Odwlekanie egzekucji

Warunkiem długotrwałego wzrostu jest zrównoważenie finansów publicznych. Nie da się tego osiągnąć bezboleśnie. Politycy wymyślają więc coraz to nowe sposoby, by nie przestraszyć wyborców, a przede wszystkim by się im nie narazić.

Nie można bez przerwy żyć na kredyt. Kiedyś trzeba uporać się z tym problemem, czyli chwycić byka za rogi. Najlepiej w okresie dobrej koniunktury. Biorąc pod uwagę fakt, że w 2006 r. PKB wzrósł o 6,2%, w ubiegłym roku o 6,5%, a w tym roku, jak przewidują analitycy, powiększy się co najwyżej o 5,5%, najlepsze lata mamy już za sobą. Istnieje więc niebezpieczeństwo, że jeśli reforma nie zostanie przygotowana w tym roku i wdrożona w przyszłym roku, znów odsunie się w bliżej nie określoną przyszłość.

Prawdziwa reforma finansów publicznych musi polegać na ograniczeniu sztywnych wydatków budżetu, które stanowią aż 70%. Najwięcej ważą wydatki na cele socjalne, wrażliwe polityczne. I w tym właśnie tkwi problem. Politycy dwoją się i troją, by o cięciach wydatków budżetowych mówić jak najmniej. Była wicepremier i minister finansów, Zyta Gilowska, przygotowała namiastkę reformy, polegającą na konsolidacji finansów publicznych (likwidacja niektórych funduszy, agencji, etc.). Oszczędności miały wynieść 8-10 mld zł, a więc niewiele, nawet w zestawieniu z ubiegłorocznym, wyjątkowo niskim deficytem budżetowym (według szacunków 17-18 mld zł). W tym roku deficyt będzie sporo wyższy, sięgnie prawie 29 mld zł, bo choć posłowie ubiegłej kadencji nie zdążyli uchwalić ustawy konsolidacyjnej, to bardzo szybko uporali się z kilkoma innymi, kosztownymi dla budżetu rozwiązaniami. Niektóre z nich zwiększają wydatki (np. coroczna waloryzacja emerytur), inne zmniejszają wpływy (ulgi podatkowe na dzieci). W ubiegłym roku zrobiono więc duży krok w zupełnie przeciwną stronę.

Stanisław Gomułka, obecny wiceminister finansów, któremu powierzono przygotowanie reformy finansów publicznych, jeszcze nie zdradza szczegółów, ale już zapewnia, że cięć w wydatkach socjalnych nie będzie. Głównym obszarem reformy ma być system emerytalny. Wiceminister nie mówi o odstąpieniu od wcześniejszych emerytur (koszt 20 mld zł rocznie), lecz o stworzeniu zachęt do pobudzenia aktywności zawodowej, tak by opłacało się pozostawać na rynku pracy. To eufemizm czy zapowiedź miękkiej reformy? Z KRUS (koszt 15 mld zł rocznie) jest jeszcze ciekawiej. Wprawdzie resort finansów odpowiada za uzdrowienie finansów publicznych, ale zmiany w KRUS (15 mld zł rocznie) przygotowuje ministerstwo rolnictwa, kierowane przez koalicjantów z PSL. Wicepremier Pawlak przyznaje, że nic jeszcze nie jest przesądzone, ale już uspakaja swój elektorat, że reforma dotyczyć będzie zaledwie kilku tysięcy osób. Dla zwolenników prawdziwej reformy finansów publicznych oznacza to tyle, że swoje oczekiwania powinni poskromić. Nie wiemy więc, czy obecna władza będzie miała odwagę chwycić byka za rogi, czy też wprowadzi kilka kosmetycznych zmian, które dumnie nazwie reformą.


TOP 200