Państwo państwa K.

Czy prywatny przedsiębiorca, którego celem jest sukces gospodarczy, przejawiający się zyskiem, może być równocześnie porządnym człowiekiem i patriotą, zasługującym na szacunek, dlatego że umie działać w warunkach konkurencji, sięga po najnowsze technologie, zapewnia miejsca pracy, płaci państwu podatki?

Czy prywatny przedsiębiorca, którego celem jest sukces gospodarczy, przejawiający się zyskiem, może być równocześnie porządnym człowiekiem i patriotą, zasługującym na szacunek, dlatego że umie działać w warunkach konkurencji, sięga po najnowsze technologie, zapewnia miejsca pracy, płaci państwu podatki?

Niektórzy zawodowi politycy wydają się w to wątpić. W polskim języku politycznym bogactwo lub biznes bywają synonimem korupcji, podejrzanych relacji, a przede wszystkim "układu". Myśląc w tych kategoriach, łatwo jest zlekceważyć wartość, jaką dla państwa może mieć wiedza, która jest w posiadaniu aktywnych uczestników komercyjnego rynku, w tym przedsiębiorców z sektora technologii informacyjnych.

Rynek robi swoje

Dzisiaj chyba niewielu urzędników nie korzysta na co dzień z komputera, Internetu, telefonu komórkowego. To w równej mierze efekt wdrażania rządowych i samorządowych projektów systemów teleinformatycznych, jak i rynku, który udostępnia usługi każdemu obywatelowi, w tym również urzędnikom. W planowaniu systemów teleinformatycznych często przyjmuje się założenie, że administracja sama zbuduje i będzie eksploatować potrzebne jej sieci. W rozumieniu rynkowym administracja chciałaby być i operatorem telekomunikacyjnym, i dostawcą usług zarówno dla siebie, jak i dla obywateli.

Państwowe czy prywatne - to dylemat, który po kilku latach od przełamania monopolu i prywatyzacji sektora telekomunikacji powinien brzmieć dziwacznie. Chyba trudno by było dzisiaj znaleźć kogoś, kto uważa, że panujące kiedyś niepodzielnie i wszechwładnie przedsiębiorstwo państwowe Polska Poczta Telegraf i Telefon było lepszym pomysłem - niż wolny rynek - na wydostanie Polski z ostatniego miejsca w Europie pod względem dostępności usług telekomunikacyjnych.

Korzyści z wprowadzania konkurencji w telekomunikacji są przecież ewidentne - spadek cen, możliwość wyboru usługodawców, sposobów dostępu do sieci. Konkurencja zmusza przedsiębiorców telekomunikacyjnych do ciągłej poprawy efektywności, zastosowania nowych rozwiązań technologicznych, wprowadzania usług, które lepiej trafiają w oczekiwania konsumentów. Z kolei dla inwestorów na tym rynku najciekawsza jest transformacja jego struktury, zmiana ról, nowe sposoby działania. Walczący o efektywność operatorzy sieci uczą się kupować na rynku usługi, które kiedyś świadczyli w oparciu o własne zasoby. Niestety wiedza na temat tendencji rynkowych, które sterują coraz silniej sektorem telekomunikacji, słabo przebija się do osób decydujących o projektach teleinformatycznych w administracji publicznej.

Dobre, bo państwowe

Strategię rozwoju systemów teleinformatycznych, z których ma korzystać administracja rządowa, cechuje etatyzm, którego nie tłumaczy programowa niechęć obecnego rządu do liberalizmu. Wymóg pełnej państwowej kontroli nad planowaniem, budową, eksploatacją, a może nawet własnością sieci - wprawdzie poparty nie do końca wyjaśnionymi racjami bezpieczeństwa - to objaw wyraźnej niechęci lub nieufności wobec firm prywatnych, niezbędnych do realizacji projektów w administracji publicznej. Co gorsza, ten rodzaj prawicowego etatyzmu jest dziwną synkretyczną mieszanką z lewackim stosunkiem do samych przedsiębiorców, których należałoby trzymać jak najdalej od polityków i administracji.

Zapewne dlatego przepisy uchwalanych w niemałym sejmowym mozole ustaw o partnerstwie publiczno-prywatnym i lobbingu są jak dotąd fikcją. Prawo o zamówieniach publicznych to katorga niekończących się sporów proceduralnych. Publiczne konsultacje według KPA ogranicza się najczęściej bezpiecznie do "neutralnych" izb gospodarczych. Trochę lepsze warunki dla prezentacji opinii daje postępowanie konsultacyjne w Prawie telekomunikacyjnym. Pomimo znacznego postępu, jaki dokonał się w tej dziedzinie pod rządami obecnej Anny Streżyńskiej, prezes UKE, i w tym przypadku przeważa formalizm procedury lub kwestie techniczne, zamiast wymiany wiedzy o kwestiach zasadniczych.

Poród przerywany

Wielkie systemy teleinformatyczne, które mają obsługiwać administrację rządową, od kilkunastu lat rodzą się w ciężkich bólach i skurczach przerywanych kolejnymi wyborami, po których część prac niekiedy rozpoczyna się prawie od nowa, według zmodyfikowanych koncepcji i priorytetów. Oczekiwanie, że ustawa o informatyzacji może być remedium na wszelkie kłopoty, jest wygórowane, bo nowe prawo wdrażają biurokraci, nie inni od tych, którzy przyczynili się do obecnych problemów. Nowe techniki sieciowe wymuszają zmiany, ale budowanie systemów rządowych odbywa się według tradycyjnych konserwatywnych zasad i procedur. Wciąż debatuje się nad architekturą sieci rządowych, idealnie dostosowaną do struktury administracji, zamiast nad zmianami w administracji, które wykorzystają możliwości nowoczesnej teleinformatyki.

Nie sposób zagwarantować pozytywnego efektu sporego wysiłku, który pochłania administracyjne definiowanie ogólnie obowiązujących wymagań dla rządowych systemów teleinformatycznych lub wzorca interoperacyjności, ponieważ nikt nie wie jak będzie wyglądał rynek w przyszłości. Jeżeli ktoś ma w tej dziedzinie coś przewidywać, na pewno należy go szukać w sektorze prywatnym, czyli na rynku, bo przecież na pewno nie wśród biurokratów.

Warto rozmawiać

Być może należałoby uznać, że dotychczasowe podejście do informatyzacji państwa, które można by nazwać "projektowym", nie jest właściwe, skoro wieloetapowa droga od zidentyfikowania potrzeb, poprzez zinwentaryzowanie zasobów, przygotowanie koncepcji, kolejne przetargi, po osiągniecie pełnej funkcjonalności jest tak długa, że zwykle nie wystarczy do tego kadencja jednego rządu.

Celem samym w sobie nie musi być też koordynacja wszystkich systemów, bo niezależnie od teoretycznych racji, informatyzacja dotyczy wszelkich obszarów aktywności państwa. Postulowane przez niektórych powołanie czegoś w rodzaju superministerstwa informatyzacji, to albo problem wkraczania w konstytucyjne kompetencje centralnych organów administracji państwowej, albo brak skuteczności.

Tym, czego na pewno należałoby żądać od osób odpowiedzialnych za informatyzację państwa, jest radykalna poprawa mechanizmów wymiany wiedzy z uczestnikami sektora, tak by poglądy na temat miejsca i roli informatyki w państwie mogły jak najczęściej ścierać się w stałej debacie. Codziennej wymiany wiedzy nie zastąpią nieco fasadowe ciała w typie Rady Informatyzacji, czy formalna możliwość komentowania oficjalnych rządowych dokumentów.

To oczywiście apel również do polskich uczestników sektora, którzy powinni inwestować w wiedzę na tematy strategiczne i systemowe.