Polska wersja Norton Commander

Na naszym rynku pojawiła się ostatnio w pełni spolonizowana wersja programu Norton Commander 5.0. Kładzie ona kres dominacji języka angielskiego w środowisku DOS. Można jednak wątpić czy ta akurat nakładka, mimo niewątpliwych zalet programu, jest interesującą propozycją dla doświadczonych użytkowników komputerów osobistych.

Na naszym rynku pojawiła się ostatnio w pełni spolonizowana wersja programu Norton Commander 5.0. Kładzie ona kres dominacji języka angielskiego w środowisku DOS. Można jednak wątpić czy ta akurat nakładka, mimo niewątpliwych zalet programu, jest interesującą propozycją dla doświadczonych użytkowników komputerów osobistych.

Szczypta historii

Odkąd za sprawą Peter Norton Computing pojawiła się na rynku pierwsza, komercyjna wersja Norton Commandera (NC), miliony użytkowników komputerów PC zyskały możliwość łatwego poruszania się po "zaśmieconych" zasobach twardych dysków. Przez wiele lat trwała nieprzerwana kariera tego programu.

Norton Commander powstał w 1986 r. w firmie Peter Norton Computing, (obecnie własność korporacji SYMANTEC), a

pomysłodawcą tego wspaniałego programu nie był wcale sławny Peter Norton, lecz nieco mniej znany programista - John Socha. To za jego sprawą w programie zastosowano zasadę nawigacji między dwoma równocześnie widocznymi na ekranie komputera panelami. Pomysł ten stał się klasyką, której echa odnajdujemy obecnie w programach pisanych dla wszystkich komputerów bez wyjątku.

Z biegiem lat program ten dla wielu stał się równie nieodłączną częścia komputera, jak klawiatura czy monitor. Kiedy pojawiały się jego kolejne wersje - druga w 1987 r., trzecia w 1989 r. i czwarta 1993 r. - najmniej zmian wprowadzano do interfejsu użytkownika. Dzięki wprowadzeniu nowych funkcji i ulepszeń, jak np. oszczędniejsze korzystanie z pamięci czy poszerzenie dostępnych opcji o obsługę poczty, program ten stale góruje poręcznością i łatwością obsługi nad znacznie bardziej uniwersalną konkurencją (np. nad programem X-Tree Gold).

Okiem malkontenta

Problemy z oceną polskiej wersji NC pojawiają się już w pierwszej chwili po zainstalowaniu tego programu. Bowiem z jednej strony zrozumiałe jest, że polonizacja programu z pewnością będzie radośnie powitana przez mniej doświadczonych oraz nie znających języka angielskiego użytkowników PC. Lokalizację wykonano bardzo fachowo - program przetłumaczono w ok. 99%, dbając przy tym o to, by komunikował się on z użytkownikiem za pomocą powszechnie zrozumiałych określeń (nie licząc "ściskania plików") i co najważniejsze bacząc, by nie stracił on nic ze swej funkcjonalności w porównaniu z anglojęzycznym oryginałem.

Z drugiej jednak strony po ok. 10 latach istnienia tej aplikacji na polskim rynku trudno nie zauważyć, że większość "starych wyjadaczy" przyzwyczaiła się już, iż np. atrybuty plików zmienia się naciskając kolejno F9, F i A, zaś do edycji listy rozszerzeń prowadzi wciśnięcie F9, C, X. Wątpię czy łatwo będzie przestawić się na inną kombinację, a tego wymaga wersja polska. Podobne zjawisko ma zresztą miejsce w przypadku wielu lokalizowanych programów, które działają pod kontrolą MS-Windows. W NC pozostały nie zmienione tylko kombinacje klawiszy funkcyjnych z Alt, Ctrl i Shift, a to, przynajmniej jak dla mnie, zdecydowanie za mało.

Kolejna kwestia dotyczy nieśmiertelnego problemu z kodowaniem polskich znaków lub jak kto woli stron kodowych w DOS. Autorzy polonizacji, podobnie jak inne firmy zachodnie sztywno trzymali się DOS-owskiej CP 852 i w efekcie nie pozostawili żadnego wyboru np. fanom mazovii, choć jest to w Polsce liczna grupa. Wprawdzie "przekleństwo Latin 2" można obejść o ile napiszemy odpowiednią liczbę plików wsadowych i zrezygnujemy z pełnej instalacji CP 852 w DOS (chciałbym poznać kogoś, kto jej w pełni używa łącznie z pisaniem na klawiaturze maszynistki) na rzecz krajowych rozwiązań (np. COUNTRY=991 z pakietu DOŚĆ i instalacji polskich znaków za pomocą EGAPL.EXE i KEYBPL.EXE), lecz jaki to ma sens dla końcowego użytkownika?

Na marginesie

Przez całe lata NC miał pewne, dziwne ograniczenia, których w kolejnych jego wcieleniach nikt nie próbował nawet usunąć - pierwsza (1986), druga (1987) i trzecia wersja (1989) nie pozwalały wyświetlić wiecej niż 524 pliki w jednym katalogu, dawały się natomiast uruchamiać "spod siebie do oporu" zajmując niepotrzebnie pamięć. Nikomu to jednak nie przeszkadzało i program zjednywał sobie wciąż nowych fanów ze względu na prostotę obsługi, znaczną szybkość i odporność na różne "przeciwności losu".

W obecnej wersji, gdy wskutek polonizacji zmuszani jesteśmy do ponownego uczenia się sporej części skrótów klawiaturowych warto się zastanowić czy aby warto. Polska wersja programu będzie narzędziem wyłącznie dla mniej zaawansowanych użytkowników komputerów osobistych. Starzy wyjadacze z pewnością wybiorą jego wersję anglojęzyczną i na dodatek niekoniecznie piątą.


TOP 200