Pułapka pośpiechu

Łudzimy się, że pracując intensywnie i żyjąc w pędzie, czynimy swoje życie bogatszym, wartościowszym, bardziej emocjonującym. Czasem, goszcząc w małych miastach lub we wsiach, widywałam ludzi siedzących bezczynnie na progu swego domu czy na ławeczkach w zacisznych miejscach. Myślałam wtedy o nich nie najlepiej, że marnują czas, że nie pracują, że nic nie budują, że nie pozostawią po sobie nic wartościowego, że przez ich brak zapobiegliwości nie dadzą dzieciom stosownego wychowania. Trochę im współczułam, że życie mają takie ubogie i w sensie materialnym, i - jak sądziłam - duchowym, a trochę się ich bałam, bo wszak tylko los sprawił, że urodziłam się gdzie indziej i mogę żyć inaczej. Styl życia nie był zatem całkowicie moim wyborem, a ja nie lubiłam, gdy okoliczności mi to uświadamiały. Chciałam być autorką samej siebie.

Łudzimy się, że pracując intensywnie i żyjąc w pędzie, czynimy swoje życie bogatszym, wartościowszym, bardziej emocjonującym. Czasem, goszcząc w małych miastach lub we wsiach, widywałam ludzi siedzących bezczynnie na progu swego domu czy na ławeczkach w zacisznych miejscach. Myślałam wtedy o nich nie najlepiej, że marnują czas, że nie pracują, że nic nie budują, że nie pozostawią po sobie nic wartościowego, że przez ich brak zapobiegliwości nie dadzą dzieciom stosownego wychowania. Trochę im współczułam, że życie mają takie ubogie i w sensie materialnym, i - jak sądziłam - duchowym, a trochę się ich bałam, bo wszak tylko los sprawił, że urodziłam się gdzie indziej i mogę żyć inaczej. Styl życia nie był zatem całkowicie moim wyborem, a ja nie lubiłam, gdy okoliczności mi to uświadamiały. Chciałam być autorką samej siebie.

Dzisiaj nie widuję już ludzi przycupniętych i zamyślonych, ludzi o twarzach nieodgadnionych. Starsi wymarli, a młodsi mają zajęcie, może nie zawsze jest to praca, ale zawsze coś do wykonania. Nieruchomi na ulicy pozostali tylko żebracy i alkoholicy.

Ale dzisiaj nie mam też już takiego przekonania jak kiedyś, że życie jest tym pełniejsze i bardziej satysfakcjonujące, im bardziej wypełnia je praca, różnorodne przedsięwzięcia, gorączkowa aktywność. Wcale nie jestem pewna, czy wszystkie te "bardzo ważne" sprawy mają istotne znaczenie dla jakości mojego życia. Może w jakimś ostatecznym rozrachunku coś wnoszą do świata, do społeczności, w której żyję, ale jest to tak nikła cząstka, że nie wiem czy warta ceny mojego życia. A ceną jest zanik poczucia, że każdy dzień ma naprawdę 24 godziny, a tydzień siedem długich dni, a rok aż 365 dni.

Chciałabym mieć poczucie, że godzina to kawał czasu, moje życie to nie jedna chwilka, lecz niezmierzona przestrzeń czasu, której koniec ginie na granicy moich wyobrażeń. Ceną za życie aktywne jest utrata poczucia upływu czasu, brak przeżywania czasu. Przeżywamy intensywnie to, co się zdarza, a nie to, że jesteśmy. Czasem myślę, że ta ułomność, ta niemożność przeżywania upływu czasu nie tylko zubaża nas jako ludzi, ale też obniża jakość naszych działań. Wszak możemy dać z siebie tylko to, co jest w nas. Gorączkowość i pośpiech mają ukryć pustkę i jałowość wysiłku. Często patrząc na efekty naszej pracy nie możemy się nadziwić, że są tak niewspółmiernie małe w stosunku do wysiłku. Może to jest przyczyna.

Ostatnio byłam na seminarium dotyczącym zarządzania personelem. Tam jeden mądrala wytrząsał się nad pracownikami, co to "w poniedziałek myślą jak wytrwać do wtorku, a we wtorek do środy itd.". Pewno, że z punktu widzenia firmy jest to wielki problem. Ci pracownicy nie mają wewnętrznej motywacji do pracy i tak naprawdę nic ich do niej nie zmusi. Może się w nich odezwał instynkt samozachowawczy i chcą jakoś zatrzymać czas przepływający im między palcami? A tak naprawdę pewno są ludźmi, którzy pogubili się w dzisiejszej rzeczywistości: nie potrafią się ani zachwycić intensywną pracą, ani zamyślić na progu swego domu. Zarządzanie nie ma nic do zrobienia w sprawie poszukiwania sensu życia i nie należy się ośmieszać, powierzając mu takie zadania.

Słuchałam też innego "specjalisty" od duszy ludzkiej, który twierdził, że kariera jest równoznaczna z samorealizacją. Żeby się zrealizować, trzeba najpierw wiedzieć, kim się jest, a czy tego można się dowiedzieć, dążąc do sukcesów? Sukcesy są na pokaz, sukcesy są instrumentem zdobywania dóbr i uznania, sukcesy są dowodem naszej inteligencji i zaradności, ale czy sukcesy odzwierciedlają nas samych, nasze "ja"? Odzwierciedlają nasze wyobrażenie o tym, jacy powinniśmy być, a nie to, jacy jesteśmy. No tak, ale co jest ważniejsze: nasze własne wrodzone "ja" czy "ja" pożądane przez środowisko, w którym żyjemy, "ja" wyuczone? Gdzie jest granica między egoizmem a szacunkiem dla siebie?

Nie wiem, pewnie ustalamy to przez całe życie, na ogół bez powodzenia. Bo kto nam powie, że właśnie osiągnęliśmy równowagę?

Ale wiem na pewno, że jeśli człowiek jest tak zapracowany, że idąc w poniedziałek do pracy, marzy, żeby mieć to już za sobą i żeby był piątek wieczór, to - żeby nie wiem co zdziałał przez ten tydzień - i tak będzie to tydzień zmarnowany w jego życiu.