Piraci są wśród nas

Każdy, kto choć raz był na jednej z wielu giełd komputerowych (jest chyba w każdym dużym mieście) miał prawdopodobnie wrażenie, iż Polska (w przeciwieństwie do ogólnie szanowanych, tzw. "rozwiniętych" państw) jest szczególnie dotknięta problemem piractwa, i że trudno byłoby znaleźć inny kraj, w którym zjawisko to byłoby widoczne w podobnej skali. Aby nie było nam aż tak bardzo wstyd, przeczytajmy artykuł jednego z redaktorów Computerworlda USA, który pokazuje, że za oceanem również grasują różnej maści komputerowi piraci - zarówno drobni złodziejaszkowie, jak i groźni gwałciciele (praw autorskich oczywiście).

Każdy, kto choć raz był na jednej z wielu giełd komputerowych (jest chyba w każdym dużym mieście) miał prawdopodobnie wrażenie, iż Polska (w przeciwieństwie do ogólnie szanowanych, tzw. 'rozwiniętych' państw) jest szczególnie dotknięta problemem piractwa, i że trudno byłoby znaleźć inny kraj, w którym zjawisko to byłoby widoczne w podobnej skali. Aby nie było nam aż tak bardzo wstyd, przeczytajmy artykuł jednego z redaktorów Computerworlda USA, który pokazuje, że za oceanem również grasują różnej maści komputerowi piraci - zarówno drobni złodziejaszkowie, jak i groźni gwałciciele (praw autorskich oczywiście).

Największe cięgi za piractwo zbierają indywidualni użytkownicy komputerów. Jak się jednak ostatnio okazało, wcale nie lepsi są profesjonalni informatycy, którzy dopuszczają się nielegalnego kopiowania oprogramowania na wcale niemałą skalę. Rozmiary takiego procederu najlepiej ukazują wyniki ankiety opublikowanej w maju 1995 r. przez Computerworld. Pytania zadane 255 informatykom zakładowym obejmowały swą tematyką różne kwestie dotyczące spraw etyki zawodowej. Ankieta była anonimowa, dlatego można było liczyć na dużą szczerość wypowiedzi.

Defekt etyki

Oprócz tego, że prawie połowa badanych przyznała się do nielegalnego kopiowania komercyjnego oprogramowania, 15% z nich sympatyzuje z hakerami, a 6% kopiowało dla siebie zawartość plików z tajnymi danymi swojej firmy.

"Informatycy mają umiejętności potrzebne do tego, aby oszukać system i to czyni ich bardziej podatnymi na pokusy" - stwierdza John Glaser, zastępca dyrektora ds. informatyki ze szpitala kobiecego z Bostonu. "Wystarczy w wydziale jedna czarna owca, aby narobić przerażających szkód".

Zdarzało się, że ankietowani nie zdawali sobie sprawy z tego, iż opisywane przez nich czynności są łamaniem prawa. Aż 62% badanych stwierdziło, że normalną dla nich rzeczą byłoby ściągnięcie artykułów z sieciowych serwisów wiadomości on-line i swobodne ich dalsze rozpowszechnianie; a przecież JEST to pogwałcenie praw autorskich.

Te odkrycia dowodzą istnienia poważnych defektów w etyce zawodowej informatyków i kontrastują z innymi wypowiedziami, wg których można by ich spokojnie uznać za świętych. Oto w większości deklarują oni, że zawsze uiszczają opłaty rejestracyjne za programy klasy shareware, i że nigdy nie zdradziliby szczegółów z życia osoby znanej publicznie, gdyby takowa znalazła się w powierzonej ich opiece bazie danych osobowych.

Badacze spraw etyki zawodowej uważają, że opisane zjawiska mają przynajmniej trzy przyczyny:

  • Niektórzy pracownicy są zwyczajnie niedokształceni i nie znają wszystkich szczegółów prawnych - nie wiedzą zatem co można, a czego nie można robić z materiałami strzeżonymi przez prawa autorskie.

  • Niektórzy mają dokładną wiedzę na wymienione tematy, ale umieją w każdym przypadku znaleźć na własny użytek praktyczne usprawiedliwienie popełnianych wykroczeń.

  • Znajdująca się w mniejszości grupa osób wykazuje ogólne braki etyki osobistej we wszystkich aspektach swego życia.
"Informatycy są tylko ludźmi i jako tacy są skażeni różnymi ludzkimi słabostkami" - mówi John Glaser. "Jest jednak w ich zawodzie pewien czynnik unikalny - konflikt między możliwościami, jakie dają im umiejętności a specyficzną odpowiedzialnością zawodową, jaka wynika z faktu, iż - jak dawniej kapłani - to właśnie oni są strażnikami największychtajemnic firmy".

Przykład idzie z góry

Przykro to stwierdzić, ale aż 47% ankietowanych przyznało się do nielegalnego kopiowania firmowego oprogramowania, chociaż z drugiej strony 78% z nich zgodziło się, iż pod żadnym pozorem nie powinno się tego robić.

"Spotykaliśmy się z sytuacjami, w których szef działu informatycznego instalował osobiście nielicencjonowane pakiety lub robił z nich kopie do prywatnego użytku. Zdarzało się niejednokrotnie, że zezwalał on na dostęp do serwera większej liczbie użytkowników, niż wynikało to z zakupionej licencji" - wspomina Robert Kruger z BSA (Business Software Alliance z Waszyngtonu - firma powołana do ochrony praw autorskich w USA). "Jeśli piractwo zdarza się w przedsiębiorstwie, ślad zawsze wiedzie do działu informatycznego firmy - informatycy zwykle wiedzą i przyzwalają na popełnienie przestępstwa. Czasem sami biorą w nim udział".

Jeśli do akcji wkracza BSA, problem przestaje być czysto etyczny, nie jest to już także kwestia sprzeczności interesów autorów i piratów. BSA jest sławne z tego, że wielokrotnie doprowadzało do procesów sądowych, w wyniku których przedsiębiorstwa przyłapane na piractwie musiały wypłacać ogromne odszkodowania. Szacuje się, że koszty ponoszone przez łamiące prawo firmy - nawet w przypadku zawarcia ugody pozasądowej - są przeciętnie dwa razy większe, niż koszt licencji, która jest przedmiotem sporu. "Jeśli sprawa pójdzie do sądu i pozwany przegra, kara może sięgnąć sumy 100 tys. USD za jeden pakiet i zdarza się, że sumaryczny koszt liczy się w milionach USD" -mówi Robert Kruger.

Prywatność pod ochroną

Ciekawie kontrastuje z tym wszystkim fakt, iż 64% badanych w ankiecie stwierdziło, że zawsze rejestruje używane przez siebie programy shareware'owe oraz, że są oni bardzo wrażliwi na problemy ochrony tajemnicy prywatnej w systemach komputerowych.

Przeważająca większość (84%) respondentów stwierdziła, że nie zdradziłaby nikomu żadnych informacji z osobowych baz danych, jakimi się opiekują; 63% protestuje przeciwko kontrolowaniu poczty elektronicznej pracowników; 57% obawia się, że kampanie reklamowe wykorzystujące osobowe bazy danych "posuwają się za daleko".


TOP 200