Profesjonaliści do wynajęcia

Jeszcze nie tak dawno temu podejmowanie prac zleconych poza etatem, zwanych fuchami, nie było powodem do dumy. Obecnie, zwłaszcza w dziedzinie informatyki, rośnie zapotrzebowanie na usługi pracowników o wysokich kwalifikacjach zatrudnianych na zasadzie krótkich kontraktów i zleceń.

Jeszcze nie tak dawno temu podejmowanie prac zleconych poza etatem, zwanych fuchami, nie było powodem do dumy. Obecnie, zwłaszcza w dziedzinie informatyki, rośnie zapotrzebowanie na usługi pracowników o wysokich kwalifikacjach zatrudnianych na zasadzie krótkich kontraktów i zleceń.

Zacznijmy od samego terminu. Są prace wykonywane dorywczo, niezbyt starannie i najczęściej ze szkodą dla stałego pracodawcy poprzez wykorzystanie jego materiałów oraz opłaconego przez niego czasu pracy. Fucha, słowo które przyjęło się w Polsce jest pochodzenia niemieckiego (pfuchen - partaczyć). Partanina nie przyjęła się. Stosuje się też rosyjskie słowo chałtura, co odpowiada polskiemu tandeta. Anglosasi używają terminu moonlighting - światło księżyca.

Niektórzy pewnie sądzili, że ten rodzaj pracy jest polską specyfiką, a nawet nie potrafiliśmy wymyślić własnego terminu. Wygląda na to, że Amerykanie czy Niemcy, znani przecież z rzetelności, musieli jakoś nazwać to zjawisko ponieważ było zbyt powszechne.

Od chałturnika do konsultanta

Otrzymywanie coraz większej liczby małych zleceń świadczy o tym, że poprzednie zostały wykonane rzetelnie, a więc nie były typowymi fuchami. W technikach komputerowych źródłem kadr do krótkoterminowych kontraktów są pracownicy instytucji państwowych ale takich, w których jest nienormowany czas pracy i ludzie tam zatrudnieni sporo potrafią. Z tego wynika, że największym skupiskiem tego typu pracowników są w dziedzinach informatycznych oczywiście instytuty naukowe i szkoły wyższe. Pracownicy naukowi z racji posiadanej wiedzy i niskich uposażeń mają nie tylko możliwości, ale i silną motywację do poszukiwania dodatkowych dochodów. Czerpiący wiedzę o życiu głównie z gazet sądzą, że naukowiec może podnieść swoje dochody składając wniosek o przyznanie tak zwanego grantu ze środków KBN (nie jest to skrót od Komitet Byłej Nauki, jak niektórzy sądzą). Przyznanie grantu wiąże się na pewno z prestiżem i pewnymi środkami, ale nie ze wzrostem uposażeń ludzi zatrudnionych przy jego realizacji.

Pracownicy nauki mają tę przewagę nad innymi specjalistami z tej samej dziedziny, że mogą wliczyć do ceny usługi prestiż swojego miejsca pracy (np. Politechnika), a niektórzy jeszcze tytuł naukowy. Są też takie fuchy, w których prestiż i tytuł stanowią cały oraz jedyny wkład naukowca. W przypadku, gdy pracę wykonuje firma prywatna dla innej firmy prywatnej, jest to trochę za mało.

Ruch masowy wymaga organizacji

Zdarza się, że obciążenie dodatkową pracą przekracza poziom pobłażliwości zwierzchnika i trzeba z czegoś zrezygnować. Gdy ktoś ma warunki i odwagę aby zaryzykować utratę stałego zajęcia zakłada własną firmę i z chałturnika staje się konsultantem. W USA zjawisko to jest tak powszechne, że "moonlighters" tworzą nawet nowe organizacje: "Association of Part-Time Professionals", czyli profesjonaliści zatrudniani w niepełnym wymiarze godzin lub dorywczo. Jest też międzynarodowe stowarzyszenie konsultantów technik komputerowych: "International Computer Consultants Association". Wzrost zapotrzebowania na zatrudnianych w tej formie pracowników wynika oczywiście z rachunku ekonomicznego. Nowa grupa zawodowa to specjaliści, których praca w odpowiednim momencie ma bardzo istotne znaczenie dla funkcjonowania firmy, ale nie ma też potrzeby zatrudniania ich na stałe. Dotyczy to szczególnie dziedzin, w których technika komputerowa stanowi ważne narzędzie pracy a nie ozdobę do pokazywania dziennikarzom.

Czy powiedzieć szefowi?

Nie ma mowy. Gdy trafimy do firmy której kierownictwu wydaje się, że tak dobrze płacą i tak dużo jest w niej do zrobienia, że już w kontrakcie umieszczają klauzulę, zobowiązującą przyjmowanego pracownika do niepodejmowania dodatkowych zajęć. Trzymanie się zapisów takiej umowy, najczęściej nie jest dobre ani dla pracownika, ani wbrew pozorom dla pracodawcy, bowiem intelekt używany w jednym środowisku do rozwiązywania podobnych problemów z czasem jałowieje. Niezbyt skutecznymi próbami przeciwdziałania takiemu zjawisku są szkolenia. Wiadomo jednak, że nic tak dobrze nie szkoli jak życie, czyli w tym przypadku praca, choćby dorywcza, nad podobnymi zagadnieniami w odmiennym środowisku.

Gdy klauzuli wyłączności poświęcania swych sił i czasu głównemu pracodawcy nie ma w umowie, to i tak większość pracowników sądzi, że dla ich własnego dobra nie powinni informować szefa o dodatkowym zajęciu. Spodziewają się bowiem, że każde ich niedociągnięcie w stałym miejscu pracy będzie interpretowane jako rezultat zbytniego obciążenia dodatkowymi zajęciami. Czy słusznie? Tak zwane fuchy opłacają się także głównemu pracodawcy. Ważne aby nie było to proste zajęcie rutynowe lecz takie, które rozwija umiejętności i wzbogaca wiedzę. Na przykład szkolenia prowadzone przez etatowego wykładowcę są znacznie lepsze jeżeli pisze on też programy, jest administratorem sieci, czy świadczy usługi doradztwa technicznego różnym firmom. Oczywiście może być również odwrotnie - administrator dużej sieci czy projektant systemów, tylko zyskuje prowadząc kursy ze swojej dziedziny, gdyż zmusza go do usystematyzowania i uzupełnienia swojej wiedzy. Na przykład kursy organizowane przez IBM prowadzą wykładowcy zatrudnieni na stałe gdzie indziej. Zasada ta wynika z oczywistego faktu, że wykładowca powinien cały czas poszerzać swoją wiedzę, rozwiązując na bieżąco praktyczne problemy, a prowadząc wyłącznie kursy, w krótkim czasie straci niezbędne do tego kwalifikacje.

Niekiedy szefowie firm reagują histerycznie gdy dowiedzą się o dodatkowych zajęciach swoich pracowników. Na przykład prezes firmy zajmującej się szkoleniami i sprzedażą oprogramowania miał pretensje do swojego pracownika o to, że ten śmiał napisać książkę związaną z tematyką wykładów, które w tej firmie prowadził, bez uzyskania uprzednio "błogosławieństwa" kierownictwa. Z zemsty nie zgodził się nawet na umieszczenie bezpłatnej reklamy swojej firmy na okładce tej książki. Nie trzeba chyba dodawać, że mowa o polskim "przedsiębiorcy".

Fucha deską ratunku

Wiadomo, że obecnie największym utrapieniem każdego pracownika najemnego jest możliwość utraty pracy. W konkurencyjnej walce w słabszych okresach większość firm szuka oszczędności zwłaszcza poprzez redukcję personelu. Starsi, ale też i młodsi pracownicy muszą liczyć się z możliwością zwolnienia w każdej chwili. Sytuacja pracownika zwalnianego jest niemiła ale nie beznadziejna, gdy równocześnie z zasadniczym zajęciem wykonywał dodatkowe prace poza macierzystą firmą. Jest to chyba najlepsze ubezpieczenie się przed zbyt bolesnymi skutkami nagłej straty stałej pracy. Natomiast gdy ktoś oddaje firmie wszystkie swoje siły, oczekując w zamian lojalności, to staje się ofiarą własnej lekkomyślności i jest sam sobie winien. Tylko nieliczne firmy z tradycjami lub kierowane przez odpowiedzialnych ludzi potrafią w inny sposób złagodzić skutki słabszych okresów niż zwalniając swoich pracowników. Do wyjątków należy na przykład pewne polskie wydawnictwo, w którym kierownictwo, likwidując deficytową działalność "upchnęło" chwilowo pozbawionych zajęcia pracowników w innych działach. Jest to rozwiązanie nie tylko eleganckie ale także na dłuższą metę opłacalne, gdyż w lepszym okresie można skorzystać z własnych, sprawdzonych, a co najważniejsze lojalnych pracowników.