Robot z palcem na spuście

Jakie są konsekwencje automatycznego tradingu na giełdach, widzieliśmy ostatnio na Wall Street, który "cudem" uniknął krachu.

We wrześniu 2009 r. na łamach Computerworld ("Inwestycje w milisekundę, CW 32/2009) opisaliśmy praktykę zwaną HFT (High Frequency Trading) polegającą na uprzywilejowaniu banków inwestycyjnych w czasie dostępu do informacji o zleceniach dużych inwestorów. Dzięki temu banki mogły w przeciągu milisekund składać zlecenia odkupu po niższej cenie i odsprzedaży po wyższej - zarabiając pojedyncze centy na transakcjach. Zarzut postawiony w artykule polegał na nieprzejrzystości rynku. "Programy komputerowe, jak wiemy, mają to do siebie, że czasami wymykają się spod kontroli. Decyzje, które dzisiaj systemy podejmują ku pożytkowi banków, jutro mogą się obrócić przeciwko nim" - pisaliśmy wtedy.

Jak prorocze były to słowa, pokazały zdarzenia z czwartku, 6 maja br. Wielkie zlecenie sprzedaży akcji koncernu Procter & Gamble sprawiło, że ich cena spadła w ciągu kilku minut z 62,12 USD do 39,37 USD. Taki spadek był prawdopodobnie skutkiem błędu popełnionego przez któregoś z maklerów. Ale zadziwiająca była reakcja giełdy - w jednej chwili na łeb, na szyję zaczęły spadać ceny innych walorów. W ciągu kilku minut wartość akcji Apple spadła o 22%, 3M o 21%, a Accenture - z 40,13 USD do 0,01 USD - słownie: jednego centa! Indeks NASDAQ stracił ok. 9% - co przy kapitalizacji rynku (przed rokiem 2 bln USD) oznacza, że z giełdy "wyparowało" kilkadziesiąt miliardów dolarów.

Ludzie, których nie było

Czy maklerzy zapadli na zbiorową halucynację? Czy stracili wszyscy naraz głowę i poddali się panice? Nie, odpowiedzialni nie są ludzie, a programy generujące tzw. zlecenia stop-loss. W giełdowej terminologii określenie to opisuje dyspozycję sprzedaży poniżej aktualnego kursu, którym inwestor zabezpiecza się przed nagłymi spadkami. Giełda NASDAQ (i wiele innych) jest na bieżąco monitorowana przez zaawansowane oprogramowanie. Błędne zlecenie na akcje Procter & Gamble zostało zinterpretowane jako paniczna wyprzedaż waloru. System monitorujący transakcje uznał ją za wstęp do większej przeceny, obejmującej inne akcje.

W nerwowej atmosferze tego tygodnia (trzeba pamiętać, że 6 maja ministrowie finansów strefy euro debatowali nad pakietem pomocowym dla Grecji) komputery wygenerowały mnóstwo zleceń stop-loss. A z każdym kolejnym odczytywanym zleceniem innych systemów (które reagowały wedle podobnego algorytmu) utwierdzały się w przekonaniu, że rynek spada. Nastąpiła klasyczna reakcja łańcuchowa i po chwili z NASDAQ przeniosła się na "starszego brata", giełdę NYSE, bijące serce amerykańskiej gospodarki.

Po paru minutach wszystko wróciło do normy, ale amerykański regulator SEC oraz władze obu giełd wszczęły dochodzenie. Ciekawy jest nie sam mechanizm, bo ten jest znany i to od dawna, a prędkość jego zadziałania oraz lawinowy efekt rozlewający się poza jeden rynek. Zdarzenia, które przez chwilę pachniały krachem giełdowym, większym od "czarnego poniedziałku" w 1987 r., zaszły nieomal bez udziału człowieka.

Niewidzialna ręka rynku czy robota?

W ten oto sposób 6 maja świat inwestycji giełdowych obudził się w posthumanoidalnym Handlu 2.0, przypominającym bardziej literaturę science fiction niż rzeczywistość sprzed dwudziestu lat. Na razie zadziałały bezpieczniki giełdy, przy których prawdopodobnie siedział tzw. interfejs białkowy, czyli żywi ludzie. Na szczęście byli wyposażeni w narzędzia, wiedzę i kompetencje decyzyjne, które pozwoliły szybko przywrócić stabilność kursom i wycofać pechowe transakcje. Ale wszyscy uświadomiliśmy sobie, że na parkietach (jakkolwiek to słowo dziś rozumieć...) mnóstwo jest programów, które podejmują ryzykowne strategie dla portfeli wartych miliardy, w ciągu pojedynczych milisekund. Klasa programów opisanych we wrześniowym artykule, czyli HFT, nie ma charakteru niszowej ciekawostki, a jest zdolna urządzić małe trzęsienie ziemi.


TOP 200