Od face to face do interface to interface

Pamiętając o wszystkich pozytywach użycia nowych mediów, warto zadać pytanie o koszty. Ceną za eksplozję twórczości, uczestnictwa, pozytywnych doznań jest to, że "kolonizują" one życie ludzi, zawłaszczając je w całym cyklu życiowym.

Pamiętając o wszystkich pozytywach użycia nowych mediów, warto zadać pytanie o koszty. Ceną za eksplozję twórczości, uczestnictwa, pozytywnych doznań jest to, że "kolonizują" one życie ludzi, zawłaszczając je w całym cyklu życiowym.

Nie ulega wątpliwości, że rodzi się hiperspołeczeństwo, które jest efektem pomnożenia innowacyjności przez szybkość komunikacji, intertekstualność, masowość interakcji i potęgowy rozkład zmediatyzowanych relacji społecznych. Powstaje system, który coraz więcej wymaga od ludzi kompetencji i w którym adaptacja do środowiska społeczno-ekonomicznego, kulturowego i technologicznego wymaga wiele więcej niż adaptacja do środowiska przyrodniczego. Totalizacji pracy, rozumianej jako maksymalne wykorzystanie czasu aktywności ludzi do zwiększenia wydajności, towarzyszy rosnąca totalizacja życia. Słowem: system najbardziej produktywny w dziejach, podporządkowujący człowieka imperatywowi wydajności. Jego zasadą kierowniczą jest intensywna eksploatacja wszystkich zasobów: ziemi (rolnictwo), surowców (przemysł) i wiedzy (postindustrializm).

Bogactwo mediów zwiększa ekstensje, potęguje produktywność systemu, ale eksploatuje człowieka, którego gros działań jest zapośredniczone. Technologia zastępuje coraz więcej relacji międzyludzkich. Komunikacja face to face wypierana jest przez komunikacje interface to interface. Znaczyłoby to, że ekspansja hipermediów pójdzie w kierunku tworzenia nowych interfejsów, które uczynią relację człowiek-medium jeszcze bardziej symbiotyczną, ergo jeszcze bardziej absorbującą. Pojawia się tu pytanie, czy mamy tu jeszcze do czynienia z ewolucją kulturową, czy już może tylko z antropotechnologią?

Mamy do czynienia ze zjawiskami i praktykami medialnymi, które nas pochłaniają. Przybliżę kilka z nich.

Metakultura. Nawiązuję tu do Grega Urbana konceptu metakultury nowości.1 Urban mówi o kulturze, ale można to odnieść do informacji i wiedzy. Dzisiejszy, przeciętny konsument informacji nie przepuszcza jej przez własny filtr, nie wpuszcza w społeczną sieć znaczeń. Wchłania całą masę tekstów i, szybko nimi znudzony, tęskni za kolejnym "pakietem nowości", który już nań czeka. Nie ma czasu na refleksyjne przetwarzanie następnych nowości.

Metakultura ma zakodowany w sobie status nowości. Sukces tekstu, np. hitowego filmu, natychmiast owocuje ciągiem semiotycznym, eksploatowaniem dzieła - wianuszkiem paratekstów (prequele - pre-teksty, sequele, przemysł apparel, remiks, remake itp.), a także forów, czatów, blogów internetowych i in. tematycznie związanych z głośnym tekstem. Można to nazwać postfabrykatami kultury gotowymi do konsumpcji. "Produkcyjniaki" zostały zastąpione przez "konsumpcyjniaki". W społeczeństwie bogatym w mediach występuje mnogość kanałów (10 lat temu w Europie było 250 kanałów TV - dziś 1600).

Tego medialnego smoka trzeba karmić rosnącą zawartością. Czerpie się ją z serwisów społecznościowych. Narzędzia typu templates dostarczają "gotowców", dostępne są banki fabuł, które przyspieszają produkcję tekstów. Tworzone są one już nie tylko przez ludzi, ale także programy, które automatycznie generują infomasę, śmieci (spam). Wszechobecne maszyny widzenia odsłaniają tajemnice ludzi i przyrody. Powstaje cywilizacja samopokazu, który chłoniemy jako odbiorcy. Żyjemy w kulcie informacji, na gruncie którego rodzi się imperatyw nadążania za nią - twierdzi Theodor Roshak w znanej książce "Cult of Information" (Berkeley, 1994).

Redundancja informacyjna. Zjawisko nadmiaru danych i informacji w stosunku do tego, co konieczne, wiąże się z metakulturą nowości. To permanentny backing up - ilość informacji przekraczająca minimum wymagane do funkcjonowania danego systemu. Często celowe zwiększenie redundancji danych jest uzasadnione w celu ułatwienia ich odtworzenia po częściowej utracie czy uszkodzeniu, co ma istotne znaczenie dla bezpieczeństwa funkcjonowania systemów. W dzisiejszych czasach nadmiarowość, zarówno pożądana, jak i niepożądana, jest cechą każdego systemu informacyjnego przesyłającego dane cyfrowe.

System informacyjny, którym jest każdy system kultury, tworzy zapasowe informacje zapewniające odporność przekazu na uszkodzenia. Istnieje prosta korelacja pozytywna między taniością informacji a poziomem redundancji: im więcej tanich informacji, tym więcej redundancji. Systemy autopoietyczne, samoregulatywne, np. język, zawierają mnóstwo nadmiarowych informacji. Bez tych zasobów redundantnych nie byłoby inteligencji. Gdyby ich nie było w naszych głowach, nie moglibyśmy odczytać i zrozumieć częściowo zniszczonych napisów czy niewyraźnej mowy. Dodatkowo, nadmiarowość bywa stosowana do podkreślenia znaczenia. Niecelowa nadmiarowość (np. w wyrażeniach "miesiąc lipiec", "okres czasu", "cofnąć się w tył), jest uważana za błąd językowy, ale jest to zarazem redundancja właśnie. Skrajnym przypadkiem braku redundancji jest tekst w jednym egzemplarzu; na drugim biegunie jest nieograniczona ilość kopii, klonów tekstu, co jest możliwe dzięki cyfryzacji.

Mnożenie obiegów w kulturze pełni ważną funkcję - można dzięki nim dotrzeć do maksymalnej liczby uczestników. Redundancja ma wtedy zwiększyć szanse dotarcia przekazu. Dlatego reklama jest redundantna, powtarzana do znudzenia. Przekaz nieredundantny niesie bowiem ryzyko, że nie dotrze do odbiorcy. Ale tu jest pewien problem: grzebanie w wysypisku danych, stale powiększanym przez procesy redundancji, pochłania mnóstwo czasu i energii. Biblioteka jest też morzem informacji, ale przez wieki nauczyliśmy się po nim nawigować, docierać szybko do celu dzięki precyzyjnym systemom wyszukiwawczym. Internet stwarza sytuację bezkresu jak ocean, ciągle nie mamy bowiem inteligentnego systemu nawigacji.


TOP 200