Pesymizm mocno uzasadniony

Z obserwacji rynku szkoleń dla menedżerów wynika, że ani matka, ani podwórko, ani wyższa uczelnia nie nauczyła ich niczego pożytecznego.

Z obserwacji rynku szkoleń dla menedżerów wynika, że ani matka, ani podwórko, ani wyższa uczelnia nie nauczyła ich niczego pożytecznego.

Czasem czytam oferty firm szkoleniowych specjalizujących się w niesieniu pomocy menedżerom, handlowcom, kierownikom niższych szczebli. Przyznaję, że prawie zawsze po takiej lekturze ogarnia mnie bezbrzeżne zdumienie, że jak to możliwe, aby dorośli ludzie, wychowani w normalnym (jednak normalnym mimo naszych przygód ustrojowych) społeczeństwie, często ponadprzeciętnie wykształceni, pełniący różne społeczne i zawodowe role, musieli szukać porady w najbardziej podstawowych ludzkich sprawach. Tematy szkoleń menedżerskich jedynie w małym stopniu dotyczą bowiem kontrolingu, procesów produkcyjnych i narzędzi informatycznych, służących do zarządzania. Większość tematów kursów dotyczy fundamentalnych ludzkich zdolności, czyli umiejętności mówienia i słuchania, kształtowania swojego wizerunku, budowania szacunku dla siebie, samodzielności, podejmowania decyzji, radzenia sobie ze stresem, mobilizacji do osiągnięć, rozładowywania konfliktów, organizacji własnego czasu, a nawet prowadzenia rozmów, w tym rozmów telefonicznych.

Kilkaset firm świadczących w Polsce tego typu szkolenia ma tysiące klientów! To przecież jakaś paranoja - ci klienci uczą się życia wśród ludzi. No bo jak nazwać inaczej tego typu edukację. Nieodparcie nasuwa się jedno pytanie. Co ci wszyscy ludzie robili w domu rodzinnym, w szkole, na podwórku, na koloniach, w klubach studenckich, na egzaminie magisterskim, na randkach, w pierwszej swojej pracy itd. Byli tam wszędzie "na niby"? Niemożliwe. Przecież funkcjonowali w pewnych społecznościach i musieli jakoś mówić, słuchać, radzić sobie z kłopotami, przekonywać do swoich racji, decydować o swoim i cudzym życiu. Co więc dzisiaj się stało z nimi takiego, że nagle postrzegają siebie jako analfabetów społecznych, ludzi nie umiejących porozumiewać się z innymi?

Od konsultantów słyszę na ogół następujące wyjaśnienie. Otóż menedżerowie i kierownicy niższych szczebli zdają sobie sprawę, że coraz trudniej im będzie zarządzać ludźmi za pomocą kija i marchewki, wydawać rozkazy i egzekwować wykonanie, kontrolować, karać i nagradzać. Teraz pracowników trzeba motywować do pracy, czyli odwoływać się do subtelniejszych pokładów ich psychiki niż strach, pazerność, potrzeba bezpieczeństwa, podległość wyższym w hierarchii. A zatem trzeba nauczyć się z nimi komunikować, rozumieć ich i być rozumianym. Czyli interpersonalne umiejętności nabyte w życiu prywatnym lub towarzyskim przełożyć na pracę zawodową.

Myślę, że jest też inna przyczyna. Za czasów realnego socjalizmu psychologowie ukuli termin "wyuczona bezradność" w celu opisania postaw, w których ludzie przyzwyczaili się, że państwo się o nich troszczyło aż do tego stopnia, iż nawet niespecjalnie zależało im na wolności i samodzielności, na wzięciu swoich spraw w swoje ręce. W opisywanym dzisiaj przeze mnie zjawisku też jest coś z takiej "wyuczonej bezradności". Wraz z nowymi regułami gospodarczymi, a zatem i społecznymi, i politycznymi, nasze stosunki z innymi ludźmi stały się szalenie powierzchowne, podporządkowane kilku zaledwie wytycznym awansu, kariery, dobrobytu, lobbingu. Moim zdaniem, uczestniczenie w tego typu szkoleniach jest próbą odzyskania pełni w kontaktach z ludźmi, bezpieczną próbą, bo czynioną w kontekście pracy zawodowej, a więc chroniącą intymność człowieka. Jest próbą przypomnienia sobie tego, jak układaliśmy się z kolegami w piaskownicy i tego, co tłumaczyła matka, przeprowadzając za rękę przez ulicę.