Przezorność godziwych

Jako partnerów do biznesu trzeba dobierać sobie firmy, które dobrze traktują własną załogę, w przeciwnym bowiem razie ich wewnętrzne kłopoty staną się naszym udziałem.

Jako partnerów do biznesu trzeba dobierać sobie firmy, które dobrze traktują własną załogę, w przeciwnym bowiem razie ich wewnętrzne kłopoty staną się naszym udziałem.

Niedawno jeden z menedżerów informatyki powiedział mi rzecz, która najpierw mnie tylko zdziwiła. Teraz - po dłuższym zastanowieniu - twierdzę, że zwiastuje nową epokę w stosunkach między firmami. Otóż pytałam o to, czym się kieruje, wybierając nie tyle produkt, ile firmę, która go będzie instalować albo wdrażać, albo serwisować, albo wykonywać jeszcze inną usługę. Długo mi opowiadał o swoich zasadach, wręcz wzorowych: o kompetencji, wiarygodności i potencjale partnera, aspektach prawnych i finansowych, nadzorze zarządu itd. Można by z tego napisać podręcznik. A na koniec dodał tę zasadę szczególną: "To wszystko oczywiście musi być. Ale tak naprawdę o tym, czy warto z kimś współpracować czy nie, przesądza jego stosunek do własnej załogi. Jeśli ktoś źle traktuje swoich pracowników, nie szanuje ich, źle im płaci, to na pewno ma kłopoty - z jakością, solidnością, frustracją ludzi itd. Kupując jego usługę lub produkt, kupujemy również te jego kłopoty. Ja najchętniej zapisałbym w umowie, że partner stosuje stawki godziwe - z podaniem wysokości - w stosunku do pracujących u nas specjalistów".

O ile wiem, nie udało mu się zawrzeć żadnej umowy z takim zapisem, ale i tak dostawców wybrał po przeprowadzeniu własnego, nieformalnego wywiadu, jak kształtują się stosunki między kadrą zarządzającą a załogą i czy ludzie są w miarę zadowoleni ze swoich wynagrodzeń. Po raz pierwszy spotkałam się z taką praktyką, ale jej namiastki obserwowałam już w wielu przypadkach. Było to takie ukradkowe podglądanie, jak układa się współpraca między prezesem a dyrektorem finansowym, między działem sprzedaży a działem konsultingu, między działem produkcji a działem serwisu. Ocena tej sytuacji jednak w zasadzie nie miała wpływu na decyzję o nawiązaniu współpracy czy zawarciu kontraktu i nie wiązano jej z szansami na powodzenie podejmowanego przedsięwzięcia. Czy nadchodzą czasy, że to się zmieni?

Myślę, że taką zmianę - bardzo pożądaną - będzie trudno uzyskać. Głównym powodem jest specyficzny stosunek zarządów do własnych pracowników. Z jednej strony traktują ich dosyć cynicznie jako najemną siłę roboczą, jeden z wielu zasobów firmy. Nawet jeśli wiedzą, że jest to zasób bardzo wartościowy, że jego jakość przesądza o konkurencyjności firmy, to jednak motywują pracowników w sposób formalny i zimny. Dają im po prostu mniejsze lub większe pieniądze, awansują bądź degradują, wysyłają na szkolenia lub nie itd. Z drugiej jednak strony dla menedżerów posiadanie podwładnych, posiadanie "pod swoimi skrzydłami" podległych pracowników ma również silne znaczenie emocjonalne. Czują się trochę jak "przywódcy stada" i mają takie odruchy. Oni mogą ze swoimi ludźmi robić, co im się podoba, ale wara innym od ingerowania w te stosunki. Istnieje niepisana umowa, że firmy nie wtrącają się do wewnętrznych spraw swoich partnerów, przez wewnętrzne sprawy rozumiejąc nie wielkie tajemnice handlowe, ale właśnie nieformalne i formalne układy ludzkie. Ta sprawa jest wyznacznikiem suwerenności zarządu. To bardzo ciekawy aspekt zarządzania firmą. O ile inne jej ważne sprawy mogą być ujawnione, np. podczas sprawdzania wiarygodności i ewentualnie poddane negocjacji, o tyle stosunki międzyludzkie nie podlegają takiemu badaniu.

Ale przecież dzisiejsze czasy recesji, zaostrzonej konkurencji obaliły już niejedno tabu. Nikt nie chce "kupować problemów" wynikających z niezadowolenia pracowników dostawcy produktów czy usług. Czyżby w tym przypadku kapitalizm cywilizował stosunki międzyludzkie?


TOP 200