Przepaść czy tylko opóźnienie

Bogaci wzbogacą się, a biedni jeszcze zbiednieją. Tak mówią krytycy zjawiska cyfrowej przepaści (digital divide), będącej skutkiem nierównomiernego dostępu do komputerów i Internetu. Czy rzeczywiście mają rację?

Bogaci wzbogacą się, a biedni jeszcze zbiednieją. Tak mówią krytycy zjawiska cyfrowej przepaści (digital divide), będącej skutkiem nierównomiernego dostępu do komputerów i Internetu. Czy rzeczywiście mają rację?

Ich zdaniem niezbędne są aktywne działania rządów, by przepaść tę zasypać. Przeciwnicy interwencjonizmu oponują, dowodząc, że na rzekomą przepaść najlepszym lekarstwem jest wolny rynek, że wystarczy spojrzeć na przykłady z historii. Trwająca od wielu lat dyskusja zyskała ostatnio mocne wsparcie argumentacyjne - wydawnictwo MIT Press opublikowało zbiór ważkich esejów The Digital Divide - Facing a Crisis or Creating a Myth? (Cyfrowa przepaść - w obliczu kryzysu czy kreowania mitu?).

Trudno negować zjawisko "cyfrowej przepaści". Wystarczy spojrzeć na sytuację w Polsce. Na wsi z komputerów korzysta kilkakrotnie mniejszy odsetek osób niż w miastach. Barierą jest zarówno różnica w zamożności (na niekorzyść wsi), jak i brak świadomości, że komputer może być narzędziem cywilizacyjnego awansu. W ślad za tą dysproporcją podąża nierównomierny rozkład wykorzystania Internetu.

Znacznie łatwiej znaleźć internautę wśród mieszkańców miast, a powodem tego jest również ubóstwo wiejskiej infrastruktury telekomunikacyjnej. W efekcie ci, którzy na cyfrowej rewolucji mogliby najwięcej skorzystać, a więc mieszkańcy "prowincji" (Internet mógłby zwiększyć ich szanse edukacyjne i poprawić status na rynku pracy, otwierając furtkę telepracy) znowu są upośledzeni.

Skoro faktu przepaści nie możemy zanegować, powinniśmy uczynić coś, by ją zmniejszyć. W pierwszym odruchu wiele osób stwierdzi, że "rząd musi podjąć jakieś działania". Można więc np. subsydiować dostęp do Internetu mieszkańcom wsi, można rozdawać bezpłatne komputery itp. Listę działań interwencyjnych można dowolnie wydłużać. Bliższa ich analiza sprowadzi je wszystkie do wspólnego mianownika: są to typowe działania redystrybucyjne, czyli mówiąc językiem potocznym - polegające na zabieraniu bogatym, by dać biednym. Taki akt jawnej grabieży musi wzburzyć rzeczników opcji wolnorynkowej.

Lekarstwo w wolnym rynku

Oni również nie negują zjawiska cyfrowej przepaści. Ale twierdzą, że tylko wolny rynek może uzdrowić sytuację. Z kilku względów. Najważniejszy to ten, że urzędnicy działający w imieniu państwa nigdy nie działają optymalnie i czynią więcej szkody niż pożytku. Tu warto wspomóc argumentację uwagami z The Digital Divide. Milton Mueller z Syracuse University przekonuje, że dla rozwoju infrastruktury znacznie ważniejsze są konkurencja i klimat sprzyjający inwestycjom niż polityka egzekwowania tzw. usługi powszechnej. Przyjmując, że taką usługą powszechną ma być np. dostęp do Internetu, państwo zobowiązuje się w ramach doraźnych działań interwencyjnych prędzej czy później zapewnić Internet wszystkim obywatelom (pamiętamy, jak wyglądała w latach 80. realizacja akcji "telefon dla każdego"). Polityka usługi powszechnej okazała się - zdaniem M. Muellera - nieefektywna nawet w bogatych Stanach Zjednoczonych, w których telefonizacja wsi postępowała znacznie szybciej w warunkach konkurencji niż protekcji państwa.

Sama jednak niewiara w efektywność państwowego interwencjonizmu to tylko jeden z argumentów liberałów przeciwko zaangażowaniu państwa w upowszechnienie Internetu. Kolejnym jest przekonanie, że jeśli już wspierać, to jedynie dojrzałe technologie, a nie rozwiązania, mające charakter de facto testowy. Co by się stało, gdyby w drugiej połowie XIX w. rząd USA uznał, że wszyscy Amerykanie powinni mieć powszechny dostęp do telegrafu (pamiętajmy, że w sensie logicznym był to ekwiwalent dzisiejszego Internetu, który zrewolucjonizował działanie rynków finansowych i informacyjnych)? Prawdopodobnie nie rozwinęłaby się tak szybko telefonia, wynalazek o 40 lat późniejszy od telegrafu. Nie trzeba jednak gdybać, wystarczy spojrzeć na Francję, która zafundowała sobie system Minitel. W latach 80. Francuzi byli znacznie bardziej "usieciowieni" niż reszta świata (włącznie z USA), potem jednak pozostali w tyle z przestarzałą, zamkniętą technologią. Typowy przypadek zjawiska, które określa się mianem technology lock (zamknięcia technologicznego) - jak mawiają ekonomiści.

Najbardziej jednak za wolnym rynkiem przemawia argument Stanów Zjednoczonych. Z The Digital Divide wynika jasno, że problem cyfrowej przepaści jest w tym kraju nieaktualny, mimo braku działań interwencyjnych. Rozwarstwienie z każdym miesiącem zmniejsza się, grupą, w której najszybciej przybywa komputerów podłączonych do Internetu są Hiszpanoamerykanie, jeszcze przed dwoma laty pokazywani przez lewicowych publicystów jako sztandarowy argument dowodzący niesprawności amerykańskiego kapitalizmu. Statystyki mówią również, że wbrew pozorom najbardziej zinternetyzowani nie są wcale "uprzywilejowani" biali mieszkańcy USA, lecz przybysze z Azji (nasycenie komputerami zbliżone do odbiorników TV). Dlaczego tak się dzieje, dlaczego przepaść zmniejsza się, zamiast powiększać, jak chcieliby lewicowi krytycy wolnego rynku? Na pytanie to odpowiedział już w połowie ubiegłego wieku francuski ekonomista Frédéric Bastiat w dziele Les Harmonies Économiques, w którym dowodził wbrew innym teoretykom, że wolny rynek sprzyja wzrostowi dobrobytu zarówno kapitalisty, jak i robotnika, a ponadto dysproporcja w dochodach uzyskiwanych przez jednego z pracy, a drugiego z kapitału z czasem się zmniejsza.

Pytanie zasadnicze

W dotychczasowej dyskusji przyjmowaliśmy jako pewnik, że cyfrowa przepaść istnieje (dowodzą tego liczby). Milcząco zakładaliśmy również, że Internet i komputery są dobre dla wszystkich i z tego właśnie względu przepaść należy zasypywać. Czy tak jest jednak naprawdę? Benjamin M. Compaine z Massachusetts Institute of Technology i Mitchell J. Weinraub z Digital Media Center w AT&T stawiają w The Digital Divide zasadnicze pytanie, czy dostęp do zaawansowanych usług telekomunikacyjnych i informacyjnych będzie warunkiem uczestnictwa w społeczeństwie przyszłości? Czy będzie to tylko medium podobne do radia lub telewizji?

Dla tych, którzy już dzisiaj zżyli się z Internetem, takie postawienie problemu wydaje się absurdalne, bo nie wyobrażają sobie życia bez tego medium. Tyle tylko, czy jest to wyraz prawdziwej potrzeby, czy jedynie uzależnienia? Neil Postman, wybitny amerykański intelektualista, autor wydanej niedawno w Polsce książki W stronę XVIII stulecia, nie ma wątpliwości: informatyzacja szkół jest marnowaniem pieniędzy. Środki zużyte na zakup komputerów i dostęp do Internetu lepiej przeznaczyć na wzrost wynagrodzenia nauczycieli, by z większą chęcią uczyli swych podopiecznych myślenia. Technika na wiele tu się nie przyda.

N. Postman uparcie demaskuje we wszystkich swych pracach puste zauroczenie techniką, zmuszając do uczciwej refleksji: co tak naprawdę jest nam potrzebne, co powinniśmy wynieść ze szkoły? Umiejętność czyta- nia - na pewno, bo nierozerwalnie łączy się z myśleniem. Ale czy potrzebujemy tych wszystkich gadżetów, których niezbędność przepowiadają guru z Silicon Valley?

Prosty pozornie problem bardzo się skomplikował. Kwestią jest już nie samo pytanie, jak zasypywać przepaść, ale zasadnicza kwestia, czy w ogóle to czynić. Znowu okaże się, że najlepszym rozwiązaniem stanie się opcja wolnorynkowa. Jeśli rzeczywiście Internet będzie niezbędnym dla wszystkich elementem infrastruktury, to konkurencja między dostawcami w konfrontacji z realnym popytem doprowadzi do szybkiego i taniego upowszechnienia się sieci. Państwo nic nie straci, a w przypadku sukcesu może tylko zyskać. Owszem, początkowo, jak zauważa to w tekście Komu bliżej do e-świata (CW nr 30/2001) Kazimierz Krzysztofek, dostęp do technologii będą mieli uprzywilejowani, z czasem jednak nastąpi dyfuzja do reszty społeczeństwa. Jak pokazuje The Digital Divide, tak było z telefonem, samochodem, radiem i telewizją. Nie ma powodu, by inaczej stało się w przypadku Internetu.

Cyfrowa przepaść i globalizacja

O ile można mieć pewność, że skoro opcja wolnorynkowa zadziałała w Stanach Zjednoczonych, o tyle będzie funkcjonować również w Polsce (chociaż oczywiście Internet nie ruszy u nas dopóty, dopóki rynek telekomunikacyj-ny będzie zmonopolizowany). Trudno z równym przekonaniem udzielić tej samej odpowiedzi w kontekście globalnym. Przyczyny tych trudności przedstawia Kazimierz Krzysztofek, wprowadzający do kwestii cyfrowej przepaści kolejny stopień złożoności. Otóż dla wielu krajów dyskusja o Internecie nie toczy się wokół problemu, czy w ogóle jest potrzebny lub jak dostęp do niego umasowić. Internet jest potrzebny, by istnieć w globalnej gospodarce, kwestie upowszechnienia zapewne będzie mógł załatwić wolny rynek. Jaka jednak siła zapewni, że Internet - technologia z importu od obcej (może nawet wrogiej) cywilizacji nie będzie narzędziem likwidacji kulturowej tożsamości?

Wagę tego dylematu doskonale pokazuje rozpoczęta 11 września br. wojna cywilizowanego świata z fundamentalistycznym terroryzmem. Obie strony starcia nie kryją zrozumienia dla roli najnowszych technik teleinformacyjnych (w sensie zarówno wykorzystania technologii, jak i umożliwianych przez nie procesów zarządzania). Osama bin Laden używa Internetu, by zarządzać swoimi oddziałami i realizować operacje finansowe, działa więc podobnie jak menedżer nowoczesnego przedsiębiorstwa. Globalna, wspólna infrastruktura służy im do tego samego: do podboju świata, choć za pomocą różnych komunikatów.

Wszystko wskazuje na to, że siła bin Ladena i podobnych mu terrorystów kryje się w paradoksie: wiedzą oni, że globalna sieć teleinformatyczna jest niezbędna dla realizacji obłąkanej misji, ale dostęp do niej nie może być powszechny w krajach, nad którymi rozciąga się ich władza. Cyfrowa przepaść jest jed-ną z gwarancji utrzymania tej władzy. Wielu optymistów twierdzi, że wystarczy tylko przepaść zasypać, a terroryści stracą podstawę swego bytu - powszechny dostęp do komunikatu niesionego z cywilizowanego, wolnego i otwartego świata wyzwoli pozytywną energię - większą niż moce konserwowane w ksenofobicznym zamknięciu.

"The Digital Divide" edited by Benjamin M. Compaine, MIT Press, sierpień 2001 r.

<hr>

Autor jest dziennikarzem tygodnika Polityka.


TOP 200