Niewolnicy Internetu

"Źle się dzieje w królestwie... nowych technologii", tak aktualizują słynny tekst szekspirowski ci, co są rozczarowani nie spełnionymi nadziejami na szybkie i łatwe dojście do wielkich fortun dzięki pracy w firmach internetowych.

"Źle się dzieje w królestwie... nowych technologii", tak aktualizują słynny tekst szekspirowski ci, co są rozczarowani nie spełnionymi nadziejami na szybkie i łatwe dojście do wielkich fortun dzięki pracy w firmach internetowych.

"Mamy już dość wyidealizowanego obrazu Internetu przedstawianego przez media. Prawda jest taka, że zatrudnieni w dziedzinie nowych technologii informacyjnych znajdują się często w trudnych sytuacjach życiowych i muszą stawiać czoła praktykom nielegalnym lub niesprawiedliwym" - to słowa Billa Lessarda, współautora książki Netslaves (niewolnicy Sieci, tj. Internetu).

Napisał ją wspólnie ze Stevem Baldwinem jako „podręcznik walki niewolników z systemem kastowym”, panującym, ich zdaniem, w Internecie i multimediach.

Autorzy wyróżnili jedenaście kategorii w tej hierarchii, poczynając od "cybergliniarzy" tropiących pornografię, przez „pracowników społecznych” organizujących wirtualne stowarzyszenia, po „poszukiwaczy złota” i „baronów kauczukowych”, którzy są przekonani, że to oni wiedzą najlepiej, jaka będzie przyszłość.

Joint Venture Silicon Valley, organizacja promocji regionalnej, podaje, że zdolność nabywcza najgorzej zarabiających, czyli jednej piątej ogółu mieszkańców Krzemowej Doliny, spadła w latach 1991-1997 o 8 proc., podczas gdy stanowiąca również jedną piątą grupa najzamożniejszych zwiększyła w tym samym czasie swoje dochody o 19 proc., przy czym co najmniej jedna trzecia miejsc pracy to zatrudnienie czasowe, dokładniej - krótkoterminowe. Co prawda szefowie pracują średnio 80 i nawet 90 godzin tygodniowo, znacznie więcej niż ich podwładni, których tydzień pracy i tak zazwyczaj sięga 60 godzin.

Przyjmuje się, że pracownicy Internetu mają dostęp do kapitału dzięki możliwości nabywania akcji po niskich cenach, zatem roztaczają się przed nimi wielkie perspektywy zrobienia majątku. Trzeba jednak dodać, że 70 proc. firm internetowych nigdy nie dochodzi do giełdy, a mniej niż połowie udaje się w ogóle osiągać zysk. Niemniej jednak właścicieli tych firm uważa się za potencjalnych milionerów, a wszelkie formy protestów pracowniczych i próby organizowania związków zawodowych są przez nich bardzo źle widziane.

Jedną z takich organizacji związkowych jest Washington Alliance for Technology Workers, w skrócie Washtech (www.Washtech.org), która m.in. zabiega o odejście od praktyki angażowania pracowników na zasadzie wielokrotnie przedłużanych jedynie krótkoterminowych umów o pracę.

W jednym z lutowych numerów dziennika „Le Monde”, w specjalistycznym dodatku poświęconym nowym technologiom i nowym mediom, można było znaleźć długą listę internetowych adresów organizacji i instytucji podejmujących obronę praw pracowników Internetu. Jest to zarazem lista problemów, które towarzyszą rozwojowi tej skądinąd prężnej i tak obiecującej dziedziny techniki i przemysłu.

Tak np. Netslaves (www.disobey.com/netslaves) to strona gromadząca relacje o stosunkach pracy w branży internetowej w USA oraz wskazówki, „jak przeżyć” w tych warunkach. Również amerykańska jest strona Ubi Free, „wirtualnego związku zawodowego” założonego przez pracowników wielkiego producenta gier komputerowych - grupy Ubi Soft Entertainment. Nieukrywany cel ich działań to zmuszenie dyrekcji, dbającej o swój wizerunek, do prawdziwego dialogu z pracownikami. Strona (www.multimania.com/ubifree) jest stale aktualizowana, ale dysponuje też archiwum zdarzeń wcześniejszych.

Mają swoją stronę i kanadyjscy sąsiedzi - Stowarzyszenie Pracowników Multimediów w Quebeku (www.prontomail.com/prontomail/users/laplume), oczywiście francuskojęzyczną. Zadanie, jakie stawia przed sobą stowarzyszenie ATMQ, jak brzmi skrót jego francuskiej nazwy, to zachęta, adresowana do pracujących w różnych sektorach multimediów, do wypowiadania się na tematy własnej sytuacji pracowniczej i problemów, z jakimi muszą się pod tym względem borykać.

Ale i na kontynencie europejskim jest już co najmniej kilka przykładów podobnych inicjatyw i przedsięwzięć. „Le Monde” podaje ich adresy internetowe. Co ciekawe, na ich czele znajduje się strona francuskiej agencji krajowej do spraw poprawy warunków pracy - Anact - gdzie znajdują się informacje z Francji i z całego świata. Przemysł internetowy jest jednym z działów tego obszernego repertorium, reprodukuje się tu ponadto kolejne numery periodycznych publikacji branżowych. Na stronie Anactu (www.anact.fr/index.html) można przeczytać np. wyniki ministerialnej ankiety o warunkach pracy we Francji. Z kolei Legalnet (www.legalis.net/legalnet) zajmuje się upowszechnianiem informacji prawnych regulujących funkcjonowanie sfery nowych technologii i techniki cyfrowej. Są to, uporządkowane tematycznie, teksty rozmaitych przepisów dotyczących informatyki, zwłaszcza Internetu, komentarze i porady prawne oraz odnośniki do francuskich źródeł z tego zakresu. I jeszcze D&NT, czyli - po francusku - prawo i nowe technologie. Jest to niejako miejsce spotkania prawników i informatyków, którzy analizują i rozstrzygają problemy prawne związane z rozwojem technik informatycznych.

"Oto druga strona amerykańskich bajek o szczęściu: ci, dzięki którym funkcjonuje i rozwija się Internet, bynajmniej nie zawsze mają wrażenie, że znaleźli się w cudownym świecie" - komentuje nie bez złośliwości francuski dziennik i w tytule jednego z artykułów sięga do hasła wzywającego do jedności robotników całego świata: „Pracownicy Internetu, łączcie się!”. Bo jest (ta znacznie lepiej znana i rozpropagowana) historia niezwykłych karier ludzi, którzy w krótkim czasie, startując od zera, doszli do wielkich fortun. Oczywiście, jest przykład Jeffa Bezosa, twórcy internetowej księgarni Amazon, który ze swymi świeżo zdobytymi 4 miliardami dolarów został przez amerykański tygodnik „Time” ogłoszony „Człowiekiem roku 1999”. Są też „apostołowie netekonomii” jednogłośnie wieszczący upadek Starego Świata, zdominowanego przez produkcję materialną, i otwarcie nowej epoki, opartej na pracy umysłowej.

Ale to tylko wierzchołek góry lodowej, widok efektowny i zachęcający. Jeśli trzymać się tego porównania, trzeba powiedzieć, że to, co jest znacznie mniej widoczne, nieco studzi zapał entuzjastów „internetowej rewolucji”.

Zachowując bowiem należne proporcje, realia przypominają czasy triumfującego fordyzmu: praca najczęściej schematyczna i rutynowa, rodzaj systemu taśmowego przeniesionego na próg XXI wieku. Amerykański dziennik „Washington Post” cytował w grudniu ub.r. niepokojące liczby redukowanych miejsc pracy w kilku wielkich firmach internetowych, m.in. właśnie w Amazon, przy czym niekiedy nagle i bez uprzedzenia. Ale fascynacja światem nowych technologii jest tak przemożna, że nie brakuje chętnych do pracy stażystów, w ogóle nie wynagradzanych i żyjących jedynie nadzieją zatrudnienia. Walka klas w Internecie? Na to wygląda, ale taki zdaje się być nieunikniony koszt rozwoju i postępu, choć te słowa straciły wiele ze swego blasku. Może więc na miejscu będzie jeszcze jeden cytat z Szekspira: „Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje”. Widocznie również i w cudownym świecie Internetu.


TOP 200