Niesprawiedliwa neutralność

Proponując abonentom opcję blokowania reklam, T-Mobile sprowokował w Polsce gwałtowną reakcję obronną mediów internetowych.

Nasz rynek dołączył w ten sposób do międzynarodowej debaty, w której na użytek publiczności wykrzykuje się hasła neutralności Internetu. Zapewne w mniejszym stopniu chodzi o naszą świadomą wolność wyboru niż o nasze pieniądze.

Nie od dzisiaj regulacje mające zapewnić jak najlepsze warunki rozwoju rynku są przez jego uczestników interpretowane po swojemu, bez względu na ich logikę lub intencje. To oczywiście wilcze prawo walki rynkowej, ale kiedy pojawia się spór o wartości zasadnicze - jak dzisiaj zasada neutralności - zwiastuje to zmiany, które z pewnością nie zadowolą wszystkich. Jest jakiś paradoks w tym, że obecnie najgłośniej o regulacje wołają ci, którzy stworzyli rynek Internetu pod sztandarami wolności.

Wprowadzenie jakichkolwiek ograniczeń w swobodzie obiegu informacji jest niezmiennie kontestowane przez sporą część aktywistów internetowych. Najczęściej z ważnych powodów. Nietrudno przecież uwierzyć w niezbyt przejrzyste intencje państwowych służb policyjnych, próbujących się zbroić na cyberwojny - czy aby na pewno tylko przeciw terrorystom i zbrodniarzom? Niezbyt przekonujące są też przesłanki do kontroli treści chronionych prawami autorskimi. Każdy już chyba zauważył, że kilkusetletnia konstrukcja prawa autorskiego nie pasuje do naszych czasów. Jednak ewentualność odfiltrowania bloków reklamowych w przekazie docierającym do smartfonów użytkowników sieci komórkowych została potraktowana jak naruszenie zasady neutralności, według której nie powinno się różnicować warunków przesyłu różnych rodzajów treści. Czy faktycznie chodzi o wolność i prawo konsumenta do bycia lepiej poinformowanym? Poinformowanym o treści reklam? Raczej nie.

Przyjęło się, że media rozwijają najróżniejsze modele biznesowe właśnie dzięki reklamom. Bez tego mechanizmu finansowego nie byłoby dzisiaj wielu przedsięwzięć medialnych, w tym wielu potrzebnych, wręcz pożądanych społecznie, np. kulturalnych lub sportowych. Pewnie trudno oczekiwać zachwytu konsumenta, który podczas zbyt długiej przerwy reklamowej może zapomnieć, jaki film ogląda, ale system ten jak dotąd działał sprawnie. O ile klasyczna telewizja dobrze go zaadaptowała, o tyle skutki wchłonięcia go przez media internetowe są bardziej złożone. Próba sił pomiędzy operatorami sieci dostarczającymi platformy techniczne a dostawcami treści zarabiającymi na oglądalności musi prowadzić do zwarcia.

Neutralna konkurencja

Zasada neutralności pojawiła się w systemie regulacyjnym dla rynku usług i sieci telekomunikacyjnych głównie w kontekście technologicznym, kiedy należało uporządkować przepisy tworzone odrębnie dla różnych rodzajów działalności tego sektora. W pierwszej fazie przełamywania państwowych monopoli wyłuskiwano takie rodzaje działalności, które otworzą pole do konkurencji, ale nie zdegradują z dnia na dzień kilkudziesięcioletnich wysiłków inwestycyjnych operatorów sieci telefonicznych. Dlatego stopniowo otwierano rynki dla nowych technologii, gdzie łatwiej było wyrównać szanse dla wszystkich - np. rynki transmisji danych, satelitarne, komórkowe. Ten rozpisany na lata mechanizm spowodował, że w momencie nominalnego uwalniania całego rynku usług i infrastruktury telekomunikacyjnej w 1998 r. na system regulacyjny składały się 22 dyrektywy pisane odrębnie, w różnym czasie, dla różnych rozwiązań technicznych.

Wprowadzenie konkurencji w miejsce monopoli wydawało się zadaniem złożonym technicznie. Sporo miejsca zamierzano poświęcić wypracowaniu standardów technicznych dla połączeń międzysieciowych, aby przełamywać bariery wejścia na rynek. Było już wtedy jasne, że kolejnym krokiem będzie harmonizacja rozwiązań regulacyjnych dla różnego rodzaju sieci telekomunikacyjnych. Wiele różnic uwarunkowanych historycznie nie miało rzeczowego uzasadnienia. W tym samym czasie, wskutek wzrostu doświadczeń rynkowych, zmieniło się podejście do standaryzacji. Stopniowo rezygnowano z rygorystycznego homologowania urządzeń, bo chęć dopasowania się do rynku okazała się dla producentów lepszą komercyjną motywacją niż nie zawsze kompetentna troska urzędnika. Rynek zaczął też technologicznie przyśpieszać. Państwo utraciło wpływ na kierunki rozwoju technologii. Tę rolę przejął rynek i tak już ma zostać.

Kolejna reforma w 2002 r. miała zredukować zbędne regulacje techniczne i wzmocnić zjawisko konwergencji, dotąd odrębnie działających, sektorów: telekomunikacji, nadawców mediów elektronicznych i administratorów sieci transmisji danych, bo wszyscy zaczęli świadczyć podobne usługi. Zasada neutralności technologicznej miała być katalizatorem tego procesu - system regulacyjny zakłada interwencję ograniczoną do niezbędnego minimum, tylko jeżeli pojawiają się wyraźne bariery rynkowe. Internet dostarcza wprawdzie wielu nowych problemów technicznych i rynkowych, ale od strony regulacyjno-technicznej powinien się rozwijać bez interwencji regulatora rynku, ponieważ jest to rynek konkurencyjny.

Treści rządzą

Rozwój sytuacji w ostatnich latach zaczął nas przyzwyczajać do wszechobecności usług i coraz bogatszej oferty treści. Internet stał się podstawowym medium, a treści ważniejsze niż usługi zestawiania połączeń. Użytkownicy są podłączeni na stałe, a sieci IP pozwalają oferować wszystkie rodzaje usług i aplikacji. Pomimo że światowy kryzys ekonomiczny pogłębia się, rozpędza się koniunkturalna walka o konsumentów, którym oferuje się za pomocą sieci wszystko, co można sprzedać, również w modelu niebezpośrednim, poprzez treści finansowane przez reklamodawców.

Wszystkim bliska jest wizja powszechnej dostępności sieci, które nie będą stawiały żadnych technicznych ograniczeń w przekazie. Tylko że ktoś te sieci musi zbudować. Neutralność, która miała gwarantować zrównoważony rozwój konkurencji różnych koncepcji technicznych, przeniesiona - jak chciałyby tego media - w obszar treści, staje się barierą rozwoju. Dostawcy atrakcyjnych treści chcą zatrzymać zyski wywalczone w sprytnych modelach biznesowych, a operatorzy nie mają równie inspirującej motywacji do inwestycji. Operator - myślący o nieco oszczędniejszym użytkowaniu przeciążonych zasobów infrastruktury sieci radiowej - wie, że abonent na pewno nie zapłaci więcej za lepsze łącze, którego wymagałby producent treści.

Nie powinno dziwić, że regulatorzy i Komisja Europejska są na razie powściągliwi w tym sporze. Przecież wiadomo, że wygra ten, kto potrafi przegrupować siły pomiędzy różnymi rodzajami biznesu, a nie ten, kto ma rację.


TOP 200