Próba generalna

Obyło się bez fanfar i bicia w dzwony. Po kilku miesiącach przygotowań, w poniedziałek 15 kwietnia, miała miejsce w Warszawie pierwsza po wojnie sesja giełdy papierów wartościowych.

Obyło się bez fanfar i bicia w dzwony. Po kilku miesiącach przygotowań, w poniedziałek 15 kwietnia, miała miejsce w Warszawie pierwsza po wojnie sesja giełdy papierów wartościowych. Kilka godzin wcześniej prezydent podpisał ustawę o obrocie tymi papierami. Do transakcji mogło dojść jedynie dlatego, że podpisana ustawa formalnie jeszcze nie obowiązuje. Gdyby bowiem była już prawem, maklerzy handlujący w poniedziałek akcjami 5 sprywatyzowanych uprzednio spółek skarbu państwa nie mieliby podstaw do używania tego miana, ani też do pojawienia w dawnym gmachu KC na giełdowej sesji. Czekają ich jeszcze wcale niełatwe egzaminy, poprzedzające uzyskanie licencji. Co więcej, reprezentowane przez nich na giełdzie, a afiliowane przy kilku bankach biura maklerskie nie dysponowały pozwoleniem na prowadzenie tego rodzaju działalności. Ustawa przewiduje konieczność uzyskania tych zezwoleń. Wymogi ustalić ma dopiero Komisja Papierów Wartościowych. Ta zaś nie została jeszcze powołana...

W sumie więc mieliśmy raczej do czynienia z próbą generalną giełdy papierów wartościowych, a nie z jej oficjalnym uruchomieniem w majestacie, istniejącego już wprawdzie, ale wciąż jeszcze nie obowiązującego prawa. Przydała się i tym razem - lansowana przez odchodzących w zapomnienie reformatorów naszej gospodarki - zasada: „wszystko co nie jest zabronione - jest dozwolone". Nie zmienia to jednak faktu, że dokonane na giełdzie 15 bm. skromne transakcje są oczywiście ważne.

Chciwi i zazdrośni

Bardziej istotne jest jednak to, że wraz z pierwszymi notowaniami na giełdzie nastąpiło symboliczne wejście polskiej gospodarki w pełny system rynkowy.

Wszystko, co działo się dotychczas, polegało bowiem na aplikacji zasad rynkowych raczej w sferze konsumpcji. Dopiero giełda jako instytucja rynku kapitałowego wprowadza prawa podaży i popytu w sferę akumulacji.

W sposób najbardziej lapidarny obrazuje to zjawisko zmiana znaczenia takiego chociażby terminu jak „inwestor". Dotychczas inwestorem była organizacja wyposażana przez państwo w środki finansowe, której powierzano wybudowanie nowej fabryki, osiedla mieszkaniowego, elementów infrastruktury gospodarczej itp. W tym sensie zmiana znaczenia jednego słowa: „inwestor" jest w istocie rewolucją. Od dziś bowiem z tym pojęciem kojarzyć się ma głównie człowiek, który posiadaną nadwyżkę gotówki zamienia na akcje, obligacje lub inne papiery wartościowe z intencją zarobienia, ale również ze świadomością ponoszonego ryzyka. Z inwestorem w dotychczasowym tego słowa znaczeniu łączy go jedynie to, że powierza on swoje pieniądze innym. W przeciwieństwie jednak do minionego okresu naszej gospodarczej historii , obecny inwestor odzyskał podmiotowość. Będzie powierzał swe pieniądze dobrowolnie, mniemając (niekiedy błędnie), że ci, którym je oddaje, potrafią je lepiej i z większym pożytkiem wykorzystać. O tym, czy jego domniemanie było słuszne, zadecyduje cena papieru wartościowego, na który wydał posiadaną nadwyżkę gotówki. Jeżeli sprawił, że zasiliła ona poczynania sensowne ekonomicznie, cena jego papierów wartościowych będzie rosła szybciej niż wartość pieniędzy, za które je kupił, gdyby zostały zdeponowane na bankowy procent.

Szansa taka istnieje nie tylko dlatego, że pieniądze naszego inwestora pozwoliły np. zwiększyć wytwarzanie poszukiwanego na rynku towaru, a więc przyniosły zysk, którego cząstka zapewne przypadnie mu w udziale. Inwestor zarabia przede wszystkim na trafności decyzji. Skoro jego pieniądze zostały dobrze ulokowane, czyli otrzymał za nie papiery wartościowe prosperującej firmy, inni chcieliby również znaleźć się w podobnej, korzystnej sytuacji. Aby tego dokonać, muszą wejść w posiadanie praw, które przysługują naszemu inwestorowi. Legalnie można to zrobić jedynie kupując takie same papiery wartościowe. Jeżeli nie chce, może trzymać pieniądze w pończosze. Tam jednak, gdzie rynek kapitałowy istnieje na serio, postawy takie są wyjątkowe i irracjonalne. Okazuje się bowiem, że jeśli ktoś nie respektuje reguły „pieniądz robi pieniądz", nie oszczędza i nie lokuje swych oszczędności, zaczyna się niekorzystnie wyróżniać. Co więcej, zjeżdża powoli po społecznej równi pochyłej. Inwestowanie w papiery wartościowe staje się poniekąd przymusem. Dokonywany tą drogą podział dochodu narodowego na konsumpcję i spożycie - jak pokazało doświadczenie - odbywa się w najbardziej sensowny sposób. Niemniej wybitni specjaliści rynku papierów wartościowych twierdzą, że u jego podstaw legły dwie cechy, przysługujące człowiekowi od czasu, gdy zszedł z drzewa: chciwość i zazdrość.

Po co jemy tę żabę

Jeżeli nawet tak jest, to cechy te stały się siłą motoryczną rozwoju gospodarczego. Rynek papierów wartościowych ma bowiem tę szczególną zaletę, że w skali makroekonomicznej pozwala precyzyjnie i optymalnie wykorzystywać zasoby - jak to dawniej mówiono - pracy żywej i uprzedmiotowionej. Istnienie tego t rynku uniemożliwia na dłuższą metę produkowanie bubli nie znajdujących nabywców; bez niego nie można z dużą dozą prawdopodobieństwa określać celowości podjęcia nowej produkcji i weryfikować jej przydatności. Rynek ten w dłuższym okresie stanowi precyzyjnie działający mechanizm niemal codziennego głosowania nad trafnością decyzji gospodarczych, i to głosowania ze strony nabywców. Jeżeli bowiem jakakolwiek firma traci klientelę i zaczyna prosperować, gorzej odbija się to natychmiast na wartości jej akcji. Spadająca cena akcji powoduje, że wypuszczenie nowych wiąże się z ryzykiem nieznalezienia chętnych do ich kupna lub że trzeba będzie zaoferować je zbyt tanio, aby wpływy pozwoliły wybrnąć z kłopotów.

Otwarcie giełdy (jakakolwiek by ona na razie była) urasta do rangi symbolu również w tym sensie, że oznacza początek czasów, w których nie pomoże już dobrze umotywowany wniosek do ministra, bądź wystarczająco silne lobby w odpowiednich organach. W dłuższym okresie utrzyma się na powierzchni tylko ten sposób wydatkowania ludzkiej energii, który rzeczywiście służy bezpośrednio zaspokajaniu potrzeb. Giełda pełni więc również rolę pośrednika optymalizującego wydatkowanie ludzkiej pracy. Dzięki niej wcześniej czy później każde nieekonomiczne lub nieracjonalne działanie zostaje zastopowane. W ten właśnie sposób chciwość i zazdrość nazywane znacznie ładniej pomnażaniem zysków oraz konkurencją dają skutki, których zazdrościmy naszym zachodnim sąsiadom.

Ty mi pieniądze, a ja tobie... impuls elektryczny

Giełda papierów wartościowych to instytucja szczególnego rynku. Prof. Marek Boruń z Gradu-ate School of Business Administra-tion w Nowym Jorku, który był najważniejszą a zarazem najbardziej barwną postacią wśród wykładowców na pierwszym po wojnie kursie maklerów giełdowych (w lutym i marcu tego roku), zwykł żartować, iż giełda stanowiła niegdyś miejsce, gdzie głupi zamieniali pieniądze na papier, a mądrzy odwrotnie. Dziś głupi są jeszcze głupsi, zamieniają bowiem pieniądze na coś znacznie mniej materialnego od papieru, a mianowicie na impulsy elektryczne. Komputery zmieniły radykalnie oblicze giełdy, można powiedzieć, że wręcz pozbawiły ją oblicza. To, co tak efektownie pokazywano w dziesiątkach filmów i opisywano na kolumnach gazet, to co sprawiało, że makler giełdowy po 10 latach pracy miał do wyboru, albo emeryturę albo zawał, cały ów nieprawdopodobny zgiełk i gwar, jaki powstawał w momencie otwarcia notowań i który tylko niezorientowanym kojarzył się z kwintesencją chaosu, wszystko to odchodzi w przeszłość. Dziś makler firmy w Glasgow, o ile jest członkiem giełdy londyńskiej (on sam lub jego firma), może bez ruszania się zza biurka dokonać transakcji na znajdującym się setki kilometrów od niego parkiecie giełdy. Transakcja ta odnotowana zostanie w co najmniej trzech pamięciach: na twardych dyskach komputerów u maklera kupującego i maklera sprzedającego oraz w pamięci centralnego komputera zainstalowanego na giełdzie. Od momentu przesłania na giełdę zlecenia kupna lub sprzedaży do chwili zawarcia transakcji, czyli skojarzenia partnerów, mijają dziś ułamki sekund.

System SEAQ (Stock Exchange Automated Ouotations), funkcjonujący na giełdzie londyńskiej kosztował ok. 17 mln funtów. Chodzi tu przy tym tylko o urządzenia i ich oprogramowanie, zainstalowane na samej giełdzie. Koszt urządzeń peryferyjnych i komputerów (w praktyce PC-tów) w firmach maklerskich musiały pokryć one same. Warto dodać, że wejście w system SEAQ jest obowiązkowe dla wszystkich pragnących zawierać transakcje na parkiecie w Londynie. Komputery oznaczają nie tylko "nową technologię " operacji giełdowych. Ustawione w wyspecjalizowanych biurach doradców finansowych, na biurkach ludzi specjalizujących się w zarządzaniu portfolio (pakietem akcji dobranym zgodnie z celem, jaki stawia inwestor, i stopniem ryzyka, na jakie może sobie on pozwolić), przechowują informacje o wszystkich notowaniach papierów wartościowych w ciągu ostatnich kilku, a nawet kilkunastu lat. Gromadzą informacje o dacie wypłaty dywidendy przez emitenta danej akcji, częstokroć korygują

też na bieżąco strukturę właści cieli akcji, zwłaszcza gdy daje się zaobserwować ich koncentracja w jednych rękach. W większych firmach, które aspirują do miana analityków rynku kapitałowego, komputery dokonują również tzw. analizy fundamentalnej, czyli ocen kondycji finansowej spółek emitentów akcji notowanych na giełdzie, określają zintegrowany poziom notowań, dokonują skomplikowanych obliczeń z zakresu rachunku prawdopodobieństwa itp. Wszystko to ze skutkiem identycznym jak w roku 1812, kiedy po raz pierwszy w Londynie odbyło się notowanie giełdowe: jedni tracą a drudzy zyskują...

Wszystko przed nami, czyli z wężem w kieszeni

Trudno odpowiedzieć na pytanie, czy po blisko 50 latach realnego socjalizmu i zaledwie po roku tworzenia gospodarki rynkowej nasz rynek kapitałowy potrzebuje najbardziej nowoczesnych narzędzi i „technologii", czy też powinny mu wystarczyć takie, jakimi posługiwano się przed stu siedemdziesięciu laty. Pytanie wbrew pozorom - nie jest wcale retoryczne. Nie można wprowadzić na giełdę byle jakiej techniki komputerowej i byle jakiego, być może użytecznego, ale narażonego na ewentualność awarii sprzętu. Tu bowiem wchodzą w grę nie tylko pieniądze, i to w dodatku cudze, ale budowanie zaufania do czegoś, co jest w naszej gospodarce nowe, a co równocześnie ma symbolizować jej sprawność. Inwestor może wprawdzie popełnić błąd, zlecając dokonanie takiej czy innej transakcji, ale zarówno makler, jak i pośrednio giełda muszą wykonać co do joty polecenie klienta. Za wszelkie błędy odpowiadają własnym majątkiem. Tu niczego nie daje się cofnąć ani stornować, tu nie można wyrównać rachunków, jak w przypadku komputerowych błędów przy opłatach za gaz, elektryczność lub czynsze. Z kolei najwyższej klasy urządzenia kosztują. Nie stać na nie jeszcze co najmniej kilku giełd na świecie, i to giełd o dłuższych tradycjach, a przede wszystkim o znacznie większych obrotach.

Obroty są tu czynnikiem decydującym, zgodnie zresztą z porzekadłem „kto handluje - ten żyje". Tak się bowiem przyjęło, że dochody giełdy są wprost proporcjonalne do dochodów maklerów a te do liczby i skali zawartych transakcji. Giełda może oczywiście zażądać od firm maklerskich wysokich udziałów, uprawniających do występowania na jej parkiecie i stworzyć sobie z tego niemały kapitał początkowy. Nie wydaje się to jednak najlepszym sposobem w sytuacji, gdy na razie zaledwie 5 firm wypuściło notowane na giełdzie akcje, a ich posiadacze nigdy przedtem nie operowali papierami wartościowymi. Wysokie „wpisowe" na giełdę

może się maklerom w tej sytuacji po prostu nie zwrócić, a bez maklerów giełda nie istnieje. W tej sytuacji instalacja kosztownych urządzeń komputerowych przypominałaby nieco stawianie wozu przed koniem.

Wszystko przed nami, czyli druga strona medalu

Czy o komputeryzacji należy po prostu zapomnieć, skoro giełdy na nią nie stać? System obrotów papierami wartościowymi, a zwłaszcza sposób ich księgowania i przemieszczania, aż prosi się o komputery. Głównym elementem całego systemu jest twór nazwany centralnym depozytem. Nabywca akcji nie posiada ich fizycznie. Sprzedaż czy też kupno nie następuje przez ich wydanie bądź wręczenie. Jeżeli transakcja dochodzi' do skutku, to po wielu wcześniejszych operacjach ewidencyjnych tą najważniejszą jest przesunięcie akcji w centralnym depozycie. Przesunięcie to następuje nota bene z konta papieru wartościowego jednego biura maklerskiego na konto drugiego biura Dopiero odpowiednie zapisy w tychże biurach potwierdzają - dokonanie transakcji na kontach papierów wartościowych klientów, między którymi została ona zawarta.

Istnienie jednego ośrodka (centralnego depozytu), gdzie w ostatecznym rachunku rejestruje się wszystkie giełdowe transakcje, czyni sensownym zastosowanie dużej jednostki sprzężonej z biurami maklerskimi, bezpośrednio obsługującymi klientów.

Wystarczy dodać, że między klientem, maklerem, specjalistą (makler o specjalnych uprawnieniach, zbierający zlecenia wszystkich transakcji dotyczących danego papieru wartościowego i wyznaczający na ich podstawie kurs), giełdą i centralnym depozytem krąży - zarówno przed zawarciem transakcji, jak i po tym fakcie - od kilku do kilkunastu dokumentów. Równie ważne jest to, że punktem wyjścia dla nich wszystkich jest tzw. zlecenie klienta, określające charakter i zakres powierzonej do dokonania transakcji. Czyż może być coś bardziej sensownego niż dokładne zapisanie w pamięci komputera owych wyjściowych danych i powierzenie dokonania reszty elektrycznym impulsom. Z punktu widzenia „technologii" operacji giełdowych wszystko przemawia więc za komputeryzacją. Jakkolwiek by na sprawę patrzeć, nowa instytucja, która zagnieździła się w „Białym Domu", nie zafunduje nam na pewno (w przeciwieństwie do swej poprzedniczki) systemu RIAD. Dla informatyków nie powinien być to jedyny powód, aby cieszyć się z jej otwarcia.


TOP 200