Polityka w sieci

Wśród polskich polityków zdaje się panować przekonanie, że jeśli w ogóle warto korzystać z Internetu, to tylko dlatego, że jest on multimedialny i tani.

Wśród polskich polityków zdaje się panować przekonanie, że jeśli w ogóle warto korzystać z Internetu, to tylko dlatego, że jest on multimedialny i tani.

Z multimedialnością stron partii politycznych bywa różnie, zaś fundusze przeznaczane na obecność w Internecie są raczej skromne. Głównym elementem partyjnych portali są wiadomości, okraszane miejscami zdjęciem lub krótkim filmem prezentującym wypowiedź lidera. Znajdziemy także stałe rubryki z danymi teleadresowymi oraz program wyborczy. Różnorodność niewielka, pomysły na zagospodarowanie, nieograniczonej niemalże, przestrzeni cyfrowej, bardzo szablonowe.

Nawet na pierwszy rzut oka widać, że nikt nie chce wyjść przed szereg i kilka partii umieszcza na stronie głównej tą samą graficzną mapkę, pozwalającą na nawigację między lokalnymi oddziałami. W tej sytuacji największą dawkę nowości dostarczy nam strona Samoobrony i umieszczone tam piosenki w formacie mp3 skomponowane na taneczną nutę disco-polo.

Portale polityczne w Polsce to hybryda archiwum i słupa ogłoszeniowego. Na stronach odczuwa się dystans pomiędzy grupą działaczy, która ma "prawo głosu" i publikuje, oraz grupą widzów, która może wejść, przeczytać, zachwycić się i wyjść. System komentarzy jest praktycznie nieobecny, fora dyskusyjne również. Zupełnie jakby ktoś obawiał się fali ekstremistów politycznych, która tylko czyha na możliwość wprowadzenia zamętu. Obawa być może jest uzasadniona, gdyż kontaktu z politykami nie ma wcale, tymczasem potrzeba wypowiedzenia własnego zdania musi znaleźć gdzieś swoje ujście. Szczególnie w sytuacji, gdy multimedialność na stronach ogranicza się do połączenia w czasoprzestrzeni obrazu i tekstu, zaś interakcja ze stroną to możliwość klikania na odnośniki.

Nadzieja na zmiany i powiew świeżości przyszły wraz z powstaniem pierwszej polskiej partii "internetowej" - Demokraci.pl. Pierwsze tygodnie jej działalności sieciowej rozwiewają jednak optymistyczne myśli. Znów mamy do czynienia z szablonem. Porównując ilość funduszy, które musiały zostać przeznaczone na kampanię billboardów Demokratów.pl i kwotę przeznaczoną na wygląd strony internetowej, nie można oprzeć się wrażeniu, że "dot pl" jest jedynie wyrażeniem marketingowym wycelowanym w młodzież. Szkoda, gdyż jest to okazja na wykorzystanie pełnego potencjału Internetu. Żeby tak się stało, potrzebne jest przełożenie nacisku z "taniego słupa ogłoszeniowego" na "system aktywacji społecznej". Pozostaje pytanie, kiedy polscy politycy to dostrzegą?

Za oceanem

W USA wybory w sieci to spory kawałek politycznego tortu. Podczas ostatnich wyborów prezydenckich ponad 30% użytkowników posiadających w domu stałe łącze deklarowało, że strony internetowe były ich głównym źródłem informacji o kandydatach. W tej grupie oznacza to zrównanie stron internetowych z prasą codzienną. Ilość nie jest jednak najważniejsza. Istotne jest, by przekładała się na jakość. Poprzez sieć zebrano setki tysięcy ochotników, którzy wspierali kampanie prezydenckie. Przy zastosowaniu metod konwencjonalnych i osobistym kontakcie z aktywistami nie byłoby to możliwe. Potrzebna była interaktywność stron internetowych, dzięki której ludzie sami znajdowali miejsce, w którym mogą pomóc i włączyć się w wybory.

W kampanii Kerry'ego centrum ochotników było szczególnie bogato rozwinięte. Dostarczono im programy wspomagające planowanie lokalnych wydarzeń, rekrutowanie kolejnych pomocników, tworzenie własnych stron internetowych oraz zbieranie funduszy. Założenie było proste. Wśród ludzi istnieje duży potencjał i chęć działania, wystarczy to wykorzystać i udostępnić im funkcjonalne narzędzia. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Powstały setki blogów internetowych promujących wybraną frakcję, zebrano rekordowe kwoty z datków. John Kerry w ciągu trzech miesięcy zebrał prawie 50 mln USD poprzez 400 tys. dotacji internetowych. Większość z tego pochodziła z rozległej kampanii banerów reklamowych.

Funkcjonalność stron kandydatów zwiększała się z dnia na dzień. Co znalazło się u jednego, niemal natychmiast przechwytywała druga strona. Kerry stworzył "D-bunker", miejsce, w którym na bieżąco, w czasie rzeczywistym, redagowane były odpowiedzi na ataki Busha. Bush odpowiedział tym samym, dodając ponadto aplikację usprawniającą pisanie listów z zapytaniami. Strona Kerry'ego zorganizowała wielką akcję rozsyłania listów promujących kandydata do lokalnych gazet i rozgłośni radiowych. Ochotnicy mieli dostęp do aplikacji, dzięki której wystarczyło wpisać swoje miejsce zamieszkania, by uzyskać pełną listę lokalnych mediów wraz z danymi kontaktowymi. Oferowane były także wskazówki, jak pisać tego typu dokumenty.

Aktywacja lokalna

Szczególnie ciekawy projekt wprowadziło centrum kampanii Busha. Zastosowano system map elektronicznych, dzięki któremu ochotnicy mogli na bieżąco sprawdzać, gdzie na ich osiedlu znajdują się grupy osób uprawnionych do głosowania, które jeszcze nie zarejestrowały swojej chęci uczestnictwa w wyborach. System ten sprawdził się już podczas republikańskich wyborów wstępnych w stanach Iowa i New Hampshire i pozwolił na maksymalne sprowadzenie kampanii na poziom lokalny. Przy odpowiedniej liczbie aktywnych ochotników trudno przecenić rolę, jaką mechanizm ten spełnia przy podnoszeniu frekwencji w czasie wyborów.

W krajach o powszechnej dostępności Internetu widać jeszcze jedną zaletę tego medium. Pozwala on na dotarcie do bardzo specyficznej grupy odbiorców z konkretnym programem i propozycjami. Sztab wyborczy Busha dysponował ponad sześcioma milionami adresów e-mailowych subskrybujących biuletyn zawierający najnowsze wiadomości. Dzięki temu można było dostosowywać przekazywane treści, np. dla grupy pracujących mam, które stanowią istotną grupę demograficzną spędzającą w sieci więcej czasu niż przeciętny głosujący.

Tworzenie społeczności

Najlepszą formą reklamy jest oczywiście rozrywka. Podczas kampanii Busha administratorzy jego witryny stworzyli narzędzie usprawniające organizowanie lokalnych "eventów". Za jego pomocą 29 kwietnia ponad pięć tysięcy "prywatnych" osób w całych Stanach Zjednoczonych zorganizowało w domach i miejscach publicznych serię imprez pod hasłem "Zabawa dla prezydenta". Wynagrodzeniem za tę akcję była czysta satysfakcja, ale w innych programach można było otrzymać nagrody materialne. Szczególnym sukcesem okazała się strona GOP Team Leader. Jej celem jest dotarcie do lokalnych liderów społeczności, którzy przekonują swoich znajomych do uczestnictwa w wyborach i głosowania na wybranego kandydata. Za aktywność otrzymuje się punkty GO, które następnie można wymieniać na nagrody. Zadaniem do wykonania może być uczestnictwo w ankiecie, napisanie listu do wydawcy lokalnej gazety lub zebranie swoich przyjaciół i znajomych w celu przeprowadzenia minikampanii podczas lokalnego wydarzenia sportowego. Nietrudno jest zauważyć, że siła przekonywania i perswazji w kontakcie "znajomy-znajomy" jest dużo większa, niż "kampania polityczna-osoba".

Wersją GOP Team Leader dla Demokratów jest MoveOn.org. Portal, którego założeniem statutowym jest przywrócenie zwykłych obywateli polityce, w sytuacji gdy kampanie rozgrywane są przy udziale wielkich pieniędzy i kompanii medialnych. Zadaniem MoveOn jest tworzenie ochotniczych grup zadaniowych, które następnie prowadzą projekt nad wybranym problemem społecznym. Każdy uczestnik portalu ma możliwość proponowania własnych pomysłów i priorytetów dla organizacji. Najbardziej popularne są następnie wprowadzane w życie. Przykładowo, w 2000 r. jednym z wybranych przez uczestników priorytetów była ochrona środowiska, a w 2004 r. wojna w Iraku i reforma mediów. MoveOn prowadzi różnorodne akcje. Poczynając od zbierania funduszy na emisję reklam społecznych w telewizji, poprzez ułatwienie kontaktu z reprezentantami Kongresu USA, kończąc na blokowaniu niekorzystnych dla Demokratów ustaw i poprawek proponowanych przez rząd.

Twarde lądowanie

Zderzenie powyższych pomysłów z rodzimą rzeczywistością jest bolesne. Na stronie jednej z partii możemy przeczytać, że powstała ona po to, aby uwolnić energię Polaków - każdego z osobna i wszystkich razem. Poniżej tego tekstu znajdziemy formularz kontaktowy, w którym możemy zaproponować partii, co chcielibyśmy dla niej zrobić. Nie tak wyobrażam sobie demokrację, w której chciałbym aktywnie uczestniczyć. Można spotkać się z opinią, że polityka to danie, w którym najważniejszy jest wygląd, zmieniany od wyborów do wyborów. Tak już pewnie pozostanie. Warto byłoby jednak sprawić, by wyborcy aktywnie uczestniczyli w przyrządzaniu zawartości tej potrawy. By to osiągnąć, wystarczą: chęć, dobry pomysł i Internet. Gotowe, sprawdzone wzory można znaleźć w dowolnej sieciowej wyszukiwarce.

Łukasz Tanaś jest studentem V roku Instytutu Społecznej Psychologii Informatyki i Komunikacji w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Źródło: Pew Internet & American Life Project. Badanie przeprowadzone na próbie 1510 dorosłych powyżej 18 lat.


TOP 200