Przepis na spokój

Czasami lepiej dziesięć razy się zastanowić, zanim cokolwiek się zrobi. Wręcz powiedziałbym, że nic nierobienie wychodzi często lepiej niż działanie. No i rzecz jasna, jest znacznie mniej męczące. I gdyby tak Lokalny Informatyk zastanowił się, zanim wykona jeden czy drugi krok, mniej miałby rozterek i zwątpień. No, ale skoro jest w gorącej wodzie kąpany, trudno, niech cierpi.

Czasami lepiej dziesięć razy się zastanowić, zanim cokolwiek się zrobi. Wręcz powiedziałbym, że nic nierobienie wychodzi często lepiej niż działanie. No i rzecz jasna, jest znacznie mniej męczące. I gdyby tak Lokalny Informatyk zastanowił się, zanim wykona jeden czy drugi krok, mniej miałby rozterek i zwątpień. No, ale skoro jest w gorącej wodzie kąpany, trudno, niech cierpi.

Pewnego razu Lokalny Informatyk otrzymał e-mail. Było w nim o promocji. Firma dostarczająca usługi Internetu ogłaszała, że można w najbliższym czasie zakupić modem i otworzyć konto za wręcz symboliczną opłatą. Lokalny Informatyk, jako osoba w miarę zorientowana w stanie komputeryzacji firmy, wiedział, że firmie na nic takie promocje, bo Internet już jest. Ale jego gołębie serce podszepnęło mu, że może ktoś z pracowników prywatnie byłby zainteresowany takim nabytkiem. Długo nie myśląc, wykonał forward poczty do punktu centralnego w firmie, czyli Przybocznego Asystenta Zarządu. "Niech mają informację, może ktoś się zainteresuje" - pomyślał. Na drugi dzień szczęka mu opadła, gdy w swej porannej poczcie otrzymał z powrotem sforwardowany przez Przybocznego swój forward z dnia poprzedniego. "Widać jestem sercem, trzonem i sednem wszystkich spraw komputerowych w firmie" - pomyślał. Tym sposobem do Informatyka Lokalnego trafiały wszelkie kwestie z komputerami związane, zarówno te przychodzące z zewnątrz, jak i te, które sam rozsyłał. Aby przerwać to błędne koło, postanowił zastawić pułapkę i już z niej zdobyczy nie wypuszczać.

Otóż pewnego razu Zarząd przesłał pod jego adres reklamę firmy, co to w Internecie odpłatny serwis informacyjny świadczyła. Serwis nie dotyczył bynajmniej w najmniejszym stopniu informatyki czy komputerów, ale normalnych spraw - takich więcej życiowych. W związku z powyższym Zarząd pisemnie zapytywał Lokalnego Informatyka, czy też chcą oni (to znaczy Zarząd) ten serwis mieć, czy też nie. Ponieważ Informatyk Lokalny nie jest jasnowidzem i nie wie, czy Zarząd chce mieć i czy ten Zarząd interesują bieżące sprawy notowań akcji na giełdach światowych, w związku z czym nie mógł wypowiedzieć się co do sensowności skorzystania z reklamowanej oferty. Nauczony doświadczeniem i bojąc się, że w przypadku, gdyby odesłał Zarządowi pismo z odpowiedzią treści: "To Zarząd powinien zdecydować, czy takie informacje są mu przydatne", sprawa mogłaby do niego wrócić z komentarzem: "Proszę o stwierdzenie, czy Zarządowi te informacje są niezbędne", pozostawił sprawę ad acta. I ma spokój.

<div align="right">Piotr Schmidt (agent zakładowy)</div>


TOP 200