Opłata reprograficzna to kolejny zły pomysł

Opłata reprograficzna, nazywana często po prostu podatkiem od elektroniki, to kolejny pomysł, który zdaje się przeczyć logice.

Opłata reprograficzna to zły pomysł / Fot. Austin Distel, Unsplash.com

Opłata reprograficzna to zły pomysł / Fot. Austin Distel, Unsplash.com

Reprografia obejmuje usługi związane z powielaniem i kopiowaniem dzieł i dokumentów. Dotyczy zarówno treści pisanych, jak i multimediów. Opłata reprograficzna - w zamierzeniu rządu - jest dodatkowym wynagrodzeniem dla twórców z tytułu rekompensaty na rzecz uczciwej kultury. A dlaczego rekompensaty? Ponieważ politycy uznali, że skoro użytkownik kupuje np. laptopa, to może następnie w sposób niekomercyjny korzystać z poszczególnych dzieł i je kopiować. Nikt bowiem nie może zabronić użytkownikowi kopiowania poszczególnych treści na użytek prywatny - a ten może obejmować np. przygotowanie kopii dla członków rodziny, co może sprawić, że dany twórca straci szansę zarobku. Zamiast bowiem trzech e-booków, sprzeda tylko jednego. To samo można powiedzieć o grach, filmach czy muzyce.

Opłata reprograficzna - kto ją zapłaci?

Dystrybutorzy, producenci oraz importerzy towarów objętych tym podatkiem. A mówimy tutaj o takim sprzęcie jak kserokopiarki czy skanery, ale też tablety, czytniki e-booków, komputery stacjonarne i przenośne, czy nawet telewizory, ale tylko "z funkcją nagrywania lub odtwarzania nośników zewnętrznych". W praktyce to w zasadzie wszystkie nowoczesne TV. Do tego dochodzi sprzęt audio, a nawet aparaty fotograficzne (choć nie wszystkie). Jeśli zaś chodzi o same kwoty, stawki są zróżnicowane, niemniej Rządowe Centrum Legislacji chce, aby danina wynosiła nawet 4% ceny brutto, czyli 4 zł na każde 100 zł z ceny produktu. Zależnie od produktu, jest to od 1 do 4%.

Zobacz również:

  • Ukraina akceptuje kryptowaluty

Zobacz: Hodl

Co ciekawe, opłata reprograficzna nie dotyczy smartfonów. Nie dlatego, że te nie pozwalają na kopiowanie treści - powód jest inny. Producenci i inne firmy naciskały rząd, aby opłata nie obejmowała smartfonów, bo te są jednymi z najczęściej kupowanych urządzeń przez Polaków.

Sprawdź: Windows 11

Opłata ma być uiszczana na rzecz podmiotów praw autorskich, w tym podmiotów prywatnych, a nie do fiskusa. To ma sprawiać, że nie powinniśmy jej nazywać podatkiem, czy podatkiem od piractwa. Tylko jak, w praktyce, producent czy dystrybutor sprzętu oceni, który z autorów faktycznie powinien otrzymać środki w ramach tej rekompensaty? Opłatę trzeba uiścić przy sprzedaży danego sprzętu, a skąd mamy wiedzieć, czego będzie słuchał, czy też co będzie oglądał dany użytkownik? Już to budzi spore wątpliwości.

Dalej - jak tego nie nazywać podatkiem, skoro jest to kilka proc. ceny produktu, z których musimy rezygnować. Obojętnie jak to nazwiemy, jest to podatek. Podobnie jak składka zdrowotna w Polskim Ładzie - ot, podatek, ale pod inną nazwą.

Nie powinno więc dziwić zachowanie firm, które zwyczajnie przerzucają te koszty na konsumenta. I tak, ostatecznie, za wszystko i tak płaci klient, a sami artyści i tak nie otrzymają takich pieniędzy, na jakie zasługują. Nikt bowiem nie jest w stanie obiektywnie ocenić, kto i ile środków powinien otrzymać.

Zobacz: Bubble AM

Warto dodać, że do tej pory funkcjonowała już podobna ustawa, zapewniające ściąganie 3% od ceny wyznaczonych produktów. Teraz jednak opłata reprograficzna jest rozszerzana na kolejne urządzenia, a opłaty wynoszą od 1 do 4%.

Podsumowując, opłata reprograficzna to kolejny wymysł rządzących, który trudno określić mianem przemyślanego. Podatek, który nie jest podatkiem, za który i tak zapłacą konsumenci.

W celu komercyjnej reprodukcji treści Computerworld należy zakupić licencję. Skontaktuj się z naszym partnerem, YGS Group, pod adresem [email protected]

TOP 200