Pochwała kontynuacji

Czy naprawdę wielkie projekty teleinformatyczne nie miały większego wpływu na proces modernizacji III RP?

W zasadzie wszystko jest do bani. Żaden centralny system informatyczny nie działa jak należy. Są wprawdzie wyjątki, czyli system Schengen, IACS i PESEL, ale - jak wiadomo - te potwierdzają tylko regułę. Informatyzacja III RP leży. Taki obraz wyłania się z artykułu napisanego przez Andrzeja Gontarza i Sławomira Kosielińskiego, zamieszczonego w 13 numerze Computerworld. I chociaż Autorzy nie formułują tego wprost, to wnioski nasuwają się same. W zasadzie należałoby posprzątać cały ten bałagan i zacząć wszystko od początku.

Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Czy naprawdę wielkie projekty teleinformatyczne nie miały większego wpływu na proces modernizacji III RP? Zgadzam się z tym, że każdy z nich mógł być zrobiony mądrzej, szybciej i taniej. Widoczny jest brak wieloletniej strategii informatyzacji państwa, systemy mają wąski (resortowy) charakter, a przechowywane w nich informacje są często marnej jakości. Idealnie nie jest, to pewne. Ale czy idealnie być może? To, że w istnienie świata idealnego wierzy nasza administracja, ogłaszając przetargi na realizację złożonych projektów, które pełnię funkcjonalności osiągać mają w kilka miesięcy, nie oznacza jeszcze, że istnieje on naprawdę.

Jak długo miarą sukcesu wdrożenia będzie dotrzymanie nierealistycznych założeń, tak długo odnotowywać będziemy same klęski, nie dostrzegając, że coś jednak działa, i to czasami całkiem nieźle. Doświadcza tego każdy obywatel jako podatnik w systemie POLTAX czy kierowca w systemie CEPiK. Systemy działają, bo - na szczęście - ich wdrożenia nie załamują się po medialnym odtrąbieniu klęski. Ważne dla ich dalszych losów jest jednak to, czy w pierwszym podejściu udało się je w ogóle uruchomić. Bez znaczenia jest zakres osiągniętej funkcjonalności, wydajność, łatwość obsługi czy też ilość błędów koncepcyjnych i programowych. Jeżeli system ruszył, to pomimo wszystkich niedoskonałości i niedoróbek darowane jest mu drugie życie. Ma szansę na to, że jego wdrożenie zacznie się od początku - tym razem już bez presji terminów nierealnego harmonogramu, za to z presją, którą na twórców systemu wywiera armia niezadowolonych użytkowników. To wyjątkowo konstruktywna siła, bezlitośnie weryfikująca teoretyczne założenia. Właściwie skanalizowana potrafi z największego gniota zrobić perłę. Potrzeba tylko czasu, cierpliwości i dodatkowych pieniędzy. Jeżeli tych nie braknie i nie braknie cierpliwości politycznym sponsorom, system "czyści" się niejako samoistnie.

Zawsze takie wdrożenie kosztuje więcej niż pierwotnie zakładano, trwa o wiele dłużej, a często nie kończy się nigdy. I nie ma w tym bynajmniej nic bulwersującego, gdyż dużych i skomplikowanych systemów nie wymienia się często. Z reguły żyją długo, co oznacza, że mechanizmy ich dopasowania do zmieniającego się otoczenia (często postrzegane jako niekończące się wdrożenie) muszą być elementem normalnej eksploatacji.