Niefrasobliwi użytkownicy

Opadły emocje spowodowane zagrożeniem wirusem Michelangelo. Są tacy który twierdzą, że za rozpętaną na światową skalę wrzawą kryją się zakamuflowane poczynania reklamowe. To wszystko nie zmienia faktu, że wielu użytkownikom grozi stale wirusowa katastrofa.

Opadły emocje spowodowane zagrożeniem wirusem Michelangelo. Są tacy który twierdzą, że za rozpętaną na światową skalę wrzawą kryją się zakamuflowane poczynania reklamowe. To wszystko nie zmienia faktu, że wielu użytkownikom grozi stale wirusowa katastrofa.

Szczypta faktografii

Niefrasobliwość i nieostrożność użytkowników są główną przyczyną ich kłopotów, spowodowanych wirusową infekcją. Taki wniosek wysnuć można z badań, których wyniki opublikowano pod koniec ubiegłego roku w Stanach Zjednoczonych, podczas pierwszej konferencji dotyczącej rozwoju . Konferencje, którym patronuje National Computer Security Association, odbywać się mają regularnie co roku.

Wspomnianymi badaniami objęto 600 dużych organizacji, instytucji i przedsiębiorstw amerykańskich, z których każde używało co najmniej 300 komputerów osobistych typu IBM lub z nimi kompatybilnych. Okazało się, iż 63 % spośród badanych co najmniej jeden raz w ubiegłym roku miało zainstalowanego na którymś z komputerów. Na szczęście tylko co dziesiąty zetknął się z koniecznością leczenia na raz 25 lub więcej PC - tów.

Ta statystyka nie oddaje jednak w pełni skali ryzyka. Znacznie więcej mówią o nim dane dotyczące skutków zawirusowania. Niemal u wszystkich, bo w 62 % przypadków, wystąpił spadek produktywnośći. To pojęcie należy rozumieć jednak bardzo szeroko, oznacza ono bowiem niemal każdą przerwę w pracy komputerów i każdą minutę straconą na doprowadzenie ich do stanu używalności.Nic więc dziwnego, że tę pozycję kwestionariusza ankiety wypełnili niemal wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli "przyjemność" z wirusem. Dla wielu jednak konsekwencje były wielorakie i znacznie dalej idące. Kłopoty z monitorem miało 41 % ankietowanych, 38 %, oprócz tych zmartwień, narzekało na zniszczone pliki, co trzeciemu nie udało się odzyskać danych, co czwarty wskazał też na pojawienie się zupełnie nieprawdopodobnych aplikacji, co proporcjonalnie, pod względem udziału, odpowiadało zniszczeniu całego systemu (23 %).

Kosztowne leczenie

Jak nietrudno zauważyć, skutki działania wirusów dość wyraźnie dzielą się na dwie grupy. Połowa to konsekwencje stosunkowo niegroźne, dające się łatwo usunąć. Połowa zainfekowanych wydobywała się jednak z opresji z dużym trudem, ponosząc niekiedy niepowetowane wręcz straty.Ponad 83 % należących do grona tych, którzy utracili dane, mieli zniszczone aplikacje lub których spotkała wywołana wirusem awaria systemu, twierdzi że "leczenie" trwało przeciętnie 5 dni i ocenia średnio straty na ponad 6200 USD.

Specjaliści uważają jednak, że jest to ocena zaniżona. W przypadku bowiem utraty danych, konsekwencje ujawniają się dopiero później w sprawności działania firmy, często też trudno je wycenić.

Z domowych pieleszy

Niewielka, bądż lekceważona - zdaniem fachowców - jest świadomość wirusowego zagrożenia. Firmy na ogół niechętnie przyznają się do tego rodzaju wpadek, szczególnie wówczas, gdy włączone są w sieć komputerową innych organizacji np. do baz danych czy banków, a zwłaszcza gdy ze swymi kontrahentami wymieniają dane na dyskietkach. Z tego też względu największe wątpliwości wśród opracowujących ankietę wzbudził fakt, że aż 43 % respondentów jako źródło pochodzenia wirusa wymieniło zbiory przyniesione z domu przez pracowników. Jak widać mało kto chce się przyznać, że zawirusowuje partnera od interesów. Gdyby jednak przyjąć, iż odpowiedzi te są zgodne ze stanem faktycznym, należałoby sądzić, że handel nielegalnym softwarem kwitnie w Ameryce równie bujnie jak w rejonach nam bliższych. Ciekawe jest natomiast, że w kilkunastu przypadkach wirusy były ponoć wprowadzone na dyskietki pracowników przez ich "skomputeryzowaną" latorośl.

Mamy "swego" człowieka

Równie ciekawa, choć bardziej niepokojąca jest ta część badań, która wskazuje wyraźnie na niefrasobliwość użytkowników. Prawie wszyscy zgodnie przyznali, że są posiadaczami antywirusowego oprogramowania, ale zaledwie co szósty raczył go zainstalować. Okazało się jednak, że większość badanych śpi spokojnie, ponieważ rozwiązała problem, zatrudniając "antywirusowego specjalistę". Rzecz tylko pozornie wydaje się irracjonalna. Przygotowanie bowiem standardowego oprogramowania antywirusowego przypomina coraz bardziej pogoń za horyzontem. Jak się ocenia w Stanach Zjednoczonych, rozpoznano dotychczas około 1000 wirusowych szczepów, rzecz jednak w tym, iż każdego dnia pojawia się od dwóch do trzech nowych odmian.

Problem standaryzacji programów antywirusowych nie polega dziś głównie na napisaniu szczepionek, ale przede wszystkim na sprawnym rozpowszechnianiu upgrade'ów.

Na szczęście ciągle jeszcze najbardziej plenne są wirusy względnie łagodne, jak np. Jerusalem czy Stone, które nie powodują zniszczenia danych.

Użytkownicy powinni mieć jednak świadomość występowania odmian znacznie bardziej niebezpiecznych np. Dark Avenger czy Joshi, po których w zasadzie nie ma czego zbierać.

Uczmy się od innych

W naszym kraju, jak dotąd, nie prowadzono żadnych badań o podobnym charakterze. Intuicja podpowiada jednak, iż poziom niefrasobliwości użytkowników jest zbliżony, podobnie - na szczęście zresztą - jak poziom "służb medycznych", choć ich wyposażenie,a zwłaszcza zaplecze finansowe, nie umywa się oczywiście do amerykańskiego. Problem nie ujawnił się jeszcze w całej swej okazałości z prostego względu - stopnia informatycznego zaawansowania naszego kraju. Amerykanie stwierdzili jednak, iż ich obecne problemy wynikają w dużym stopniu z lekceważenia przysłowia " czym skorupka za młodu..." Gdyby bowiem ostrożność, przezorność i zasada ograniczonego zaufania wpajane były użytkownikom od pierwszego kontaktu z komputerem, wiele amerykańskich przedsiębiorstw i instytucji byłoby dziś bogatszych o parę ładnych dolarów.

Może więc warto uczyć się na doświadczeniach innych, zwłaszcza że nie są one wesołe. O najprostszych sposobach zabezpieczenia się przed wirusami napiszemy w jednym z najbliższych numerów ComputerWorld w rubryce "Komputer i Ty".