Polski Internet nie umrze, czyli szukanie frajera zakończyło się sukcesem

W 48 numerze 'Computerworlda' Roman Adamiec staje w obronie cennika za usługi internetowe, wprowadzonego pod koniec ubiegłego roku przez NASK, demaskując siedem rzekomych mitów, propagowanych przez przeciwników nowych regulacji finansowych. Niestety, zwalczane mity wcale mitami nie są.

W 48 numerze 'Computerworlda' Roman Adamiec staje w obronie cennika za usługi internetowe, wprowadzonego pod koniec ubiegłego roku przez NASK, demaskując siedem rzekomych mitów, propagowanych przez przeciwników nowych regulacji finansowych. Niestety, zwalczane mity wcale mitami nie są.

Roman Adamiec wzywa do dyskusji konkretnej i konstruktywnej. O czym więc rozmawiamy? Tematem jest wpływ nowego cennika na polski Internet. Warto najpierw zastanowić się, czym właściwie jest ten polski Internet?

To fragment światowego Internetu, połączony z nim dwoma łączami: Warszawa-Sztokholm i Warszawa-Wiedeń. Warszawa połączona jest z kilkunastoma miastami w kraju liniami dzierżawionymi. Łącza te NASK dzierżawi od Telekomunikacji Polskiej S.A. W tych miastach znajdują się węzły NASK-u, do których przyłączeni są - również za pomocą łączy TP S.A. - abonenci NASK-u. Abonentami są albo pojedyncze instytucje, albo też miejskie akademickie , do których przyłączeni są z kolei ich abonenci, przeważnie uczelnie. Nadto z usług NASK-u mogą korzystać abonenci korzystający z połączeń komutowanych. Przytłaczająca część tej infrastruktury powstała ze środków Komitetu Badań Naukowych. Czy to jest polski Internet? Nie. To jest zaledwie kilka jego fragmentów.

Z czego jeszcze składa się polski Internet?

Z sieci lokalnych, należących do abonentów. Z komputerów, pracujących w tych sieciach lokalnych. Z oprogramowania, uruchamianego na tych komputerach, tak systemowego, często sprowadzonego z Internetu, chociażby Linuxa czy Free BSD, jak i aplikacyjnego, również pozyskanego z sieci, takiego jak: Netscape, Pegasus Mail czy Eudora. Czy to już koniec wyliczanki? Nie. Polski Internet to jeszcze nasze zasoby sieciowe, przygotowane i udostępniane wysiłkiem (często społecznym) setek zaangażowanych ludzi, administratorów systemów i sieci. Polski Internet to również kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, pochodzących w większej części ze środowisk akademickich i naukowych.

A zatem zaryzykowałbym stwierdzenie, że dzisiejszy polski Internet to zarówno wartość materialna, ale i niematerialno-prawna, powstała w przeważającej części ze środków KBN i przeznaczona w zamyśle dla świata nauki, lecz już tak naprawdę będąca własnością całego społeczeństwa, gdyż sfinansowana z pieniędzy podatników. Nie bez znaczenia jest fakt, że znaczna część polskiego Internetu powstała na bazie zagranicznych zasobów sieciowych i tworząc teraz nasze, spłacamy po prostu zaciągnięty dług. Internet bowiem rozwija się tak szybko dzięki wzajemnej współpracy ludzi.

Dotychczas abonent płacił za szybkość przyłączenia do NASK-u. Dziś ma płacić za ilość informacji, którą nadał i otrzymał. Zmiana zasady opłat wzbudziła protesty środowiska sieciowego. Spór stał się tak gorący, że niezbędna stała się interwencja Komitetu Badań Naukowych. Najwyraźniej KBN uznał, że jeśli użytkownicy Internetu protestują, to muszą istnieć po temu powody. Internet to nie sieć wodociągowa, elektryczna, gazowa czy telekomunikacyjna. W tych sieciach wszystko można policzyć i nie zostały one zbudowane przez użytkowników. W Internecie wyliczenie ilości przesyłanej informacji jest niemożliwe, a został on stworzony wspólnym wysiłkiem środowiska sieciowego. Z tego względu żaden z podmiotów funkcjonujących w Internecie nie może rościć sobie praw do narzucania swych decyzji innym. A to właśnie zrobił NASK ogłaszając nowy cennik, łamiąc tym samym przyjętą na świecie zasadę, że co do opłat za używanie Internetu musi zaistnieć konsensus między inżynierami, ekonomistami i menedżerami sieci.

Jak dotąd, taka zgoda na świecie istnieje. Powszechnie stosuje się opłatę za przepływność pasma. W takiej sytuacji koszt jest stały, a przesłanie przez abonenta dodatkowego bajta informacji kosztuje go dokładnie zero. Skoro koszt łączy, urządzeń i obsługi nie zależy od ruchu, nie ma powodu, aby za ten ruch płacić. W przypadku wyczerpania pojemności łącza, abonent może suwerennie, albo zwiększyć jego przepływność, albo ograniczyć jego wykorzystanie.

NASK, wprowadzając opłaty za ruch, wybrał złą metodę korekty dotychczasowego cennika. Szybkie łącza były w nim zbyt tanie. Na ich koszt rzutują ceny Telekomunikacji, a te rosną liniowo z przepływnością. Niewykluczone, że to relatywnie niskie ceny szybkich łączy spowodowały pewną rozrzutność w ich wykorzystaniu. Co więcej, NASK sprzedał więcej, niż miał do sprzedania (czytaj: przyłączył do sieci zbyt wielu abonentów lub nie zapewnił swoim abonentom niezbędnej przepustowości łączy magistralnych). Dlatego teraz narzeka, że wzrósł ruch i łącza się zapchały. Problemy te można jednak uregulować w inny sposób, niż wyceniając megabajty.