Początek końca neutralności sieci?

Czyli refleksje po szczycie Komisji Europejskiej w sprawie "otwartego Internetu"

Neutralność sieci oznacza, że w Internecie nie ma bramkarzy: nikt nie ma prawa arbitralnie decydować o tym, czy dany pakiet przepłynie przez sieć, czy nie. Łącza i węzły komunikacyjne Internetu powinny być "ślepe" na rodzaj i zawartość przesyłanych pakietów. Co do zasady. Od dawna toczą się spory o rozumienie i zakres praktycznego zastosowania zasady neutralności sieci. Czy neutralność narusza już samo różnicowanie prędkości i kolejności przepływu typów pakietów, czy dzieje się to dopiero za sprawą faworyzowania bądź dyskryminacji pakietów ze względu na ich zawartość? A może ani jedno, ani drugie, dopóki żadne treści nie są blokowane? Jedno jest pewne: z różnych stron ten fundament Internetu jest teraz kwestionowany.

Niektórzy operatorzy telekomunikacyjni i dostawcy treści już rozwijają modele biznesowe oparte na faworyzowaniu określonych pakietów, co wymaga swoistej kontroli nad infrastrukturą Internetu. Rządy wprowadzają rozmaite techniki filtrowania sieci, z nadzieją na odzyskanie kontroli nad mediami elektronicznymi w rodzaju tej, jaką miały nad tradycyjnymi mediami. Wydaje się, że jedynym sposobem na powstrzymanie tych wielokierunkowych dążeń do przejęcia kontroli nad ruchem w sieci byłaby skuteczna międzynarodowa regulacja, ograniczająca i rządy, i wielki biznes. Jak zawsze, wielką niewiadomą jest, kto i jak miałby do tego doprowadzić.

Brak pomysłów

Na tegorocznym Internet Governanace Forum panowała względna zgoda co do tego, że problem jest, jednak nikt nie miał pomysłu na skuteczne, globalne rozwiązanie. Pewną nadzieję wiązano z trwającymi wówczas konsultacjami na temat neutralności sieci w Unii Europejskiej, które zakończyły się 30 września. Jednak 11 listopada, na wspólnym szczycie Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej poświęconym tej problematyce, stało się jasne, że Unia Europejska też nie zamierza przyjąć na siebie niewygodnej roli żandarma neutralności.

Komisja stwierdziła, że ingerencja komercyjnych podmiotów w przepływ informacji w sieci jest dopuszczalna, o ile tylko firmy rzetelnie informują o tym swoich klientów. Ta teza opiera się na przeświadczeniu, że ci, którym filtrowanie czy klasyfikowanie treści się nie podoba, po prostu pójdą gdzie indziej. Komisja tymczasem "poczeka i zobaczy", czy na dłuższą metę zarządzanie siecią bez ingerencji regulatora spowoduje zakłócenia na wspólnym rynku. Łatwo sobie wyobrazić, że takim zakłóceniem okaże się np. kontrola dużej części ruchu internetowego przez kilka dominujących podmiotów, które już w tym momencie koncentrują ponad 30% ruchu, a jednocześnie głośno zapowiadają konieczność dalej idącego zarządzania przepływem pakietów. Nie sposób uniknąć pytania: dlaczego Komisja chce czekać do momentu, w którym będzie za późno?


TOP 200