Nieoczekiwana kolizja informatyki z hierarchią

Czym wyższy stopień zinformatyzowania organizacji, tym czytelniej ujawniają się podstawy autorytetu menedżerów czy kierowników.

Czym wyższy stopień zinformatyzowania organizacji, tym czytelniej ujawniają się podstawy autorytetu menedżerów czy kierowników.

Informatyzacja podejmowana w przedsiębiorstwach ma wielu wrogów wśród tych, którzy po jej zakończeniu mogą stracić pracę. Mogą się spodziewać, że znacznie mniej osób będzie potrzebnych do wykonania określonej pracy. Dotyczy to zwłaszcza prostych, nieskomplikowanych zadań, które można zautomatyzować lub poddać cyfrowej obróbce. Lecz utraty pracy boją się też kierownicy średniego szczebla, mniej przydatni w spłaszczonych organizacjach, a takie dominują w zinformatyzowanych przedsiębiorstwach.

Wiadomo także, że wdrożenie systemów informatycznych zmienia hierarchię zawodów. Pozycja wielu spec- jalistów, która dotychczas wzbudzała respekt w społeczności firmy, traci na znaczeniu. Dotyczy to zarówno księgowych, jak i zaopatrzeniowców czy wytapiaczy. Kiedyś oni kontrolowali kluczowe dobro albo kluczowy proces w funkcjonowaniu przedsiębiorstwa, a teraz albo inny zasób jest kluczowy, albo za proces odpowiedzialny jest ktoś inny.

Jest jeszcze inny społeczny skutek informatyzacji. Wiadomo o nim najmniej, bo ma postać utajoną, pracownicy będący jego podmiotem nie krzyczą, nie strajkują, a wręcz próbują go ukryć. Otóż, posługiwanie się systemem informatycznym w codziennej pracy ludzi na wszystkich szczeblach - od prezesa, poprzez szefa projektu, do mistrza i robotnika - powoduje, że znika wiele tradycyjnych metod demonstrowania swojego znaczenia, swojej władzy, swojej pozycji.

Śmiejemy się często, że urzędnicy dowartościowują się pieczątkami, że pieczątka jest podstawowym orężem urzędnika w walce o znaczenie oraz podstawowym narzędziem wymuszania posłuchu petenta. W przedsiębiorstwach pieczątki nigdy nie odgrywały wielkiej roli, ale to nie znaczy, że nie było innych narzędzi wspierających auto-rytet szefa w sposób widoczny i bezdyskusyjny. Jednym z nich jest podpis zwierzchnika. Najczęściej podpisy wielu zwierzchników, czasem o takiej samej randze, czasem posadowionych na różnych szczeblach hierarchii. Podpis, a raczej podpis wielokrotny, był wymagany na wielu błahych dokumentach, a na ważnych doprowadzany do przesady. Wymogi dotyczące podpisywania nigdy nie potrafiły zapobiec nadużyciom ani wymóc sprawiedliwości. Budowały biurokrację, paraliżując przedsiębiorstwo i doprowadzając jego pracowników do rozpaczy. Ale jeden skutek tyranii podpisów, pojawiający się niezawodnie, niezmiernie cieszył dyrektorów i inne ważne osobistości. Podpisy budowały bowiem ich poczucie ważności i autorytet. Wymóg uzyskania podpisu jakiegoś kierownika ustawiał go w pozycji nadrzędnej wobec petenta, który w służbowej, formalnej hierarchii wcale nie musiał mu podlegać.

Ponieważ piszę o tym w czasie przeszłym, wydawać by się mogło, że ten podpisowy proceder już się skończył. Otóż, nic bardziej mylnego. W trakcie moich odwiedzin w firmach realizujących ciekawe projekty informatyczne, jego istnienie ujawniło się w sposób całkiem nieoczekiwany. Okazało się bowiem, że w wielu firmach, w których automatyzację pewnych czynności można byłoby wprowadzić tak dalece, że żaden dokument papierowy nie byłby potrzebny, wcale tego nie uczyniono. Wydawałoby się, że nie ma ku temu żadnego racjonalnego powodu. Otóż, jednak jest. Jeśli na przykład zamówienie jest automatycznie potwierdzane w systemie, to wówczas niepotrzebny jest żaden podpis kierownika działu czy menedżera projektu. A kierownikom bardziej zależy na tym podpisie niż sprawności w załatwianiu sprawy - twierdzili ich podwładni, skrycie się z nich podśmiewając. Tak więc do dzisiaj drukuje się papiery i kupuje długopisy dla menedżerów. Co wart taki autorytet? Nic. Chyba że cała sprawa to tylko sentymentalny ukłon w stronę starych czasów, własnej przeszłości.


TOP 200