Otwieranie otwartych zasobów

Technologie uchyliły wrota do wytworów myśli ludzkiej w sposób niemożliwy w czasach "analogowych". Dziś misją cywilizacyjną jest poszerzanie dostępu do wartościowej informacji, ale twórcy tę wartość kreujący obawiają się o swoje pieniądze.

Publiczne konsultacje założeń ustawy o otwartych zasobach, prowadzone na początku roku przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, sprowokowały burzę protestów w środowiskach zajmujących się ochroną interesów twórców, naukowców, wydawców. Podwyższona temperatura dyskusji musiała zaskoczyć ministerialnych autorów projektu. A przecież zespół przygotowujący te robocze założenia nie działał w tajemnicy. Publikację dokumentu poprzedziło kilka miesięcy spotkań, warsztatów z przedstawicielami różnych organizacji pozarządowych. Można powiedzieć, że środowiska pretendujące do reprezentowania "klasy kreatywnej" przespały okazję do zaangażowania się w debatę publiczną, zanim założenia projektu powstały. Trochę to powinno dziwić, bo minister Boni o idei otwartych zasobów mówi przynajmniej od początku kadencji.

Otwartość zasobów i zasad

Zaskoczenia, lamenty i oskarżenia o nieczyste gry lobbingowe wciąż towarzyszą wielu projektom rządowym. Być może tym, którzy nie potrafią się pozbierać w potencjale elektronicznych kanałów dystrybucji wiedzy i sztuki, trudno jest też zrozumieć lub docenić nowe narzędzia konsultacji rozwiązań politycznych i legislacyjnych. Na razie widzą w nich zaledwie siłę przekazu mediów wzmacniających tak samo protesty, jak ich codzienne dokonania. Śledzenie oficjalnych forów, gdzie kiełkują pomysły na nowe regulacje, nie jest dziś ani trudne, ani kosztowne. Można brać przykład choćby z firm próbujących wyżyć na rynku z zamówień dla sektora publicznego. Zaczynają one każdy dzień od przeglądu informacji o przetargach. Żeby zdążyć złożyć prawidłową ofertę, nieraz trzeba się wykazać sporą czujnością.

Publikacja projektu założeń dla przyszłych rozwiązań legislacyjnych lub politycznych, praktykowana przez ministra Michała Boniego, to miał być wstępny etap procesu tworzenia ustawy, kiedy zwykle można prezentować kompletnie odmienne punkty widzenia, opinie lub stanowiska. Z różnych powodów zainteresowani nie rozumieją chyba zasad dyskusji. Niezależnie od intencji ministra administracji i cyfryzacji, wciąż brakuje mechanizmu konsultacji, zapewniającego nie tylko tę mityczną przejrzystość stanowienia prawa, gdzie nie ma miejsca na korupcję, ale też zachęcającego do pogłębionej debaty. W Ministerstwie Gospodarki powstała już techniczna platforma dla publicznych konsultacji nowych projektów rządowych, ale to nie gwarantuje, że ludzie nabiorą dystansu do innych punktów widzenia, starając się je zrozumieć.

Pani płaci, pan płaci...

Zamysł założeń do ustawy o otwartych zasobach proponowanej przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji jest prosty. Pewnie dlatego wydawał się autorom na tyle czysty i oczywisty, że postanowili wzruszyć zastane bariery. Jeżeli coś jest tworzone za publiczne pieniądze, czyli za pochodzące z naszych podatków, to powinno być dostępne bez utrudnień lub ograniczeń.

Tak już jest w wielu dziedzinach. Dzięki cyfryzacji zasobów domeny publicznej bibliotek, muzeów, filmotek, fonotek, zbiorów zdjęć, archiwów zyskaliśmy na przestrzeni kilku ostatnich lat dostęp do części dorobku całej nowożytnej cywilizacji. Od tej zasady są różne, przeważnie uregulowane prawnie, wyjątki, choćby kwestie tajności i poufności informacji zbieranych przez państwo. Na szali interesu publicznego broni ich potrzeba zbiorowego bezpieczeństwa, uznana za ważniejszą niż zaspokojenie ciekawości lub najsłuszniejszego subiektywnie głodu wiedzy. Na co dzień posługujemy się wieloma informacjami, które są prawnie chronione, ze względu na naszą prywatność, własność, bezpieczeństwo.

Częściowo nierozstrzygnięte pozostają problemy z zabezpieczeniem praw własności intelektualnej. Tych kwestii ustawa o otwartych zasobach nie rozstrzygnie, bo to domena prawa autorskiego. Nowa ustawa nie znosi praw autorskich. Spora część protestujących jednak właśnie w tym obszarze upatruje nieakceptowalnych zagrożeń. Tyle że racja, w imię której państwo ma chronić partykularny interes jednostek kosztem powszechnej dostępności najbardziej wartościowych utworów, nie trzyma się kupy. Jeżeli zachowawczo myślący reprezentanci twórców chcą się trzymać kategorii bezpieczeństwa ekonomicznego, to należy rozważyć, czy mogą korzystać z pomocy publicznej. Jej reguły w ramach wspólnoty są równe dla wszystkich.

Darmowa porada

Błąd ministerstwa proponującego projekt założeń do ustawy chyba polega na niedostatecznym rozpoznaniu przedpola dla nowej regulacji. Zaniechano tego, co jest kluczowe. Teoretycznie trudno było zapomnieć, że szczytna idea otwartych zasobów jest też grą o realne pieniądze twórców, naukowców, wydawców, instytutów, uniwersytetów.

Trzeba rozważyć łańcuch wartości, który na rynku globalnym ewoluuje wraz z rynkiem publikacji naukowych. Ta dyskusja odbywa się na świecie prawie wszędzie, bo działają nadal drogie i uznane tytuły, które ostro filtrują nadsyłane artykuły, a każdą publikację opiniują autorytety pracujące dla redakcji. Na przeciwległym końcu jest nowa generacja wolnego obiegu publikacji w typie PLoS lub PeerJ, gdzie testuje się społecznościowe mechanizmy weryfikacji i finansowania. Taktownie jest wspomnieć, że w obu przypadkach wydawcy mogą liczyć na wsparcie państwa.

Najbardziej renomowane, wysoko punktowane w dorobku naukowym światowe czasopisma każą sobie płacić za publikacje, ale też stosują ostrą merytoryczną selekcję. To tradycyjny model. Publikacja jest częścią budżetu projektu. Zwieńcza projekt badawczy finansowany z innych źródeł. Opłaty nie są wielkie, ale wciąż istotne dla Polaków, przyzwyczajonych do podłączania się do znacznie lepiej budżetowanych projektów zagranicznych. Zawsze jest też jakaś pula publikacji bezpłatnych, "sponsorowanych" dla zdolnych naukowców z rynków wschodzących. W Polsce czasopisma naukowe są finansowane pośrednio z budżetu państwa lub budżetów uczelnianych, czy też instytutowych. Nie wystarczy powiedzieć, że teraz mają być dostępne w internecie za darmo. Trzeba pokazać, jak je po nowemu finansować. Oby miały zasoby, które warto otwierać.