Podsłuchiwanie demokracji

Zdobywanie informacji jest podstawowym atrybutem służb specjalnych i policyjnych, ale czy obywatele ufają, że państwo robi tylko to, co niezbędne, i nie wykorzysta swych uprawnień przeciwko nim?

Czy tego chcemy, czy nie, zdobywanie informacji na wszelkie sposoby jest podstawowym atrybutem służb specjalnych i policyjnych. W demokracji to działa bez problemów, kiedy obywatele ufają, że państwo robi tylko to, co niezbędne, i nie wykorzysta swych uprawnień przeciwko nim.

Chyba nikt nie zostaje przedsiębiorcą telekomunikacyjnym z zamiłowania do współpracy ze służbami specjalnymi i policyjnymi. Każdy musi jednak stworzyć zasoby organizacyjne i techniczne, które zagwarantują możliwość takiej współpracy, ponosząc wszelkie koszty wyposażenia, eksploatacji, utrzymania i obsługi. Nie jest to tanie ani proste, więc kilka lat temu wprowadzono na użytek mniejszych operatorów kompromisowe rozwiązanie, pozwalające delegować wykonanie tych obowiązków, by kumulowały się u większych operatorów, którzy i tak muszą zatrudniać na pełny etat odpowiednio certyfikowanych speców od współpracy i zainwestować w organizację tajnej kancelarii.

Zobacz również:

Temat wracał przy każdej poważniejszej nowelizacji Prawa telekomunikacyjnego. Ewoluował od stanu z lat 90., w którym obowiązki współpracy wpisywano do koncesji, co ewentualnym niesfornym skutecznie groziło jej utratą. Teraz jest to rozdział w Prawie telekomunikacyjnym, którego kształt był negocjowany pomiędzy operatorami, służbami i regulatorem i wielokrotnie ulepszany, podobnie jak przepisy ustaw kompetencyjnych poszczególnych służb. Nie udało się poprawić tego, by państwo zwracało chociaż w symbolicznym zakresie przedsiębiorcom koszt przygotowania i dostarczenia danych. To jedna z kilku przyczyn, dla których liczba danych retencyjnych osiąga w Polsce miliony. Dla zamaskowania czego lub kogo dotyczy zapytanie, niektórzy wolą zebrać więcej danych, czyli również przypadkowych.

Szybkie nowelizowanie

Dzisiaj dyskutowana zmiana przepisów jest wymuszona presją czasu, bo wiąże się z koniecznością wykonania wreszcie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z lipca 2014 r. Pomimo że nowy projekt czerpie w części z niedokończonych prac poprzedniej kadencji Parlamentu, nie może dziwić, że bardzo wielu komentatorów kojarzy go rewolucyjną falą zmian, którą funduje nam obecnie Prawo i Sprawiedliwość. Mamy więc do czynienia ze znacznie szerszym niż kiedyś zainteresowaniem mediów oraz instytucji i organizacji zajmujących się swobodami obywatelskimi. Obawy i emocje wzrosły, bo doświadczenie kilku innych ustaw pokazuje, że mając przewagę w Parlamencie, udaje się lekceważyć głos ekspertów i autorytetów.

Komentatorzy zapisów nowelizacji wytykają projektowi szereg błędów. Nie zanosi się, by zdołano dobrze zrealizować najważniejszy wniosek orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego sprzed półtora roku: wprowadzenie skutecznego niezależnego mechanizmu kontroli, co było jednym z najważniejszych wątków orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE z kwietnia 2014 r., unieważniającego dyrektywę o retencji danych.

Dosyć obszerny, liczący 66 stron druk sejmowy to projekt nominalnie zmieniający ustawę o Policji, chociaż w istocie rzeczy nowelizuje 8 ustaw kompetencyjnych wszystkich służb uprawnionych do czynności operacyjno-rozpoznawczych w Polsce. Również tym razem mamy do czynienia z projektem poselskim, a nie rządowym. Nie wydaje się, by jego rządowym „gospodarzem” był też minister zajmujący się sektorem telekomunikacji, chociaż Rada ds. Cyfryzacji przy ministrze dyskutowała o nim. Rada wyraziła „zaniepokojenie” i sformułowała szereg krytycznych uwag. Nie wypowiedziała się jednak na temat „kosmetycznej”, ale znaczącej zmiany w Prawie telekomunikacyjnym. Ma zniknąć przepis nakazujący operatorom dostarczać do UKE sprawozdania o liczbie przypadków legalnie zrealizowanych wniosków o założenie podsłuchów i dostarczonych danych retencyjnych. A trzeba przypomnieć, że to właśnie UKE ujawniło publicznie, jaka jest skala tych przypadków. Co ciekawe, projekt uzasadnia uchylenie tego uprawnienia UKE w zupełnie nieoczywisty sposób, z powodu unieważnienia przez Trybunał Sprawiedliwości UE dyrektywy o retencji danych. Prezes UKE i tak nadal będzie sprawował nadzór nad wykonywaniem przez operatorów telekomunikacyjnych obowiązków w sprawach bezpieczeństwa i obronności, bezpieczeństwa i porządku publicznego.

W nowym układzie te informacje mają być przekazywane pomiędzy organami ścigania a resortem sprawiedliwości. Minister sprawiedliwości, który niedługo będzie też prokuratorem generalnym, przygotuje dla Sejmu i Senatu stosownie „zagregowaną”, inaczej mówiąc, przetworzoną według swojego uznania informację.

Państwo nieufnych

Komentatorzy zapisów nowelizacji wytykają projektowi szereg ryzykownych błędów. Być może niektóre sprawy da się jeszcze poprawić, ale nie zanosi się, by zdołano dobrze zrealizować najważniejszy wniosek orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego sprzed półtora roku: wprowadzenie skutecznego niezależnego mechanizmu kontroli, co było zresztą również jednym z najważniejszych wątków orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE z kwietnia 2014 r., unieważniającego dyrektywę o retencji danych.

To, że państwo w ogóle może gromadzić informacje o życiu obywateli, korzystających z technologii informacyjnych u wielu osób budzi najwyższą niechęć i opór. Niezbyt pocieszające jest to, że ograniczona liczba, nawet najlepiej wyposażonych technicznie funkcjonariuszy służb specjalnych, pozwala przyglądać się uważniej tylko niektórym. Podobnie jak nie sposób sobie wyobrazić skutecznych działań policji, nie mówiąc już o służbach wywiadowczych, bez narzędzi pozwalających śledzić wybrane cele, tak nie do akceptacji jest nieprzejrzystość reguł rozliczalności tego rodzaju działań. Żebyśmy jednak nie wiem ile pracy włożyli w precyzowanie kryteriów, tego, co państwu wolno, a co ma pozostać w relacjach funkcjonariusz – obywatel nienaruszalne lub prywatne, będziemy podążać donikąd, jeżeli nie uzyskamy powszechnego przekonania większości, że państwo gra z nami uczciwie i nie nadużyje zaufania do rozwiązań prawnych.

Posłowie ochoczo i bezkrytycznie wspierający każdy projekt przyniesiony do Sejmu przez własną rządzącą partię powinni pamiętać, że przy niezbyt jasnych regułach nadzoru sami też mogą się stać przedmiotem kontroli operacyjnej. Ktoś dysponujący stosownymi uprawnieniami może nie oprzeć się pokusie lub odgórnej dyrektywie, by prewencyjnie sprawdzać ich oddanie lub lojalność.

Ostatnio niektórzy przypominają wypowiedzi prezydenta Lecha Kaczyńskiego, przedstawiające nieco inne koncepcje państwa niż wdrażane w obecnie przyjmowanych ustawach. To może warto przypomnieć słowa Zbigniewa Wassermanna, byłego koordynatora ds. służb specjalnych, który też zginął w katastrofie smoleńskiej. W 2007 r. podczas konferencji Computerworld mówił: „współdziałanie sektora prywatnego i agencji rządowych jest możliwe tylko wtedy, kiedy obie strony są w stanie pokazać, że wartość i korzyści współpracy przeważają nad ryzykiem”.