Prawo sieci

Rozwój e-business nieuchronnie wiąże się z koniecznością uregulowania od strony prawnej tej sfery gospodarki. Prym wiodą Stany Zjednoczone, w których trwają prace nad kilkunastoma aktami prawnymi dotyczącymi elektronicznego handlu. Tuż za nimi podążają Wielka Brytania i inne kraje Unii Europejskiej. Czy jest więc możliwe, że internauta będzie poprzez sieć kupował np. kosmetyki w kraju, który zapewnia mu lepszą ochronę przed nieuczciwym sprzedawcą?

Rozwój e-business nieuchronnie wiąże się z koniecznością uregulowania od strony prawnej tej sfery gospodarki. Prym wiodą Stany Zjednoczone, w których trwają prace nad kilkunastoma aktami prawnymi dotyczącymi elektronicznego handlu. Tuż za nimi podążają Wielka Brytania i inne kraje Unii Europejskiej. Czy jest więc możliwe, że internauta będzie poprzez sieć kupował np. kosmetyki w kraju, który zapewnia mu lepszą ochronę przed nieuczciwym sprzedawcą?

Kiedy w sobotę po amerykańskim Święcie Dziękczynienia prezydent Bill Clinton, swoim cotygodniowym zwyczajem, przemówił przez radio do narodu, tematem jego wystąpienia były świąteczne zakupy. Dokładniej - świąteczne zakupy internetowe. W nadchodzącym świątecznym sezonie, oświadczył prezydent, Internet umożliwi Amerykanom wydanie być może ponad 9 mld USD, czyli od dwóch do trzech razy więcej niż w ub.r. Około 4 mln obywateli, według przewidywań, po raz pierwszy w życiu dokona elektronicznej transakcji, kupując prezenty dla swoich bliskich. Clinton przyznał, że będzie jednym z nich. Potem przeszedł do rzeczy, anonsując, że dzięki przywódczym zdolnościom jego wiceprezydenta, Ala Gore'a (który ma nadzieję w następnych prezydenckich wyborach wjechać po infostradzie do Białego Domu - ale tego już Clinton nie powiedział), zakupy elektroniczne będą w tym roku bezpieczniejsze niż dotychczas. Al Gore bowiem zdołał skłonić wiele czołowych kompanii i organizacji zaangażowanych w internetowy handel do przyjęcia systemu gwarancji finansowych interesów konsumenta wychodzących poza obowiązujące prawo federalne.

Handlowe memorandum

Na konkrety nie trzeba było długo czekać. Już w poniedziałek, 29 listopada br., wiceprezydent Al Gore ogłosił inicjatywę zmierzającą do usunięcia prawnych barier utrudniających pełen rozkwit internetowego rynku. "Większość praw i przepisów handlowych - czytamy w memorandum Białego Domu - napisanych zostało w czasach poprzedzających handel elektroniczny. Niektóre z tych przepisów wymagają osobistej obecności nabywcy czy spisanych na papierze dokumentów bądź też narzucają konieczność uzyskania odpowiednich licencji i spełnienia specyficznych standardów technicznych. W niektórych przypadkach owe prawa i przepisy mogą mieć nie zamierzony skutek, uniemożliwiający dokonanie transakcji poprzez Internet". Nowo powołana grupa robocza, której przewodniczy sekretarz Departamentu Handlu William Daley, po zebraniu opinii od federalnych agencji i zwykłych obywateli przedstawi propozycje takich poprawek legislacyjnych, które zapewnią konsumentom "sieciowym" poziom ochrony ich interesów równy temu, jakim cieszą się, gdy dokonują zakupów "pieszo".

W świątecznym nastroju, czytając to memorandum, możemy łatwo ulec złudzeniu, że zadaniem i intencją amerykańskich ustawodawców jest "usuwanie przeszkód prawnych" dla ułatwienia życia obywateli, nie zaś rozszerzanie jurysdykcji państwa na nową, elektroniczną domenę aktywności. Niestety, w rzeczywistości usuwanie tych przeszkód odbywa się drogą ustanawiania nowych, zwykle jeszcze liczniejszych i bardziej skomplikowanych praw. Wybór świątecznych zakupów jako pierwszego poligonu poważnej konfrontacji amerykańskiego prawodawstwa z internetową anarchią był bez wątpienia wyborem starannie przemyślanym. Na tę okazję rząd i Kongres przebrać się mogą w kostium dobrodusznego Świętego Mikołaja, który dba o to, by wszystkie dzieci znalazły pod choinką prezent. Ta próba nowej regulacji prawnej internetowego handlu jest jednak zaledwie pierwszym, dość nieśmiałym krokiem na długiej i trudnej drodze. Dokąd ta droga nas zaprowadzi, tego dziś nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Jak użytkownik z użytkownikiem

Po trzydziestu latach istnienia Internetu politycy - którym jawi się on jako tajemnicza i potężna siła, której nie należy drażnić - wiedzą przynajmniej tyle, że najlepiej deklarować mu swą dozgonną przyjaźń i trzymać się od niego z daleka. Inną przesłanką, jaką kierowali się prawodawcy, było przekonanie, że należy unikać tworzenia nowych przepisów dotyczących cyberprzestrzeni i raczej próbować ekstrapolować na Internet istniejące już ustawodawstwo regulujące naszą aktywność w "przestrzeni rzeczywistej".

Realizacja tej przesłanki okazała się jednak trudna. Oto np. na wiosnę 1999 r. francuska modelka Estelle Hallyday, korzystając z francuskiego systemu prawnego, wygrała w sądzie sprawę o naruszenie jej praw autorskich w wyniku umieszczenia w Internecie jej zdjęcia w stroju Ewy. Francuski sędzia skazał firmę AlternB, na której serwerze owe zdjęcie znalazło siedzibę, na grzywnę w wysokości 70 tys. USD. Triumf wymiaru sprawiedliwości był jednak krótkotrwały. W odpowiedzi na wyrok AlternB, strojąc się w szaty ofiary cenzury, wyłączył swój serwer zamykając wraz z nim 4 tys. stron internetowych i ogłosił, że zainicjuje migrację francuskich firm sieciowych do bardziej przyjaznych jurysdykcji. Wkrótce "obrońcy wolności sieci" podjęli kampanię w obronie pokrzywdzonej firmy, zdobiąc całą cyberprzestrzeń podobiznami nagiej Esteli. Skończyło się na umorzeniu sprawy, pani Hallyday zaś otrzymała 7 tys. USD na otarcie łez (i opłacenie prawników). Francuskie prawo okazało się bezradne w Internecie.

Słuszność miała przypuszczalnie Esther Dyson - ciesząca się w niektórych zbliżonych do Internetu kręgach reputacją proroka (czy może proroczyni) - oświadczając przed kilku laty, że Internet zmienia się zbyt szybko, by jakikolwiek rząd mógł z powodzeniem podjąć próbę jego prawnej regulacji. Tak więc w czerwcu 1998 r. Biały Dom zdecydował, że "sieciowy samorząd" polegający na tym, iż użytkownicy Internetu sami dopracują się systemu praw bez interwencji rządu, będzie najbardziej praktycznym rozwiązaniem cywilizującym sieciowy Dziki Zachód.


TOP 200