełożeni, niezależnie od tego, czy mówimy o zarządzie dużej korporacji, czy o właścicielu małej firmy, ministrze czy wójcie. Decydenci nie muszą się znać na informatyce, ale interesuje ich przewidywalność efektu końcowego zastosowania IT.

W "Rozważnie czy romantycznie" najbardziej uwidacznia się niepokój, czy oprogramowanie open source spełnia warunek przewidywalności w warunkach biznesowych, aż autor dochodzi do stwierdzenia, że "biznes nie może według mnie opierać się na dobrej woli ludzi pracujących za darmo". Czegóż zatem oczekuje?

Przewidywalny producent

Lista technicznych cech produktu oraz cena - wbrew typowemu opisowi w pismach komputerowych - to nie jedyne kryterium wyboru technologii. Użytkownik biznesowy oczekuje, że producent zapewni zgodność swojego najnowszego oprogramowania z poprzednimi wersjami, a więc np. zadba, by dotychczas wykorzystywane aplikacje mogły dalej działać na nowszej platformie. Producent musi pamiętać o przeszłości, ale także powinien móc przedstawić przyszłość. Określić, jakie będą dalsze kierunki prac nad produktami i jakich cech można spodziewać się w następnych wersjach. Użytkownik biznesowy oczekuje, że producent software'u testuje jego użycie w różnych konfiguracjach sprzętowych i przy współdziałaniu z innym oprogramowaniem. A kolejnym krokiem jest zapewnienie supportu technicznego jeśli pojawią się problemy. Poziom kontraktu supportowego powinien być możliwy do uzgodnienia w zależności od potrzeb użytkownika. Użytkownicy pilnie obserwują, czy producent zadbał, by pojawiła się pula dodatkowych aplikacji i usług związanych z konkretnym produktem (np. bazą danych) lub platformą (np. systemem operacyjnym). Użytkownicy biznesowi bowiem lubią wybierać pomiędzy aplikacjami, partnerami, dostawcami i usługodawcami. Im więcej ich, im bogatszy ten ekosystem, tym bezpieczniej czuje się w nim biznesowy użytkownik IT. Produkt musi być również "bezpieczny od strony prawnej". By nagle nie okazało się, że naruszamy prawa strony trzeciej i zupełnie niespodziewanie zgłasza się do nas ktoś z obcesowym żądaniem natychmiastowego zaprzestania używania oprogramowania, bądź z fakturą za licencję.<sup>(1)</sup> Użytkownik zakłada też, że producent potrafi słuchać oczekiwań klienta i wyciągać wnioski. Jeśli łatwość obsługi aplikacji była, ehm..., wątpliwa to w następnej wersji zostanie to poprawione, jeśli ma poprawić się bezpieczeństwo systemu, to producent wdroży proces, by następne produkty były lepsze.

Wymienione powyżej cechy na pewno mogą być spełnione, kiedy producent oprogramowania ma kontrolę nad całym procesem powstawania, testowania, wprowadzania na rynek i supportowania swoich produktów. Tak się dzieje w przypadku oprogramowania komercyjnego. Produkty open source dostępne za darmo praktycznie nie spełniają tych wymogów. Bazarowy sposób powstawania, nieznany proces testów oraz trudna do odgadnięcia przyszłość projektu, a po support odsyła się użytkownika do internetowej społeczności. Bazowanie na nich systemów produkcyjnych w firmie musi być objawem już nie romantyczności, a niefrasobliwości. Pozostają zatem produkty open source sygnowane przez producentów. Firmy zapewniają support dla pewnej ograniczonej liczby konfiguracji, pewnej listy sprzętu i/lub oferują usługi wokół oferowanego produktu. Ale i tutaj część procesów pozostaje poza kontrolą tych firm! Wielcy producenci w swoich raportach giełdowych przyznają, że brak kontroli nad produktem typu open source od strony technicznej oraz od strony prawnej jest elementem ryzyka prowadzenia biznesu, o którym należy poinformować inwestorów! Dużo rzadziej informują o tym klientów...

Na koniec zaś - last but not least - kupując produkt przygotowany przez te firmy bezpowrotnie traci się urok darmowości. Tu producenci oprogramowania w klasycznej formie wcale nie wypadają gorzej. A proces migracji na nową platformę jest zawsze kosztowny i bolesny.

Natomiast - nomen omen - otwarte pozostaje pytanie, czy na liście wymagań stawianych producentowi musi znajdować się dostęp do kodu źródłowego. Wrócić należy do podstawowego pytania w biznesowym wykorzystaniu informatyki - czy posiadanie kodu źródłowego software'u przekłada się na osiągnięcie celów, jakie ma organizacja wykorzystująca to oprogramowanie. Ku pewnemu zaskoczeniu okaże się, że dla zdecydowanej większości stosowanego oprogramowania nie ma to ani znaczenia, ani uzasadnienia...

Olśnienia i iluminacje

Autor "Rozważnie czy romantycznie" dochodzi do wniosku - porównując sposób rozprowadzania telefonów komórkowych - że cały szum wokół otwartości oprogramowania może być jeszcze jednym marketingowym sposobem na pozyskanie klienta. Chwytem kiedy to stosuje się przesłanie, że klient ma pełny dostęp do kodu, ale nie wspomina się, że jakakolwiek ingerencja w ten kod automatycznie wyklucza support techniczny (co jest rozsądne, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie brał odpowiedzialności za kod, który został zmodyfikowany przez osoby trzecie o nieznanych kwalifikacjach). Kiedy to twierdzi się, że użytkownik dzięki zastosowaniu oprogramowania open source staje się członkiem wielkiej światowej rodziny, ale nie wspomina się o konsekwencjach prawnych takiego użytkowania. Kiedy to wielka firma informatyczna ogłasza, jak bardzo wspiera ideę wolnego oprogramowania lub platformę Linuxa, wszelako klejnoty rodowe swojego oprogramowania trzyma w postaci kodu zamkniętego. Sprzedaje się marketingowo romantyczną legendę, bo każdy lubi być po jasnej stronie mocy. A ci, którzy wierzą w wolnościowy charakter procesu powstawania wszelkiego oprogramowania open source, uwiarygodniają ofertę ideologicznie oraz stanowią najbardziej widoczną grupę głosicieli Nowego Porządku.

Praktyka wykazuje, że kryteria wyboru oprogramowania w biznesie są zdecydowanie mniej "ideolo" niż prorocy wieszczą. Liczba tych, którzy wybierają romantyczną drogę prowadzenia IT wcale nie jest tak wielka, by głosić zmianę paradygmatu dla przemysłu software'owego. Producenci, tacy jak Microsoft czy Oracle, miewają się znakomicie. Liczba klientów, którzy postawili na wolne oprogramowanie, a teraz bogatsi o różne doświadczenia wracają do klasycznego oprogramowania, jest spora. W Polsce i na świecie, w zastosowaniach komercyjnych i w administracji rządowej. Właśnie porzucają to, na co "przechodzi cała Europa". Jak Unilever, jak brukselska policja, jak miasto Turku, jak Pracuj.pl. I coraz chętniej opowiadają, że trawa nie jest aż tak zielona po tamtej stronie łąki.

Legendy są piękne - brzydkie kaczątko zmienia się w pięknego łabędzia. Życie jest prozaiczne i racjonalne - kaczor to kaczor. Klienci codziennie dokonują wyboru. Czasem romantycznie, ale przeważnie rozważnie.

Michał Jaworski jest od 11 lat pracownikiem Microsoftu w Polsce. Opinie przedstawione w tekście nie są stanowiskiem Microsoftu, a jedynie autora.

<sup>(1)</sup>Odpowiedzialność użytkownika oprogramowania open source: "Ryzyko występujące po stronie użytkownika dotyczy przede wszystkim naruszenia praw autorskich osób trzecich. Jeżeli bowiem, wbrew zapewnieniom, okaże się, że autorskie prawa majątkowe (eksploatacyjne) do uzyskanego programu przysługują osobie trzeciej (a więc nie temu, od kogo użytkownik program uzyskał), wówczas użytkownik odpowiada za wszelkie naruszenia praw do tego programu wobec braku w przepisach ustawodawstwa autorskiego szczególnych postanowień o nabyciu w dobrej wierze". Janusz Barta, Ryszard Markiewicz "Oprogramowanie open source w świetle prawa. Między własnością a wolnością", Wyd. I. Zakamycze 2005, str. 190


TOP 200