Polacy nie gęsi...

Korzystając z zaproszenia do dyskusji zawartego w artykule ''Polacy nie gęsi... polonizacja programów i komputerów'' chciałbym krótko zaprezentować moją opinię na poruszone tam tematy.

Korzystając z zaproszenia do dyskusji zawartego w artykule ''Polacy nie gęsi... polonizacja programów i komputerów'' chciałbym krótko zaprezentować moją opinię na poruszone tam tematy.

Bardzo istotną funkcją opracowywania narodowych wersji oprogramowania i dokumentacji jest przybliżenie tematyki komputerowej przeciętnemu użytkownikowi i przekazanie obrazu komputera jako użytecznego narzędzia stanowiącego nieocenioną pomoc w prowadzeniu biznesu, badaniach naukowych i edukacji.

Powinniśmy jednak zdawać sobie sprawę, że przystosowanie programów do potrzeb narodowych sprzeciwia się przeważającej tendencji tworzenia społeczności globalnej, opartej na jednym języku jako środku międzynarodowej komunikacji. Warto zauważyć, że w połowie lat dziewięćdziesiątych koszty tłumaczenia i nauki języków przekroczą koszty zbrojeń. Cena jaką ludzkość płaci za swoją wielojęzyczność, jest ogromna i nic nie powstrzyma tendencji do ujednolicenia sposobów komunikacji na wszelkich płaszczyznach. Oczywistym, choć praktycznie nieosiągalnym w czasie naszego życia, rezultatem wszechobecnej globalizacji naszych działań będzie wprowadzenie jednego oficjalnego języka we wszystkich krajach świata. Ci, którzy są przerażeni perspektywą śmierci ponad 5600 języków, powinni znaleźć pocieszenie w fakcie, że języki o silnej spuściźnie kulturowej nie muszą się obawiać zapomnienia (por. łacina, yiddish itp.). Dla tych, którzy ubolewają, że język globalny nie będzie pochodzić z polskiej ziemi, pocieszeniem może być niezerowe prawdopodobieństwo, że dziecko Zamenhofa, Esperanto, doczeka się jeszcze swoich wielkich dni (jak podczas debaty o języku międzynarodowym w ONZ w 1966 roku).

Nasza firma, SuperMemo World, opracowała swój program, SuperMemo, po angielsku i jak na razie nie ma jeszcze żadnych jego wersji narodowych. Problem bariery językowej pokonujemy dostarczając podręcznik użytkownika w dwóch wersjach: angielskiej i w odpowiednim języku narodowym. Przyjęliśmy również zwyczaj używania tekstów dwujęzycznych w naszej korespondencji w Polsce wszędzie, gdzie jest to możliwe i uzasadnione. Dotyczy to zarówno klientów jak i partnerów w biznesie. Ponadto, mając ambicje stania się korporacją globalną, próbujemy naśladować rosnącą liczbę firm posługujących się jednym językiem i używamy angielskiego w codziennej pracy firmy. O ile mi wiadomo, szwedzki Electrolux był pierwszą w Europie firmą, która przyjęła angielski jako język codziennej komunikacji. Chciałbym usłyszeć o innych instytucjach w Polsce, które stosują podobną praktykę; być może SuperMemo World jest pierwszą polską firmą, która posługuje się językiem innym niż polski.

Cele, które chcemy osiągnąć poprzez używanie angielskiego w swoich programach i dokumentacji to (1) udostępnienie naszego produktu użytkownikom na całym świecie, (2) promocja nowoczesnej postawy w patrzeniu na rzeczy z globalnego raczej niż lokalnego punktu widzenia. Jeśli chodzi o punkt (1) to różnica między Lotusem, Borlandem czy Microsoftem, a SuperMemo World jest taka, że te pierwsze firmy już opanowały większość światowego rynku, a adaptacja ich oprogramowania do potrzeb narodowych ma jedynie pomóc zdobyć jego pozostałe nisze ekonomiczne.

Piotr Woźniak SuperMemo World, Poznań

P.S. Ośmielam się nie zgodzić z jednym z akapitów artykułu, w którym napisano: "Obecnie polscy programiści opracowują programy raczej po angielsku z nadzieją na sprzedaż za granicą. Wydaje mi się, że jest to podejście całkowicie chybione, bowiem na większe rynki może wejść jedynie program, który cieszy się powodzeniem na rynku krajowym". Nasz program, SuperMemo 6, został ukończony w październiku 1991. SuperMemo nie miałoby prawdopodobnie szansy być pokazywanym na targach CeBIT '92, gdybyśmy zaczęli pisać go po polsku. Zwłaszcza, że musielibyśmy uporać się z licznymi problemami standaryzacyjnymi, o których wspomniano w artykule.

Nasz klient nasz...?

Od dawna już w większości publikacji związanych z polskim rynkiem komputerowym używane jest określenie "specyficzny". Wszyscy tak się do "specyficznego rynku" przyzwyczaili, że nie są w stanie wyobrazić sobie sytuacji odwrotnej czyli normalnej.

Jak grzyby po deszczu powstały w całej Polsce sklepy komputerowe (szumnie nazywane przez właścicieli firmami komputerowymi). Na pierwszy rzut oka wygląda to nawet zachęcająco, więc naiwny potencjalny klient wchodzi w szanowne progi i... widzi zazwyczaj panów siedzących w środku (by nie było niedomówień wyjawię, że panowie ci to sprzedawcy) są zbyt zajęci niestety piłowaniem starego Digduga albo Jbirda by zwrócić swoją uwagę na intruza. Intruz więc nieśmiało, cichutko ogląda wnętrze sklepu stwierdzając ze zdumieniem, że wbrew pozorom półki i stoliki nie uginają się pod sprzętem. [...]

Moje doświadczenie w takim sklepie na szczęście dotyczyło tylko dyskietki. Kupiłem całą paczkę dyskietek Sony ZHD (100% Certified Error Free) byłem zadowolony, że kupiłem je dość tanio (po 13 500 za sztukę). Usiadłem spokojnie przy PeCecie napisałem FORMAT: wcisnąłem "Enter" i napisałem kilka razy "y" bo komputer ciągle piszczał, jakby go ktoś obdzierał z obudowy, a następnie zgłosił komunikat: błąd w napędzie a. Ponowiłem próbę upewniwszy się, że dyskietka włożona jest prawidłowo i tym razem także usłyszałem przejmujące, wzbudzające litość piszczenie oraz zobaczyłem ten sam komunikat, który po chwili został zastąpiony innym: "boot sektor nie znaleziony".

Tego samego dnia pobiegłem do sklepu Warex S.C. w Toruniu, gdzie kupiłem te dyskietki. Pomijam już w jaką grę akurat grał sprzedawca. Po moim dwukrotnym chrząknięciu i wytarciu nosa w chusteczkę ponownie mnie zauważył. Po wyjaśnieniu sytuacji i zwróceniu uwagi, że po drodze próbowałem dyskietkę sformatować u znajomego z tym samym rezultatem pan za ladą oświadczył, że dyskietki nie podlegają gwarancji ani wymianie ponieważ są to zbyt delikatne rzeczy i bardzo łatwo je uszkodzić, a poza tym nikt nie wie co ja z tą dyskietką robiłem (...nie jest to cytat, ale dość dokładne przytoczenie sensu wypowiedzi pana zza lady...)

Doszedłem do wniosku, że nie będę już dłużej "przeszkadzał", bo właśnie na ekranie pojawił się komunikat GAME OVER, a zresztą i tak już nie mieliśmy o czym rozmawiać (obawiałem się że nie jestem tak dobry z anatomii jak sprzedawca by prowadzić dłużej dyskusję). Wyszedłem ze sklepu - o przepraszam - z firmy komputerowej Warex s.c., uśmiechnięty i radosny. Po powrocie do domu przemyślałem sprawę jeszcze raz i doszedłem ponownie do wniosku, że naprawdę nie chciałem zbyt wiele; oczekiwałem wymiany dyskietki lub zwrotu pieniędzy, ale co tam, przecierpię, nie mogę natomiast przeżyć braku choćby zwrotu grzecznościowego: "bardzo mi przykro" lub "przepraszam" ale... Ale rozmarzyłem się zapominając o "specyficznym polskim rynku komputerowym".

Nie muszę chyba dodawać, że nigdy już nie przekroczę progów sklepu Warex s.c., nawet gdyby tylko tam sprzedawane były dyskietki. Natomiast ciągle łudzę się, że ktoś pomoże mi rozwiązać problem dotyczący odpowiedzialności sprzedawcy za sprzedawany towar, jakim są dyskietki.

Dariusz Stemal (ul. Wola Zamkowa 16/209 87-100 Toruń)