Nowy wyraz informatyki

Skończmy wreszcie z budowaniem społeczeństwa informacyjnego. Zacznijmy myśleć o wykorzystywaniu technik informacyjnych do rozwiązywania konkretnych problemów. Użytkownicy będą zadowoleni z zastosowań ułatwiających im życie, a dostawcy będą mogli liczyć na nowe rynki zbytu. Żeby osiągnąć ten stan, musimy zacząć mówić o informatyce innym językiem niż do tej pory.

Skończmy wreszcie z budowaniem społeczeństwa informacyjnego. Zacznijmy myśleć o wykorzystywaniu technik informacyjnych do rozwiązywania konkretnych problemów. Użytkownicy będą zadowoleni z zastosowań ułatwiających im życie, a dostawcy będą mogli liczyć na nowe rynki zbytu. Żeby osiągnąć ten stan, musimy zacząć mówić o informatyce innym językiem niż do tej pory.

Nie od dzisiaj wiadomo że rzeczy są w dużej mierze takimi, jakimi je nazwiemy, a zjawiska takimi, jakimi je opiszemy. Filozofowie, językoznawcy i kulturoznawcy zdążyli już znaleźć wiele argumentów potwierdzających wpływ języka, jakiego używamy do opisu świata, na nasz stosunek do rzeczywistości. Klasycznym przykładem jest tu dysproporcja między liczbą słów używanych na określenie pozornie takiego samego śniegu przez nas i przez Eskimosów.

Zdaniem Konfucjusza władcą jest ten, kto zachowuje się zgodnie ze znaczeniem słowa "władca". Gdy jego działania nie przystają do tego pojęcia, nie ma prawa zasiadać dalej na tronie. W myśl niektórych teorii epistemologicznych poznanie naukowe to nic innego, jak właśnie szukanie nowych nazw i odkrywanie nowych pojęć dla scharakteryzowania dostępnych nam składników rzeczywistości.

Nie bez znaczenia jest więc sposób, w jaki będziemy mówić o informatyce - o możliwych jej zastosowaniach, funkcjach do spełnienia czy roli, którą ma do odegrania w życiu całych społeczeństw czy pojedynczych ludzi. Nie bez znaczenia dla jej dalszego rozwoju są przypisywane jej funkcje, wyznaczone miejsce w sferze kontaktów międzyludzkich, zakreślone pole oddziaływania na życie publiczne i działalność gospodarczą. Od tego w dużej mierze będzie zależało, na ile proponowane przez producentów rozwiązania teleinformatyczne znajdą uznanie w oczach potencjalnych użytkowników i nabywców.

Skuteczność i zasięg oddziaływania nowej technologii w głównej mierze zależy nie od jej technicznych możliwości i parametrów, lecz od znaczenia, jakie ludzie przypiszą jej w swoich wizjach świata - od tego, w jakim stopniu użyteczna może się ona okazać w ich wyobrażeniach dotyczących przyszłości (o czym mogli się przekonać chociażby twórcy telefonii komórkowej trzeciej generacji i technologii WAP).

Zawsze i wszędzie?

Bardzo wyraźnie związki pomiędzy sposobem mówienia o rzeczywistości a możliwościami wykorzystania w niej technik informacyjnych można zaobserwować na przykładzie idei elektronicznego rządu. Na tegorocznej konferencji "Miasta w Internecie" aż się prosiło, aby przy przedstawianiu najważniejszych problemów związanych z elektroniczną administracją posługiwać się nowym, zmienionym językiem. Stary nie wnosi bowiem już nic istotnego do sprawy, nie pokazuje nowych, otwierających się perspektyw wykorzystania rozwiązań teleinformatycznych - zamiast tego utwierdza sztywne, niepodatne na nowe inicjatywy modele. "Miasta w Internecie" są bez wątpienia wydarzeniem opiniotwórczym, mającym niebagatelny wpływ na wdrażanie rozwiązań e-government na polskim gruncie. Rola tej konferencji może jednak słabnąć, gdy nie zacznie się na niej mówić nowym, bardziej przystającym do aktualnych potrzeb i problemów językiem.

To samo może zresztą czekać różne inne inicjatywy typu e-gmina, e-miasto czy e-region. Wiadomo że często są to słowa-wytrychy, mające pomóc w uzyskaniu środków z europejskich funduszy strukturalnych. Bezrefleksyjne posługiwanie się nimi może jednak doprowadzić do sytuacji, że będzie się udawało rzeczywiście realizować zapisane w unijnych dokumentach priorytety, które jednak nie będą tak naprawdę rozwiązywały żadnych konkretnych spraw konkretnych ludzi w konkretnych miejscach. Wykazywanie sukcesów na papierze ma u nas wieloletnią tradycję. A to nie ma już nic wspólnego z wykorzystywaniem języka do opisywania rzeczywistości, tylko fikcji.

O elektronicznym rządzie mówi i pisze się wciąż w ten sam sposób. Do prezentacji jego najważniejszych zalet używana jest wciąż ta sama, magiczna formułka: "24/7/365, czyli o każdej porze dnia i nocy, przez cały rok, bez wychodzenia z domu możesz szybko załatwić wszystkie sprawy w urzędzie". Formułka ta bywa zresztą nadużywana również przy zachęcaniu do korzystania i z innych rodzajów usług elektronicznych - e-bankowości, e-handlu, internetowych serwisów informacyjnych itp. Czy rzeczywiście wciąż ma tak dużą moc oddziaływania i przekonywania, jak się wydaje propagatorom różnych rozwiązań teleinformatycznych? Wątpię, aby tak zdefiniowane funkcje były największą zaletą wykorzystania technik informacyjnych w administracji publicznej. Z dwóch co najmniej powodów.

Przede wszystkim, trzeba sobie uzmysłowić, co tak naprawdę próbują nam w ten sposób zaproponować twórcy rozwiązań e-government. W gruncie rzeczy chcą nas przekonać, że potrzebujemy cały czas i na stałe dostępu do różnych urzędów i organów administracji państwowej, a oni nam ten dostęp umożliwią i uszczęśliwią nas tym samym na całe życie. Prawda jest jednak taka, że wizyty w urzędach nie są istotną częścią naszego życia. Co więcej, załatwianiu spraw urzędowych chcielibyśmy poświęcać jak najmniej czasu i uwagi. Tak naprawdę to większość z nas nie chciałaby w ogóle mieć do czynienia z urzędem.

Owszem, dostęp online do zasobów urzędowych jest dzisiaj wymogiem cywilizacyjnym, tak jak możliwość korzystania z radia czy telewizji. Czy warto jednak robić z niego najważniejszy postulat pod adresem nowoczesnej administracji? Czy rzeczywiście zaspokaja on najpilniejsze potrzeby ludzi w środowiskach lokalnych? Być może bardziej niż do stałych kontaktów z urzędem Internet jest im przydatny do umawiania się na randki czy spotkania towarzyskie. Badania prowadzone w Stanach Zjednoczonych i Wlk. Brytanii pokazują, że w serwisach miejskich ludzie najczęściej poszukują informacji turystycznych i związanych z rozrywką. Na trzecim miejscu są zasoby poświęcone służbie zdrowia i opiece społecznej.

Poza tym tak ustawione priorytety elektronicznego rządu nie zapowiadają żadnych nowych, znaczących czy wręcz pożądanych zmian w naszym funkcjonowaniu w rzeczywistości społecznej - nie przynoszą żadnych nowych jakościowo sytuacji i nie otwierają nowych, może nawet o wiele bardziej oczekiwanych niż stały kontakt online perspektyw. W gruncie rzeczy utwierdzają istniejący stan rzeczy, którego jednym z dominujących czynników jest ciągły brak czasu i stały pośpiech. Dla coraz bardziej zapracowanych, coraz bardziej zajętych ludzi korzystanie z elektronicznych serwisów staje się więc koniecznością, a nie dobrodziejstwem. Badania pokazują, że najbardziej przepracowani są obecnie ludzie z najwyższymi kwalifikacjami, właściciele prywatnych firm, przedstawiciele wolnych zawodów i kadry zarządzającej. Być może dla nich korzystanie z dostępu online jest jedynym sposobem na załatwienie jakiejkolwiek sprawy. A co z resztą?

Czy rzeczywiście lubimy się spieszyć i żyć cały czas pod presją chwili? Czy obecne działania marketingowe związane z wprowadzaniem produktów informatycznych na rynek nie idą w gruncie rzeczy wbrew wcześniejszym zapowiedziom, oczekiwaniom czy nadziejom? Wszak zanim jeszcze komputery stały się tak powszechne jak dzisiaj, mówiło się wiele na temat tego, jak to rozwój elektroniki uwolni ludzi od wielu zajęć i da im mnóstwo wolnego czasu, który będą mogli wykorzystać zgodnie ze swoimi upodobaniami. Wielu socjologów czy pedagogów martwiło się wręcz o to, co rysujące się na horyzoncie dziejów "społeczeństwo próżniacze" zrobi z nadmiarem wolnego czasu. Dzisiaj już widać wyraźnie, że to właśnie m.in. komputery narzucają coraz większe tempo życia. Nic więc dziwnego, że to również one są najbardziej predestynowane do poradzenia sobie z problemami, z którymi w wyniku "presji chwili" mamy do czynienia. Czy jednak taki stan rzeczy jest rzeczywiście nieuniknionym kierunkiem dalszego rozwoju społecznego?

Okazuje się na przykład, że coraz więcej dobrze wykształconych, dobrze zarabiających Brytyjczyków rezygnuje z kariery w londyńskim City czy posady w wielkim koncernie i przenosi się na wieś. Według najnowszych danych statystycznych w ciągu każdej dekady ponad milion osób opuszcza brytyjskie miasta i osiedla się na wsi. W latach 1981-2002 liczba ludności na terenach wiejskich wzrastała siedmiokrotnie szybciej niż w miastach. W ciągu 2002 r. na wieś przeniosło się 115 tys. ludzi.

Za cel stawiają sobie oni nie osiągnięcie za wszelką cenę sukcesu, lecz osiągnięcie życiowej satysfakcji. Jak podaje The Independend, na wieś przyciągają ich głównie lepsze warunki zdrowotne, lepsze możliwości edukacyjne dla dzieci, bliski kontakt z przyrodą i mniejsza przestępczość.


TOP 200